Strona:PL W klatce.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Szczęsny sto razy, kogo okują kajdany twoich, pani, wdzięków — wygłosił poeta i zabierał się do wyjścia.
— No, kochany wieszczu — wdzięcznie rzekła gospodyni domu, podając mu rękę — nie zapomnij-że o mojém poleceniu i powiedz panu Karłowskiemu, że Kameleon chce go widziéć u siebie.
A gdy Konwalius wyszedł już z salonu, pobiegła ku drzwiom, rozchyliła portyerę i zawołała za nim:
— A jak się pan dobrze sprawisz, będziesz miał prawo przeczytać mi poemat o dyable Borucie.
Po wyjściu poety, młoda kobieta stanęła na środku salonu, złożone ręce opuściła na ciemną suknią, głowę pochyliła, a po twarzy jéj przebiegały, jak błyskawice, różne wrażenia. Usta uśmiechały się, to figlarnie, to dumnie lub szydersko nieco, w oczach błyskały ogniki słote, migocąc z po-za długich rzęs. Tak stała, zamyślona przez chwilę; nareszcie podniosła głowę, szybkim ruchem osunęła z ramion warkocze, zaśmiała się srebrzystym, cichutkim, figlarnym śmieszkiem i szepnęła:
— To on, jak uważam, naprawdę mi się podobał. Tém lepiéj! pobawię się trochę. — I znowu stanęła, spuściła głowę i rzekła: — Pobawić się.. ach, mój Boże! kiedyż ja się przestanę bawić? O, kiedyż będę miała siłę przestać się bawić!...
W owéj chwili twarz jéj była posępna, tragiczna niemal; w mgnieniu oka jednak wyraz ten minął