Trapezologjon/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Trapezologjon
Wydawca Nakładem Pillera i Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1875
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Była chwila ciszy smętnej, a że burza nie ustawała, i chmura nadchodząca znowu pokryła resztkę jaśniejszego nieba, ciemność się stała jakby przy zbliżającej się nocy, niekiedy tylko blask płowy rozświecał twarze zgromadzonych i mefistofelowską fizys Nieklaszewicza, którego usta zdawały się paralitycznym wiekuistym zastygłe uśmiechem. Wszyscy stali zadumani, nawet podkomorzy, który nie lubił być serjo i w każdej rzeczy szukał jak dziecko rozrywki. Podkomorzyna dla nastrojenia się do tonu towarzystwa wzdychała, nie bardzo wiedząc dlaczego, panna Celestyna dumała, a p. Henryk wyczekiwał tylko nielitościwy, gdy przyzwoicie nowego ducha ze stolika za uszy będzie mógł wyciągnąć.
— No! a cóż — rzekł po spoczynku krótkim — wszakże siedm podobno, jeśli dobrze liczyłem ma być duchów w stoliku, dwa nam się już zaprezentowały, wartoby i reszcie krzywdy nie czynić...
— Nielitościwy jesteś — rzekł ojciec.
— Doprawdy Henrysiu — szepnęła matka — ja już rąk nie czuję...
— Ale chère maman — podchwycił pan Henryk — drugi raz może nam się podobny zbieg okoliczności nie trafi... trzeba korzystać... ręce przebolą... a z siedmiu duchami na pokucie siedzącemi się zetknąć, to coś znaczy... Śmiało, a zdaje mi się, że to pójdzie nam łatwiej coraz, jużeśmy się wdrożyli.
— Ale zapewne — rzekł Nieklaszewicz, który zdawał się doświadczać w tem jakiejś gorączkowej przyjemności, bo twarz mu się paliła z jednej strony wypieczonym rumieńcem — pójdzie jak z płatka...
— Siadajmy! siadajmy!!
— Tyran jesteś! — dodał podkomorzy — mais il faut passer par tout ce que vous désirez — zaczynajcież.
Po kilkuminutowem naprężeniu sił woli czterech osób otaczających stolik, trzecia noga kichnęła. Grzeczny zawsze podkomorzy pospieszył zawołać: na zdrowie!...
— Upadam do nóg... niegodzien jestem! niegodzien!
— Kto jesteś duchu? — pospieszył formułą zwykła spytać dowódzca...
— Ja?... Piotr!...
— Kim byłeś Pietrze za życia?...
— Nieszczęśliwym żebrakiem! — wyjąknął głos z pod stołu.
A fi! un mendiant! — krzyknęła panna Celestyna — mais que voulez vous qu’il dise.
— To najciekawsza rzecz w świecie — przerwał pan Henryk — na Boga, życie żebraka! poetyczna karta! nie przerywajcie! cały romans. Pietrze! — zawołał — opowiesz nam życie swoje.
— Ale jakże może być — zawołał oburzony podkomorzy — w jednym stoliku hrabia, szambelan... i żebrak! to niepodobieństwo!...
— To świat pokuty! — rzekł Henryk...
— Duchu, mów nam życie — dorzucił szybko.... słuchamy cię.
— Mógłbym was spytać — odparł poważnym głosem duch żebraka — czyście mnie słuchać godni, bo ten tylko skorzysta z nauki i doświadczenia mojego, kto doznał com ja wycierpiał lub przeboleć może... ale nie chcę być dumnym za grobem... powiem wam życie moje. Od początku do końca byłto szereg klęsk, zawodów i boleści... jednym jękiem przepłynęło całe... Urodziłem się bez oczów, ślepym, w ubogiej chatce wieśniaczej, i gdym przez biedną wyniesiony matkę raz pierwszy na słońce wiosenne witał rączkami wiosnę, której nigdy oglądać nie miałem, powiew wiatru odjął mi władzę w jednej nodze. To pierwsze z naturą spotkanie było proroctwem całej przyszłości mojej... W dzieciństwie byłem już osamotniony kalectwem, a nikt prócz starszej siostrzyczki mojej nie czuwał nademną... matka, biedna matka pracować musiała, czułem tylko czasami jak przechodząc, na bladej twarzy mojej kładła łzę z pocałunkiem, i długo, długo mi po nich błogo było!... Siostrzyczka nosiła mnie kalekę na ręku, póki mogła, śpiewała mi piosnki, karmiła i tuliła w płaczu... ale Bóg litościwy wziął siostrzyczkę do siebie, a mnie samego zostawił... poszła za nią matka... został ojciec z nami kilkorgiem na rękach.... i przywołać musiał w pomoc macochę, która nam była prawdziwą macochą. — Ja com na życie zapracować nie mógł, ledwie z litości kawałek chleba miałem jak psu rzucony ze wzgardą. Jużem był w opuszczeniu i nędzy dorósł na chłopaka, i nie było mnie użyć sposobu, gdy stary lirnik ślepy przywlókł się do ojcowskiej chaty. Dowiedział się gdzieś w gospodzie o mnie i z radą spieszył dziad dla nas; słyszałem go jak obiecywał ojcu obfity plon ze mnie, byleby na lirnika mnie wyprowadził i dał powodyra. Chleb żebraczy, chleb próżniaczy, ale i u nas jeszcze szanują tego, którego ręka Boża dotknęła... choć dotknięcie to plagą, zawsze to znamię święte.
Ojciec bał się daremnie wyposażać mnie lirą... wahał się, zbijał starca tem, że z nogą kulawą chodzić nie będę mógł po jarmarkach i odpustach... ale dziadowi serce się może poruszyło i mimo ojca postanowił mnie uczyć na lirze. Odtąd co niedziela przychodził pod cerkiew naszą, a co wieczora pod chatę i stał się dla mnie ojcem... Nie był on jak ja, ślepym od urodzenia, widział po za ciemnościami świat młodości, nie jak ja com słyszał tylko szum życia wkoło siebie. I opowiadał mi o świecie i karmił mnie pieśniami, ręce słabe po tęsknej prowadząc lirze...
Jedne to w życiu były szczęśliwe wieczory, te którem spędził z starym Moroszem... zasłuchany, zadumany, cały w pieśni, cały w dalekim świecie... Ale Bóg skazał mnie na cierpienie, i pieśń i lira i starzec litościwy nową mi nieśli męczarnię. Otworzyły się przed oczyma mojemi nieznane dotąd światy, uczucia, dole, szczęśliwości!! I ja niewolnik, com był przeznaczony na wiekuistą męczarnię przykucia, przejrzałem w swobodę... odgadłem ludzi co pili promienie słoneczne, zapatrywali się na słońce, niebiosa i dalekie widnokręgi... co czuli piękność jaką Bóg stworzył... Serce krwią mi zabiegło i z wyrzutem okropnym wzleciałem myślą do Stwórcy, wymawiając mu niedolę moją. To uczucie było grzechem mojego żywota! Niem trawiłem się długie lata i pożarty niem umarłem... w blaskach dopiero wieczności poznając błąd mój i winę.
A! nędzne też to było życie! Jednej niedzieli Morosz zmarł nagle na smętarzu pod cerkwią i powodyr jego przyniósł mi lirę starca, jedyne po nim dziedzictwo... W pierwszej chwili nie wiem czym więcej płakał po dobroczyńcy, czy ucieszył się z posiadania piskliwej jego puścizny!! Zdawało mi się, gdym kołem poruszył, że ton dobywający się z liry był głosem zmarłego....
Z lirą tą i z powodyrem, trochę swobody błyskać się zdawało dla mnie, ale omyliły mnie nadzieje... stałem się własnością, rzeczą, podwładnym, niewolnikiem powodyra, którego oczów pożyczać musiałem, byłem jego lirą. Dawał mi co chciał, prowadził gdzie się zamarzyło, kazał śpiewać lub milczeć jak mu się podobało, a ja mu się oprzeć nie mogłem... Szedłem więc z pieśnią o suchym chleba kawałku za tem stworzeniem bezdusznem, które mnie za sobą ciągnęło na pasku; bez litości, bez słowa braterskiego, bez względu na kalectwo moje. Nieraz łzy się z pieśnią mięszały i na lirę spadały... Nieraz mi głosu brakło w piersi... a siły w ręku... ale groźba głodu i razów, kazała mi ostatnich sił dobywać... Gorzkie było życie moje, a jam je dotruwał rozpaczą, gdym mógł zasłodzić modlitwą i wytrwaniem... jam wymawiał Bogu karę, na którą usta moje zasłużyły...
Dorosłem młodości i nie wiem kiedy mi i jak przeszła... wiedziałem że na świecie przychodzi pora kwiatów i owocu, miłości, małżeństwa, rodziny, ale mógłżem się o moje prawa, o cząstkę moją odezwać? Pierś się wzdymała pragnieniem nieznanem, jakimś polotem niewytłumaczonym dla mnie; i płakałem z bolu... Czasem usłyszałem koło siebie głos jakiś, co mnie wstrząsał całego, jakby mowę aniołów, jakby śpiew chórów niebieskich; natężałem ucha żeby go pochwycić, chciałem biedz by się nim nasycić, ale głos się rozpływał daleko i głucha cisza była ciemnością drugą w której tonąłem... Rozeznawałem po głosie ludzi jakbym ich, co wy nazywacie widział, dźwięk mowy uczył mnie niby ich twarzy, wieku i serca, cóż kiedy wszystko to przemykało się tak szybko, tak niepowrotnie, żem nic przyswoić i z niczem się połączyć nie mógł. I byłem jak ogniwo łańcucha rzucone na ziemię, bez związku ze światem, z łańcuchem, do którego należałem. Jedyna istota przykuta do mnie, jak jam był do niej przykuty, wpół zwierzę, nielitościwa, sroga, dzika... zamiast mnie wiązać do świata, nie dawała się z nim pojednać... Ledwie kto przystąpił do mnie, ledwie usta otworzył... odpychała zowiąc mnie szaleńcem bezmózgim co powtarzać umiał pieśni, ale w nich nie pojął słowa... Co tam niedostatek, głód, pragnienie, choroby i nędze gdy dusza srożej ucierpiała od skaleczonego ciała... Nie było przemówić do kogo, nie było się komu, a! nawet poskarżyć... Kiedym dla siebie jednę z tych pieśni, jakich mnie Morosz uczył, chciał wyśpiewać, ażeby przez nią przelać w świat jęki moje, i tego mi nie dozwalał powodyr, bojąc się by zmęczonemu nie zabrakło później głosu na pieśń płaconą i zimną... Katem był mi pan mój... a ja bezbronnym i bojąc się, ażebym nie poskarżył się nań przed swemi, uwiódł mnie od wioski, od znanego sioła w obce, smętne, puste strony, w step, gdzie nawet przyjaciel las mi nad głową nie szumiał, gdzie mi moje zioła nie pachły, gdzie jakieś obce powietrze prochem i piaskiem zasypywało ślepe oczy moje...
A jam iść musiał i cierpieć.
Są dole na ziemi, są brzemiona dla ciała i dla duszy ludzkiej tak ciężkie, że je dźwignąć można chyba szczególną łaską Bożą, o swej sile człowiek upadać musi z rozpaczy. Moja była rodzajem szaleństwa przeplatanego odrętwieniem, leżałem jak kamień, lub zrywałem się ze śmiechem szatańskim pieśń nucąc taką na której słowa słuchaczom włosy wstawały na głowie... a powodyr sam choć bydlę, jeśli nie myślą, to dźwiękiem niekiedy czuł się wzruszony do głębi... Zamiast pieśni pobożnych jam składał śpiewy o sobie, o doli i wyrzuty Bogu, że mnie pokarał tak srogo. Ludzie żegnali się na to zuchwalstwo niesłychane... we mnie rozpacz rosła i rosła...
Nareszcie, pamiętam tę chwilę zbrodni mojej, padłem raz po długim pochodzie na progu wiejskiej karczmy; wewnątrz gwar słychać było i co chwila ktoś mnie przechodzący potrącił; alem nie czuł nic, nic, nie zważał na nikogo, tak byłem srodze znużony... zdawało mi się, żem dogorywał... głowę oparłszy o słup, spuściłem lirę na kolana i powieki snem mi się mrużyły mimowolnym...
Nie wiem jak długo trwałem w tem otrętwieniu, gdy mię powodyr szarpiąc zbudził z niego i śpiewać coś kazał; czułem to, ale nie mogłem mu być posłusznym... mruknąłem coś niezrozumiale i głowę znów przychyliłem do słupa, mrużąc oczy. Powodyr był pijany i uderzył; nagle krew zakipiała we mnie całą siłą młodości niezużytej i długo tłumionego gniewu, w głowie błysło coś dzikiego, myśl jak żelazo mózg przeszywająca — zerwałem się, schwyciłem go za piersi, zwaliłem pod siebie, a choć ryczał, zdusiłem za gardło, tak, że w rękach moich ducha wyzionął, a w wściekłości lirę rozbiłem tłukąc w zimną jego głowę...
Co się ze mną stało potem, nie wiem... ale nie byłem biedniejszy gdy mnie okuto, prowadzono, karano... w ostatku do wioski mojej przywiódłszy, puszczono z imieniem zbójcy u wrót chaty, w której stary ojciec żył na łasce moich braci... Nikt mnie już przynajmniej nie gonił, nie przymuszał, nie ciągnął za sobą jak bydlę... Głodny, odarty, opuszczony na przyźbie naszej chaty walałem się czekając śmierci, a sioło rodzinne, a to miejsce znane mi od dzieciństwa pokarmiało mnie wspomnieniem matki i jedynego pocałunku... jakim w życiu odebrał. Na czole zeskwarzonem cierpieniem chwilami czułem go jeszcze, czułem do śmierci... a konając zdało mi się, że matka przyszła znękaną duszę na lepszy świat pociągnąć!
Duch umilkł i słuchacze spojrzawszy po sobie, nie odzywali się; spowiedź ta biednego żebraka zabójcy, ten dramat zapomniany nie zrobił na nich wrażenia; między nim, a niemi nie było wiążącej nici, żadne z nich cierpień takich nie znało i boleć za nie nie mogło... Słowa ducha obijały się o ich uszy zdziwione, ale nie dochodziły serca... nie pojmowali, by dzieje nieszczęśliwego zbrodniarza umieszczonego losem na dnie tłumu miały prawo do litości, do równoważenia się z cierpieniem filozofa lub poety... Widać było po twarzach, że równość pośmiertna dusz pomieścić się im w głowie nie mogła...
— Dosyć to nudne — odezwał się podkomorzy nie tając ziewania, ale cieszę się że Henryk wpadł na gbura, to go może oduczy od obcowania z duchami i odejmie mu chętkę magnetyzowania stołów, które nic doprawdy dotąd ciekawego nas nie nauczyły.
— Kochany ojcze — odparł Henryk — bądź co bądź wypijemy do dna siedm duchów tego stolika...
— A jeśli pozostałych cztery składać się będzie z tego rodzaju co ostatni? — spytała cicho panna Celestyna...
— Chociażby!
— W ostatnim nadto było liryzmu, a cała spowiedź tak złym smakiem! takiego w niej coś łachmanowego, dzikiego, strasznego i pospolitego zarazem!!
Podkomorzyna tylko i Nieklaszewicz nie odezwali się wcale ze zdaniem swojem, gdyż pierwsza zawsze poddrzymywała uśmiechając się, drugi nie puszczał z rąk stolika...
— A co? idziemy dalej? — spytał z zaciętością szczególną.
— Idziemy — odparł pan Henryk...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.