Strona:PL W klatce.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


godziny dnia dzisiejszego i oto jestem, jako człowiek, który mówi: przybędę piérwszy, a przybywa ostatni...
Ciężkie westchnienie wydarło się z piersi poety i pochylił głowę pod strasznym ciosem, który go dotknął.
— O, nic nie szkodzi — powiedziała gospodyni domu — wierzę w dobre chęci i życzenia pana. Jakże pan czas przepędzał, od chwili jakem go nie widziała?
Konwalius rozpaczliwie wstrząsnął włosami.
— My, pani — odrzekł — my męczennicy najświętszych uczuć, my wiecznie zapoznani przez pełzającą po nizinach prozy i materyi ludzkość, żyjemy dla tego tylko, aby cierpiéć.
— Jednakże — wtrąciła kobieta — zdaje mi się, że poezya nie jest tak znowu wzgardzoną, jak pan utrzymujesz...
— Ród ludzki — przerwał, kiwając głową, Konwalius — ród ludzki dąży do swéj zguby; bo bozka poezya przestała być jego matką-karmicielką, bo nikczemna proza...
— Zdaje mi się, panie Kwiatkowski, że jeżeli ludzie w rzeczywistych barwach świat widzą, nie przeszkadza to, aby prawdziwa poezya...
— Pani! — zawołał poeta, gwałtownie cofając się z fotelem — i z twoich-że to bozkich ust przychodzi mi słyszéć najstraszniejsze bluźnierstwo? O, teraz poezya powiedziéć może tobie pani: — et tu, Brute, contra me?