Strona:PL W klatce.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Owszem, ja kocham poezyą — przerwała kobieta i figlarnie dodała: — szczególniéj mistyczną.
— O mistycyzm! — zawołał ułagodzony wieszcz — mistycyzm to kwiat poezyi! Łatwo napisać coś tak, aby wszyscy śmiertelnicy ciasnym swoim umysłem zrozumieli myśl wieszcza; ale wydobyć z jaźni swojéj akordy niezrozumiałe pojęciu lichych robaków, a śpiewać dla gwiazd, obłoków, strumieni, śpiewać dla kwiatów, aniołów i duchów... to jest dopiéro szczyt, do którego wznieść się musi wyłoniona z piersi prawdziwego wieszcza poezya. Mistykami byli Juliusz, Zygmunt...
— To téż poezye pana — rzekła znowu z udaną powagą gospodyni domu — mają głębokie piętno mistycyzmu; zbliżają się one formą do arcydzieł Krasińskiego...
— Jakto, pani — z nowém oburzeniem zawołał drażliwy wieszcz — jakto! ja, ja! miałbym naśladować! jakto! pani posądzasz mego ducha o niewolnicze zginanie hardego czoła przed modłą chociażby mistrzowską! Widzę, że, jak zwyczajnie, jestem zapoznany... Nie, pani — dodał z goryczą i godnością — nie naśladuję nikogo, jestem zawsze wierny sobie samemu i zawsze oryginalny.
I opierając zbolałą głowę o tylną poręcz fotelu, pogrążył się w gorzkiéj ironii milczenia, a w braku rzymskiéj togi, któréj poważnemi fałdy mógł-by owinąć swój obrażony majestat, pełnym godności ruchem zapiął frak, aż po samę szyję.