Trapezologjon/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Trapezologjon
Wydawca Nakładem Pillera i Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1875
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Nim jednak przystąpiono do nieszczęśliwego stolika, który ze stoicką cierpliwością znosił że się tak nad nim pastwili, pan Henryk mimochodem zrobił uwagę, że duchy na pokucie wszystkie jeszcze dosyć światem trąciły, a każdy z nich poświadczał spowiedzią swoją niezupełność skruchy, niedostateczne oczyszczenie się z kału ziemi.
— Czegoż bo waćpan chcesz — ofuknął się podkomorzy, znać całą tą stolikową metafizyką znudzony, jużciż wybranych w szufladkach niktby nie zamykał.
Nieklaszewicz się uśmiechnął.
— Nie traćmy czasu — rzekł cicho.
— A w istocie czasby było pić herbatę, przerwała wzdychając z lekka podkomorzyna, ale tego prozaicznego wezwania nikt nie słyszał, czy słyszeć nie chciał, a stolik objęty łańcuchem, piszczał pod palcami swych władzców. Długą chwilę trwała czynność przygotowawcza, nareszcie cichutkie ach! wyleciało w powietrze. Pan Henryk pospieszył ze swojem:
— Kto jesteś duchu?
— Melanja! Melanja! odpowiedział stolik.
— Kobieta! cały zaperzony wykrzyknął podkomorzy, łamiąc ręce, ale gdzież? spodziewam się, że jej nie osadzono ani w ćwieczku ani w klajstrze.
— Gdzie przebywasz? spytał pan Henryk.
— A! tu! tu! na wierzchu, w blacie stolika i tak ciasno... tak niewygodnie!
Duch westchnął.
— Biedna istota! westchnęła za nim panna Celestyna.
— Mój Boże, co to się dzieje! zawołała podkomorzyna.
— Duchu opowiedz nam życie swoje... pospieszył Henryk.
— Jakżeś ty niegrzeczny! przerwała Celestyna.
Ale owa Melanja nie obraziwszy się wcale za poufałą interpellację i trzykroć jeszcze westchnąwszy w kształcie przedmowy, natychmiast opowiadanie poczęła.
— Życie, a! chętnie, chętnie bardzo, od tak dawna ust nie otworzyłam, od tak dawna nikt się nie ulitował nademną... grzeczniejsi byli dla mnie na ziemi, o! daleko! ale tu na tym czarnym świecie pokuty, żadnej a żadnej formy i najmniejszego dla słabej płci względu! Wspomniawszy na przyjęcie jakiego doznałam, cala jeszcze drżę z oburzenia i boleści... Musiałam wmięszać się w najdziwniej niedobrane towarzystwo, w tłum osób nieznajomych, szłam potrącana i popychana... A tam, tam, odprawiono mnie tak bez ceremonji! nie dano mi się nawet wytłumaczyć! Gdyby chciano mnie przynajmniej posłuchać.. byłabym przekonała wszystkich o mojej niewinności... potem przy wadze postąpili ze mną sobie bez żadnej grzeczności, także musiałam czekać kolei jak wszyscy inni, porachowali mi wszystko, dobre serce, piękność, wychowanie, talenta za kapitał, to prawda, ale też jak zaczęli potem bez litości odtrącać... drobnostki, dzieciństwa... spojrzenia, ruchy, myśli, chętki, cudze zmartwienia i łzy moje i falbany sukien i wstążki i koronki... wszystko, wszystko za grzechy... za grzechy! Rzecz niepojęta, tyle się to tego zebrało, nigdym się nie spodziewała! — musiałam pójść na pokutę dopóki całej przeszłości nie potrafię zapomnieć... Sama nie wiem, bo może trwać do nieskończoności... wyraźna niesprawiedliwość... przypadkiem znalazłam się obok Julji... przecież znam całe jej życie, wiem ile nagrzeszyła, ale że się rozpłakała jak dziecko, to jej tych łez nakładli na wagę, nakładli, a takie to jakieś ciężkie było, jak kamienie!!
Ale posłuchajcie tylko sami, osądzicie, jak wielką względem mnie popełniono niesprawiedliwość...
Byłam jedynaczką, byłam piękną, byłam dowcipną, byłam trochę zepsutą, ale życie moje nie miało plamy, gdy tyle innych... a! jeszcze oprzytomnieć nie mogę, tak mnie to boli, że mi się nawet wytłumaczyć nie dali! Widocznie to ludzie bez żadnego wychowania, a ten co dusze ważył, (nie chcę źle o nim mówić, przebaczam mu), ale zda mi się, że miał do mnie jakąś osobistą urazę... sami powiedzcie... liczył mi za grzechy falbany i wstążki!
Nie mogę się skarżyć, żeby mi bardzo źle było na świecie. Młodość spędziłam przy ojcu i matce, którzy się rozpadali nademną, robiłam com chciała, dogadzali mi anielsko! A! mój Boże, mój Boże, jaka to śliczna, jaka to złota rzecz młodość, budzić się w dzień z nowym wdziękiem, z nową nadzieją, z nowem pragnieniem, i marzyć i roić i spoczywać po trudach marzenia, i roić znowu, a roić bez ustanku o niebieskich migdałach szczęścia!
Dzieciństwa mego dobrze nie pamiętam, ale od trzynastego roku jużem była dorosłą tak mi biło serce, tak w piersi dziwne uderzały pragnienia, i znałam już Heloizę i połknęłam Wertera! Pamiętam, że mnie to niesłychanie gniewało, że się nikt we mnie kochać nie chciał, a pierwsze pragnienie zemsty zrodziło się we mnie z tego uczucia. Rychło jednak zapomniałam o niem, bo w piętnastym roku ulegając żądaniu jedynaczki, matka mnie w świat wyprowadzić musiała... Otoczyli mnie starzy, młodzi, odmłodzeni, zestarzali, wszyscy, wszyscy wielkiem kołem admiracji — chwilę, chwilę długą byłam prawdziwą królową. Piękna jak anioł, dowcipna, bogata, z imieniem niepowszedniem, mogłam czekać, wybierać, rzucać i srodze za trzynastoletnie moje zmartwienie się pomścić, ale to mi już nie było w głowie!
Życie wiodło się jak wieniec kwiatów spleciony z pstrych, barwnych, woniejących, wesołych i cudownych chwilek; ani ojcu, ani matce nie chciało się wypuszczać mnie z domu, a jam też się nie spieszyła jeszcze...
Wejrzeniem jednem zapalałam serca, słówkiem wiodła ludzi, uśmiechem pobudzałam do szaleństw i probując sił moich, miałam pragnienia dziwaczne, ale się wszystkie spełniać musiały.
Nikt jednak z tych, którzy sięgali po rękę moję nie odpowiadał myśli... ton niedość piękny, ów niedosć rozumny, trzeci był za ubogi, inny miał nazbyt szlachecka rodzinę; ostatni ze swoją mitrą książęcą i wytartemi łokciami był śmieszny, nie mógł bowiem ani o pierwszej ani o drugich zapomnieć, zbyt się nią wynosił, zbyt z niemi pragnął utaić... Staranie się o mnie tych panów było wcale zabawne.
— Ale jakaż gadatliwa! odezwała się pocichu panna Celestyna, plecie, plecie, nie ma końca...
— Moja droga, nie przerywaj, rzekł Henryk, jakie życie, taka spowiedź, ręczę ci, że i ty nie mówiłabyś inaczej na jej miejscu.
— L’impertinent! zawołała panna Celestyna i umilkła ruszywszy ramionami. Duch westchnął i mówił dalej:
— Rozkochiwałam tych nieszczęśliwych jednego po drugim, jakoś tak odprawić ich zaraz nie miałam serca; wystawcie sobie, że i to mi porachowano. — Wprawdzie być bardzo może, że biedny Staś z rozpaczy począł nadto pić szampana i grać w karty, że Michaś wyrwał się od starych rodziców daleko żeby mnie zapomnieć, nie mając nadziei ręki mojej pozyskać, mówiono także, że Karol całe sobie życie sparaliżował tą nieszczęśliwą dla mnie miłością, — ale widzieć ich tylu rozmiłowanych, gotowych poświęcić do ostatniej krwi kropelki... Słuchać tego koncertu uwielbień, a! to tak miło, tak miło!
Bawiłam się, bawiłam, rodzice moi także; nagle, sama nie wiem jak się to stało, zrozumieć tego nie mogę, ojciec począł być chmurny, matka się na niego gniewała, zamykali się w pokoju ojca, żywo coś z sobą rozprawiali, wyjechaliśmy do miasta... i pokazało się, żeśmy zupełnie stracili majątek. Ojciec mówił, że to była wina oficjalistów, oficjaliści przypisywali ją ojcu; pewna jestem, że myśmy wcale temu nie byli winni, nie było nigdy więcej nad sześciu lokajów, dwie karety i sześć balów na rok! to nas zrujnować nie mogło! a rachunki tak prowadzono szczelnie!... ta ruina wydała mi się rzeczą okropną! Zaraz za tem wmawiać mi zaczęli, żebym koniecznie szła za Alfreda.
— A! jeszcze mnie przygniata to wspomnienie.... Alfred był niebardzo młody, nieładny, o! zupełnie nieładny, blady, ospowaty nawet trochę, bez imienia, bez tytułu, bogaty to prawda, ale tak skąpy, tak skąpy!
Chciałam zwlekać myśląc, że się co innego trafi ale ojciec i matka, którym on widać obiecywał spłacić ich długi i oczyścić majątek dla ocalenia go pozornie przed światem naglili, prosili... Nigdym się nie spodziewała, żeby być mogli tak okrutni... próżno się wymawiałam, zwlekałam, odkładałam, udawałam chorobę, groziłam im śmiercią... musiałam dać słowo i obrączkę.
Alfred zaraz z początku był nieznośny, nic się ze sobą nie taił, starał się wprawdzie przyzwoicie, robił prezenta kosztowne, ale żadnego najmniejszego szaleństwa dla mnie spełnić nie chciał; a taki był zawsze poważny, zimny, obrachowany, że ofiarując mi szal, przyniósł przepis konserwowania go od molów!! Raz kazałam mu tylko skoczyć z balkonu po chustkę, która mi na ulicę spadła; on ruszył ramionami i poszedł po nią, ale pomaleńku, po wschodach. Widziałam już, że tam po nim prawdziwej miłości spodziewać się nie było można... wolałam sto razy Karola, ale Karol był ubogi, ja także, a znowu żyjąc w nieustannej pracy na chleba kawałek, to coś okropnego!! na to zdecydować się nie umiałam, nie mieć co dzień świeżych rękawiczek i obchodzić jednym na lato kapeluszem! to coś straszliwego!
Wybiła w ostatku godzina, we łzach poprowadzili mnie do ołtarza, zagniewana odeszłam od niego wyrzekłszy fatalne tak! i znienawidziłam Alfreda!
Ten śmiał się sucho! wystawcie sobie państwo, miał serce śmiać się z mej boleści!
Przez kilka tygodni siedziałam na klucz zamknięta, jadłam biskokty tylko i cukierki... chciałam się umorzyć głodem, wreszcie dostałam jakiejś gorączki, rozchorowałam się strasznie, przywołano doktorów...
Musiałam już żyć z tym nieznośnym Alfredem, — ale rachując na to, że pozyszcze sobie moje przywiązanie, ogromnie się omylił... Wywiózł mnie na wieś, milczałam posłuszna, odosobniał, chciał bym żyła tylko książką, fortepianem, ogrodem i nim w dodatku... tego już było nadto. Musieliśmy się rozmówić stanowczo... Alfred już nie wytrzymał dłużej, upokorzył się, ucałował ręce moje, i wyjechaliśmy znów do miasta.
Wiedziałam teraz czem go kierować, był zakochany choć po swojemu, ale szalenie, chociaż go było potrzeba rozżarzać, a potem lada pocałunkiem uspokajać, trzymając naprzemiany w niepewności, nadziei, zazdrości, zwątpieniu, czasem doprowadzając do rozpaczy aż, gdy chodziło o wytargowanie nowego powozu lub naszyjnika z topazów... a i topazy nawet wcale nie były drogie, choć prawdziwe wschodnie! Alfred na chwilę stawał się czuły i giętki, ale potem wracał do swych nałogów, miał bowiem wszystkie śmieszności egoistów... Chciał naprzykład, żebym żyła tylko dla niego, nim... dzika, dziwaczna pretensja, nie myślałam nigdy złamać mu wiary, ale wyrzec się znów całego świata, nie dozwolić sercu uderzyć, myśli pobujać, byłoby nieznośną niewolą... gorzej klasztoru...
Lubiłam się bawić, pamiętałam, że byłam piękną, a wszystko to mi miał za złe... Kazał mi siedzieć z pończochą przy kolebce Julka, jak gdyby Julek nie miał nianiek i bon i całego dworu, który go pielęgnował.
Musiałam się czasem oburzyć, musiałam zgnieść tyrana; ale co to mnie kosztowało!! Otworzyłam wreszcie dom, postawiwszy na swojem, bo uważałam, że starzejąc powolniał coraz i łagodniał mi Alfred... sypnęło się do nas co żyło najdystyngowańszego. Nie przeczę, żem się starała podobać, żem lubiła wejrzenia czułe, pełne myśli i odpowiadała na nie wzrokiem obietnic pełnym, żem się zdawała robić niektórym nadzieje półsłówkami, żem usiłowała być jak najpiękniejszą i trochę zalotną, żem nawet z nudy, z nudy tylko, czytała listy Teodora i odpowiadała na nie, ale mi to wszystko za takie jakieś wielkie grzechy porachowano!! przecież wiem, że nie były śmiertelne... ściśnienie ręki, kradziony leciuchny pocałunek, były doprawdy największemi mojemi przestępstwy, ale mnie widać ogadano, a plotki wiarę znalazły... Nie było nic więcej! Żeby też byli porachowali mi także to utrapione życie z Alfredem, jaki to był nudziarz nieznośny, jak co chwila dusił mnie tem swojem skąpstwem i prozą!
Minąwszy lat dwadzieścia kilka, im bliżej byłam trzeciego dziesiątka, choć miałam dwoje ślicznych aniołków, które do mnie były bardzo podobne, nie mogłam już zmieniać trybu życia, do jakiegom była przywykła. Ale czyż to wina? czyż to grzech? Przykro mi było zestarzeć się nieskosztowawszy miłości, o której czytałam tyle... musiałam odegrać rolę jakaś w tym dramacie, bez którego życie by było niepełne. Alfred to brał za złe, ale dziwak był nie poprawiony i nic nie znał świata! Pewna jestem że poprzedziwszy mnie, musiał tu coś nagadać, o! to do niego podobne... Pomścił się choć tym sposobem...
Teodor był młody, ładny, rozkochany szalenie, dowcipny, a tak ślicznie i tak dobrym akcentem mówił po francusku i pisał listy tak nieporównane co do stylu i czucia! Kochałam go, nie kryjąc się z tem nawet, ale czyż to mi za wielkie przestępstwo poczytać można? Alfred długo nie domyślał się niczego, byli z sobą jak najlepiej, codziennym gościem mieliśmy go w naszym domu, życie poczynało się uśmiechać, nie mogłam przewidzieć że to wszystko skończy się tak straszliwie.
Niegodziwa Fanny zapłacona czy podmówiona przez Julję zapewne, musiała Alfredowi pokazać kryjówkę, w której składałam wszystkie jego listy: chwycił je, i straszną z tego zrobił mi scenę! A! jaki był brzydki wówczas! nigdy nie zapomnę; wleciał rozjuszony, zajadły, zapieniony z gniewu, blady... trzęsący się... potok najohydniejszych wyrazów wylał się z ust jego: starszy mi się wydał o lat dziesięć, nie mogłam pojąć jak żyłam z tym człowiekiem. Omdlałam z oburzenia, a gdym się ocuciła, dowiedziałam się że Alfred wyzwał Teodora... Ubrałam się czarno, zaczesałam gładko włosy i zamknęłam się w domu, oczekując tego dnia straszliwego, który miał o moim losie rozstrzygnąć... Strzelali się i Teodor go... a! ale nie zabił, nie zabił! Był tylko lekko ranny... prawda że w rok potem umarł biedny, ale nieoszacowany doktor Mier utrzymywał zawsze, że z choroby wątrobowej, nie od tej kuli z którą mógł żyć wybornie, choć się w nim została... bo jej wyjąć nie mogli. Teodor... w tem go nie poznałam, zaraz wyjechał za granicę. Pisałam do niego kilka razy, i wzgardziłam nareszcie, ożenił się nie doczekawszy końca mojej żałoby...
Po drugi raz w życiu chciałam się zemścić na tym niewdzięczniku; byłam jeszcze piękną, wolną, bogatą znowu (bo mi Alfred wszystko zostawił), rzuciłam okiem po ludziach... Chciałam żeby mnie zobaczył odświeżoną, odmłodniałą, cudnie piękną, żeby żałował i kląkł u nóg moich... byłabym go naówczas odepchnęła z wyrazem oburzenia i wzgardy. Zamiast niego, musiałam wreszcie wybrać Stasia... O! dobreż to było chłopię, złote serce! trochę miękki, trochę rospieszczony, ale taki posłuszny i takie serdeczne dziecko!
Szczerze chciałam pójść za niego, ale los wcale zrządził inaczej, nie miałam szczęścia, a tego mi nie policzono!!
Staś był prawda trochę za młody, obliczywszy ściśle, mógł być synem moim, ale ja jeszcze tak młodo i ślicznie wyglądałam naówczas, że mnie czasem brano za dwudziestoletnią panienkę, garderobiana moja przysięgała mi nato... Staś był zakochany, ja dzieci wyprawiłam na wieś i nigdy o nich mu nie czyniłam wzmianki, już mi zaczynał nawet napomykać o małżeństwie biedny chłopiec, gdy ktoś zawistny dał znać na wieś jego rodzicom... O! ci starzy! oni zawsze szczęście widzą tylko w tem coby je im dać mogło i mierzą je gotową miarą swoją... wlecieli do Warszawy, zabrali mi chłopca, i ostatnia moja miłość zerwała się jak struna wśród koncertu, bez przygotowania, nagle... na wieki...
Kilka tygodni byłam niepocieszona, ale słabość jego charakteru, uległość rodzicom nierozsądna opamiętały mnie, nicbym była z niego nie zrobiła... otrząsłam się z tego dziecinnego przywiązania, zaczęłam znowu szukać dokoła siebie...
Już mi się nic nie udawało! lgnęli do mnie to prawda, ale nikt z tych kogobym była wybrała, żenić się zemną nie myślał... radzi byli tylko przyjść, pobawić się, nie wiążąc niczem i odejść gdy się im podoba. To mnie oburzyło!! Usiłowałam wreszcie kogokolwiek serjo rozkochać, starałam się być piękną, pokazać bogatą, błysnąć dowcipem, nic nie pomogło; każdy przychodził, napatrzył się, naśmiał, nadowcipował, zabawił i odchodził obojętny... Domyśliłam się wreszcie że mi moje dzieci musiały tak szkodzić do szczęścia i znienawidziłam je prawie z tego powodu... Nie byłam jednak złą matką... pamiętałam o nich, o ich potrzebach, o nauce, o wygodach... tylkom niańką i dozorczynią być nie mogła i nie chciała... Świat uśmiechał mi się jeszcze, niepodobna mi było wytrwać na wsi.
Nie sądźcie jednak żebym już nie była w możności natchnąć gwałtowną namiętnością... ale wszędzie mnie ścigało jakieś nieszczęście, jakaś fatalność... Tu i owdzie zapalałam serca, rozpoczynały się preludja od westchnień i spojrzeń, ale zawsze coś, jakaś nieprzewidziana okoliczność zrywała to w chwili, gdy się rozwinąć miało najlepiej. Temu wypadła podróż, inny zachorował, trzeci został zmuszony mimo woli się ożenić i choć rzucali mnie w rozpaczy, ale rzucić musieli.
Jużbym była może z biedy poszła za doktora Francolini, który minąwszy to że doktor, był bardzo przystojny i niezmiernie przyzwoity człowiek... gdy nie wiem z czego, podobno z zaziębienia po balu, dostałam lekkiej gorączki, i mimo starań najusilniejszych niezmierniem się zdziwiła, postrzegłszy żem przeszła na świat inny.
Tu się właśnie poczyna najciekawsza część historji mojej; widzieliście żem nie była wcale ciężkiemi obciążona grzechami, spodziewałam się tylko lekkiej admonicji, ale anim myślała, żeby mi drzwi nieba przed nosem zamknięto...
Wybiegłam więc w drogę dosyć spokojna, trochę tylko zmięszana że mnie to tak niespodziewanie spotkało... Tknęło mnie to zaraz żem łącząc się z mnóstwem duchów które z tego świata razem zemną zeszły, nie doznała od nich najmniejszej grzeczności; — szliśmy koleją, nikt mi nie ustąpił z drogi.. Ha! myślę sobie, mniejsza o to, nikt mnie nie zna, gdyby wiedzieli kto jestem z domu, byłoby wcale inaczej; okryta więc mojem incognito i spodziewając że się to zmieni gdy staniemy u kresu, szłam dalej.
Coraz jaśniej, coraz jaśniej, stajemy wreszcie u drzwi, ale tu literalnie jak w Paryżu przy pierwszem przedstawieniu opery Mejerbeera, natłok nieopisany, ścisk, tłum... i nikt nikomu nie ustępuje, nikt na nikogo nie zważa; każdy z kolei przychodzi.
Czekam cierpliwie przebiegając myślą życie moje i uspokajając się coraz mocniej, gdy w chwili widzę się powołaną po imieniu. Zlękłam się, ujrzawszy twarz surową i poważną, może od znudzenia, bo tyle się nas tam tego dnia meldowało!
Nie potrzebowałam mu mówić ani ktom była, ani z jakiej pochodziła familji i co robiłam na świecie, ten co mnie powołał, zmierzył tylko okiem i wiedział wszystko... Ale żeby też choć prosił siedzieć, choć pocieszające wymówił słowo... nie, wskazał mi tylko ręką drogę smętną którą iść miałam, a którą tłum także zalegał, bo rzadko kto tak był czysty, żeby wprost poszedł do nieba...
Trochę mnie to zaambarasowało... i ośmieliłam się mu powiedzieć... kto byłam z domu... I na to nic, znowu wskazał mi drogę, jeszczem raz otworzyła usta... ale nim się poczęłam tłumaczyć... tłum ujął mnie i niewidzialna siła pchnęła dalej...
Przyznam się że to zimne przyjęcie kobiety mojego położenia dotknęło mnie żywo... poszłam dalej, do ogromnego kręgu, gdzie ważono dary nasze i czyny, i skąd potem rozsyłano na pokutę.
Jeszcze mi zostawała nadzieja że się choć tu wytłumaczę... ale i tu ścisk, natłok, zamięszanie... Sądziłam że niezmiernie długo oczekiwać mi przyjdzie, gdy tuż stanęłam u wagi.
Ten co dusze ważył, był poważniejszy jeszcze i surowszy... Koło wagi zwijały się jakieś postacie z anielskiem obliczem, których chciałam przekupić uśmiechem, zdawali się tak dobrzy, mili i pełni uczynności! Jeden z nich wnet poprzynosił to co mi Bóg dał przy urodzeniu i w ciągu życia nabyć dozwolił... na oko zdawało mi się wiele, ale stara waga pewnie zardzewiała, niebardzo ciężar uczuła... Liczyłam okiem, zdawało się być wszystko.
Wtem drugi nuż przynosić grzechy moje! Z początku mnie to nie przestraszało, sądziłam że rychło się skończy, ale waga przechyliła się na tę stronę, a oni jeszcze nosili a nosili te mniemane grzechy. Zakrzyknęłam z oburzenia!
Wystawcie sobie państwo, ale to takie powywlekali mi rzeczy, których nie miałam w pamięci, kilka tysięcy wejrzeń, kilka tysięcy uśmiechów... wreszcie stroiki, stare falbany od sukien... Już nie mogłam wytrzymać, i odezwałam się że w życiu nie popełniłam żadnego grzechu tak strasznego, ażeby mnie kara zań długa i ciężka spotkać mogła...
— Byłaś złą żoną, byłaś złą matką i złą kobietą, rzekł uprzedzony widać przez mego męża psychostata.
— A! zakryłam sobie oczy, ja złą żoną?
— Mąż zginął z twojej przyczyny. Spójrz, masz krew jego na sobie...
Odwołałam się żywo do świadectwa doktora, a tuż widzę go w tłumie: pozwolono mi go wezwać.
— Doktorze! krzyknęłam, tysiąc razy powtarzałeś mi że umarł nie od kuli Teodora... Ale wszyscy aż do doktora który tylko ramionami ruszył, spiknęli się na mnie, śmierć Alfreda ogromnie przeważyła szalę.
— Cóż robi ta stara falbana? zawołałam po chwili.
— Przyszyłaś ją do sukni w złej myśli! odpowiedziano mi.
— A ten bilet koncertowy?...
— Poszłaś na widowisko odstępując chore dzieci żeby się uśmiechnąć do Michała...
Słowem, takim sposobem wygrzebując najmniej ważne uczynki, myśli, chętki, drgnienia serca, gdy je na wagę nakładli, zrobiło się tego tyle, że druga szala całkiem się do góry podniosła... Chciałam mówić jeszcze, gdy mnie już ktoś inny zastąpił... uczułam tylko, że lecę na pokutę, znowu na świat nasz... zopomnieć mojego życia!
Teraz, kiedy to wszystko rozbieram, nie mogę się wstrzymać od oburzenia na wyrządzoną mi niesprawiedliwość... Julja, Julja, piękna Marja, które miały tuzinami kochanków, łzami się wykupiły, a ja żem płakać nie umiała, dla trochy dumy i charakteru, muszę siedzieć w stoliku! I ani sposobu odwołać się od tego sądu... a! tak tu nudno, tak samotnie, tak upokarzająco... Już mi do głowy przychodziło żeby się gdzie choć od kogo o dzieciach moich dowiedzieć... Niewdzięczność ich mnie boli, od początku pokuty mojej nigdy myśl żadnego z nich do mnie nie doszła, nieraz westchnienie ludzi obcych błysnęło wśród ciemności które mnie otaczają... a od nich! nic! nic! nic!
W tem miejscu spowiedzi, podkomorzyna poczęła coś szeptać z córką.
— Melanja... to ona... Alfred! jakże!... moglibyśmy jej coś powiedzieć o dzieciach...
Duch czy usłyszał, czy się domyślił, gorąco zapytał...
— A powiedźcie, powiedźcie!
— Ale to cię nie pocieszy niebogo! dodała podkomorzyna, która najmniej ubarwić mogła to co opowiadała. Syn Julek... już stracił co miał do grosza... zdrowie jego złe bardzo, różnie o nim mówią... są nawet dowody że ogrywa na pewno...
— A Mimi?
— A Mimi! o! to jeszcze gorzej, zawołała podkomorzyna, co tu obwijać w bawełnę... miała przypadek.. potem, potem poszła za mąż za syna ekonoma waszego Parcinkowskiego i wzięli gdzieś dzierżawę... Ale i tego słyszę porzuciła...
Duch milczał uporczywie... a podkomorzyna nawet nie miała odwagi dalej wiadomości o dzieciach mu udzielać... Wszyscy stali chmurni, nie śmiejąc ust otworzyć, a podkomorzy ruszał ramionami i brwiami...
— To być nie może! przerwał milczenie głos ze stolika... Julek, Mimi, oboje tak do mnie podobni, tak starannie wychowani... Mówili po francusku jak paryżanie, Julek już uczęszczał do najlepszych towarzystw i nadzwyczaj się forsował.
— Ale co tu w bawełnę obwijać, zawołała podkomorzyna, która na chwilę zapomniała że miała do czynienia z duchem... waćpani dobrodziejka zapomniałaś, że trzeba im było dać zasady...
Celestyna ruszyła ramionami.
— Droga mamo, nie męczże ją... dosyć już tego... dajmy jej pokój.
— Dajmy pokój, chórem zawołał podkomorzy...
— Dajmy pokój! powtórzył Henryk.
I jabym też chętnie był za tem wotował ale nie miałem głosu, uśmiechnąłem się tylko... spoglądając rychło li przejdzie burza żeby choć pod noc dalej ciągnąć w drogę. Nieszczęściem burza trwała uparcie.
— Możebyś już trzem pozostałym duchom darował... szepnął podkomorzy widocznie znużony...
Pan Henryk tylko ramionami ruszył.
— Ale na Boga papo! to się niegodzi!
— Czas bo pić herbatę... odezwała się podkomorzyna, mnie to wycieńcza, ja się czuję głodną.
— To niech herbatę dają w drugim pokoju, rzekł pan Henryk..
— A któż ją zrobi?
— Ja, odezwałem się z kąta, jeśli to państwu dogodnem być może...
— To jużbym ja powinien, chociaż przyznaję się że wcale do tego nie jestem zdolny... wyjąknął gospodarz, ale możeby żona mego kamerdynera, która czasem przychodzi mi nalewać... spojrzał na podkomorzynę ukradkiem, wyręczyła nas?
— A! Henryka! ona dobrze robi herbatę! potwierdziła sama pani, myśl dobra... każ jej przyjść...
Ledwie dali rękom wypocząć magnetezujący, a już pan Henryk wzywał ich znowu do dzieła przedsięwziętego, ale nikt już oprócz Nieklaszewicza wielkiej do niego nie miał ochoty...
Panna Celestyna zdawała się uderzona spowiedzią ostatnią i smętnie zwieszała głowę, podkomorzyna ziewała spazmatycznie, podkomorzy przechadzał się, więcej zajęty herbatą niż duchami, poglądając na drzwi któremi taca i Henryka wejść miały.
Po chwili ów hajduk który mnie wprowadził, wsunął się z dość obłamaną tacą, i rozmaitego kalibru szklankami, i pociągnął do przyległego pokoju, a za nim wskoczyła bardziej niż weszła, śliczna jejmość, typ subretki z uśmieszkiem na ustach i figlami w czarnych oczkach... Domyśliłem się w niej Henryki...
W bieluchnym malutkim czepeczku na ciemnych włosach starannie uczesanych, z noskiem trochę zadartym, różowa, śnieżna, wesoła, szyderska gosposia podkomorzego nie zdawała się mieć więcej lat dwudziestu. W swoim rodzaju jako pokojówka była prześliczna, a tak jej było do twarzy w tym stroju skromnym, z czarnym fartuszkiem, z czarną na szyi aksamitką, z paskiem który obcisły stanik jej przecinał, że zdawał się dla niej stworzony. Ukłonem pełnym zalotności powitała towarzystwo i ścigana oczyma podkomorzego i Nieklaszewicza, przeleciała do drugiego pokoju...
— No? a cóż idziemy dalej? spytał przewodnik.
— Jak chcesz, odezwała się matka.
— Jak chcesz, dodała Celestyna; a Nieklaszewicz gorąco zawołał:
— A jakże! a jakże!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.