Trędowata/Tom I/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Trędowata
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.

W gabinecie Waldemara, wybitym ciemno-karmazynową skórą, snuły się błękitne pasemka dymu, roznosząc woń dobrych cygar. Kilku zebranych panów gawędziło wesoło. Jedni siedzieli, inni przechodzili z miejsca na miejsce, jeden leżał rozciągnięty na karmazynowym szezlongu.
Był to Trestka. Leżąc na wznak, ręce podsunął pod głowę i pykając z cygara, patrzał uparcie w sufit na wymalowaną scenę powitania Odysseusza z Nauzykaą.
Waldemar siedział na poręczy fotelu w niedbałej pozie i przysłuchiwał się wesołym żartom towarzyszy. Sam trochę mroczny, nieczęsto mówił, jednak nie krępował wesołości, a każde z rzadkich jego słów było jakby podnieta. Do niego zwracali się głównie, on wyglądał na arbitra wśród tej wytwornej młodzieży. Zjechała tu cała śmietanka arystokracji bliższej i dalszej, wszystko panicze, napiętnowani cechą zagraniczną. Jedni w stylu wiedeńskich jokey-clubistów lub modernizowani na sposób paryski, inni nosili poważny ton synów Brytanji. Wśród nich Waldemar przedstawiał typ najwięcej patrycjuszowski. Chociaż Zachód polakierował go na ogólną modłę międzynarodowej elegancji, jednak nie zdołał go przekształcić zupełnie. Pozostał najmniej egzotycznym. Młody ordynat nie odznaczał się wybitną pięknością, ale posiadał wydatny typ, zwracał uwagę, przykuwał oczy.
Był jednym z tych magnatów, którzy, nie nosząc swego majestatu przed sobą, mają go bezwiednie w sobie. Nie myśląc o tem, był zawsze i wszędzie panem i ta jego pańskość, noszona z pewną niedbałością, zwracała na niego oczy. Wyróżniał się i wszystko mu uchodziło; żył, jak chciał, mówił, co chciał, nie stosując się do ogólnych przepisów, tylko do własnej etyki. Ale ta nie zawiodła go nigdy. Jego subtelność i przeczulenie estetyczne nie dozwalało szrankom, zakreślonym przez jego swobodę czynów, wejść w niezgodę z ich regułą.
I owa estetyka stała się tak dalece nim samym, że wyłączała wszelkie wahania. Nie mógł jej przekroczyć bez skrzywdzenia samego siebie. Odznaczała go przytem znamienna wypukłość charakteru, co go czyniło odrębnym. Umysłowo stał bardzo wysoko, inteligencją wznosił się nad poziom swego otoczenia, ale własna opinja mało go obchodziła, nie dbał o to, co o nim powiedzą. Posiadał niesłychanie żywy temperament, rzutkość i szaloną energję, lecz nie łączył z tem rubasznej krewkości, przeciwnie, miał wyraz trochę znudzony, w niedbałych ruchach pewną apatyczność.
Jego stalowe źrenice miewały wielką różnorodność wyrazu: ironji, dowcipu, czasami błyskały w nim zimne połyski stali, często wybuchowe ognie, lub płomyki łagodności i wzruszeń. Nie umiały być rysiemi, ani nazbyt kobiecemi w wyrazie. Męskość jego zyskiwała na tem, nie tracąc nic z uroku. Jego stanowczość, raz okazana, była niezłomną, ale sam z sobą odbywał walki bardzo uporczywe. Wiedział, czego chce i do czego dąży, lecz nie zawsze miał pewność, czy racjonalnie chce i czy dobrą obiera drogę.
Filozofował, analizował, każdą rzecz przefiltrowywał przez swe zdolności umysłowe, lecz gdy w końcu powiedział sobie — „eureka!“ zdanie jego wychodziło skrystalizowane, z cechą wyłączną. Ale nie zawsze potrafił być drobiazgowym krytykiem samego siebie: zdarzały się wypadki, że żądania swe rzucał ze śmiałością i bezwzględną energją. Gwałtowność rodowa w połączeniu z jakąś dozą feudalizmu brała wówczas górę nad filozofem. Potrafił wybuchać dziko, jak wszyscy Michorowscy. Tylko przodkowie jego nie znali samoosobowej krytyki, nie analizowali swych czynów. On, jeśli dał się unieść chwili zbyt popędliwie, za to potem przeprowadzał ją przez wszystkie tory swych filozoficznych, etycznych i estetycznych poglądów i nie zawsze czuł się zadowolony; wówczas wpadał w groźne rozdrażnienie, ale młoda, żywa natura i energja nie pozwalały mu długo nurtować się w sobie.
Rozdrażnienie mijało, pozostawiając odrobinę niesmaku, a samoosobowy krytycyzm jego wzmagał się. Człowiek ten był pewnym siebie i swych czynów, ale niezarozumiały, bo nie każdą myśl wypuszczał w świat, nie każdą uważał za doskonałą.
Po przyjęciu w Głębowiczach, Waldemar odprowadził swych gości do Słodkowic i tam przenocował. Rano zerwało się w nim tysiące zapytań i wątpliwości, na które nie mógł znaleźć odpowiedzi, pożegnał się i wyjechał. Szalała w nim burza. Zły, wściekły na siebie, nie mógł sobie darować postępowania ze Stefcią. Scena w sali portretowej i słowa jego na breku dręczyły go, jak gorzki wyrzut. Obawiał się trochę spotkania ze Stefcią, myślał, że ona po tem co od niego słyszała, przywita go albo nadąsana, albo z triumfalnym uśmieszkiem, tak częstym u panien w podobnych warunkach. Nie chciał jej gniewu, lecz stokroć więcej obawiał się tego uśmieszku może przeczuwając, że stałby się on zaporą rzucającą na Stefcię wielki cień. A tego instynktownie dopuścić nie chciał. Na breku po jego znaczącem słowie, ona siedziała cicha, przytłoczona, mówiła mało i z przymusem, nie do niego zresztą, bo i on zamilkł.
Na szczęście panna Rita, zamiast spać, rozgadała się na dobre i, podtrzymując rozmowę, zamaskowała niezwykłe usposobienie jego i Stefci.
Waldemar, po niespanej nocy, doszedł do przekonania, które sformułował w ten sposób:
— Wczoraj rozważała, dziś zrozumiała i okaże mi to.
Na tę myśl zaciskał zęby z jakąś złością.
— Niechże nie próbuje, bo chybi.
I czuł, że samem posądzeniem krzywdzi Stefcię, jednak napadał na nią z zajadłością.
Był rozdrażniony, przywitał ją chłodno, bez cienia życzliwości, a choć czuł jej ździwiony wzrok na sobie, pozostał sztywnym aż do wyjazdu. Wyjazd przyspieszył umyślnie: chciał uciec od jej widoku, bo czuł, że się na niej zawiódł, że mylnie ją sądził, i że jest względem niej winnym.
Taktowna dziewczyna nie okazała mu nic z tego, co przypuszczał, nie dojrzał w niej triumfu, ani gniewu, jedynie trochę zdziwienia z powodu jego chłodu. To go wzruszyło najniepotrzebniej, jak sam myślał, i przechyliło szalę na korzyść Stefci.
— Co ona ci zawiniła, że postępujesz z nią jak z pierwszą lepszą? — powtarzał sobie, wracając do Głębowicz.
I wciśnięty w kąt powozu przeprowadzał z goryczą własną krytykę.
Przypomniał wczorajszy ranek, jak jechał z nią razem na koźle breku, słyszał w myśli słowa, jej śmiech. Widział ją przed sobą, porównywał wczorajszą do dzisiejszej i burzył się coraz bardziej.
Pogoda dopomagała mu do czarnych myśli. Wczorajszy świetlisty poranek znikł. Powietrze było szare, nabrzmiałe deszczem, wiszącym w chmurach. Na ziemię padał drobniutki mokry pył. Świat cały stał w jakiejś melancholijnej, ponurej ciszy. Drzewa, szumiące wczoraj, dziś milczały skupione w sobie; łany zbóż, wczoraj wesołe i wyjaśnione, stały cicho pod ciężarem wilgotnej szarzyzny dnia. Czasem na przydrożnych topolach zakrzyczały ptaki, ale i one milkły na odgłos kopyt końskich, stukających po bitym gościńcu. Powóz na gumach sunął cicho, lecz Waldemara gniewał nawet tupot koni. Miał jednak tyle przytomności, że nie robił o to awantury stangretowi. Monologował w myśli:
— Stefcia była wczoraj zastosowana do pogody, a pogoda do niej, i ja ją zmąciłem pogodę Stefci... Cóż ona mogła innego o mnie pomyśleć nad to, że byłem pijany? Piłem przecie dosyć szampana. Ba! a scena w sali portretowej?... Róże mogły się tłomaczyć uprzejmością gospodarza względem gościa, chociaż to już wykręt... ale pocałowanie reki i niektóre słowa — zbyteczne. Najgorszy brek... Z taką dziewczyna trzeba się liczyć, bo bardzo łatwo można stracić w jej oczach, Mimoza! gotowa mnie posądzić o instynkta godne Prątnickiego, tylko w innym kierunku... A do djabła! co ja u licha narobiłem!...
Waldemar nie mógł z sobą dojść do ładu.
W Głębowiczach rozdrażnienie mijało a przychodziła rozwaga.
Snuł się po parku, po zwierzyńcu, gdzie już sprzątnięto ślady wczorajszej uczty.
I wszędzie wspominał Stefcię.
Tu grał z nią w tennisa. — „Jak ładnie miała podpiętą suknię!“ — tu z nią rozmawiał, na tej uliczce rwał dla niej róże, a przedtem widział ją zdaleka, jak zanurzała swą jasną twarz w masie aksamitnych kwiatów, i chciał te kwiaty zerwać własnemi rękoma. Potem spacer po rzece. Rozgniewała go, wskakując tak prędko w błękitną łódź i wiosłując z Trestką. A strzelanie w zwierzyńcu?... Ten przestrzelony przez niego as... Poszedł w tę stronę i z oburzeniem zobaczył, że tablicę już zabrano, stał tylko słup mokry od deszczu. Waldemar w pierwszej chwili chciał wołać strzelca zwierzynieckiego i spytać, dlaczego tablicę usunęli bez jego wiedzy. Ale się pomiarkował. „Po co ten nieporządek? Dobrze, że zabrane“... Najdłużej przebył w sali portretowej! Usiadł na kanapce i, wpatrując się w portret babki, myślał:
— Poco jej opowiedziałem tę historję... Nabije sobie głowę romantyzmem, a to się na nic nie zdało. Idylle, marzenia, wszystko to oklepane paradoksy! Istnieje tylko pożądanie! jedyna prawda z nagromadzenia pojedynczych głupstw pod nazwą miłości. W pożądanie wierzę i ono mnie popycha do niej, nic więcej. A że jest czysta jak kryształ i taka jasna, to tem lepiej. Każdy woli pióra łabędzie, niż kawki.
Dojrzał na posadzce kilka zielonych i żółtych listków róży, pozostałych po wczorajszym bukiecie Stefci. Podniósł je z chciwością i nagle przypomniał scenę, jak się ona przestraszyła głosu z zewnątrz i chciała uciekać, a on jej nie puścił. Trzymał wtedy jej ręce, schowane w swych dłoniach i przyciągnął ku sobie. Patrzała na niego wylękła, taka jakaś mimowolnie poddana, oczy mrużyła tak rozkosznie... Wprawdzie trwało to zaledwie chwilkę, ale co to było!...
Waldemar zgniótł listki w dłoni.
— Pożądanie! I to pożądanie — rzekł z ironicznym uśmieszkiem, zdążając do drzwi. W progu stanął i spojrzał na zmięte listki, rzucone na posadzce.
— Łowczy utrzymuje większy porządek w zwierzyńcu, niż kamerdyner w zamku, ale ten widać szanuje pamiątki...
I wyszedł, wzruszając ramionami.
Przez kilka następnych dni nie mógł się uspokoić; do jednego tylko doszedł wniosku: że jeżeli pożądanie jest dominującem uczuciem w składniku miłości, to Stefcia nie zalicza się do wyznawczyń tej teorji. Więc budzi się w niej coś innego? jakieś uczucie bardziej duchowe?... Może odżywa... obudził je Prątnicki...
Na wspomnienie tego nazwiska Waldemar zaciskał zęby. ten objaw niepokoił go. Wiedział, że Stefcia Prątnickiego nie kochała, lecz ogarniał go niesmak na samo połączenie ich nazwisk; przeczuwał, że wzbudza w Stefci uczucia silniejsze od zwykłej sympatji, i nie zdawał sobie sprawy, dlaczego czuł się dumnym, oraz jaki to był rodzaj dumy.
W wielu podobnych wypadkach w życiu odczuwał jedynie triumf, ale dumę i jakieś wewnętrzne zadowolenie odnajdywał pierwszy raz i dziwił się.
Dlaczego ta dziewczyna wywiera wrażenie zupełnie odmienne od znanych dotychczas? Dlaczego pociąga nieprzepartą siłą, staje mu się upragnioną, niemal drogą?... Ona, którą przed paru miesiącami chłostał często cynicznym dowcipem, prześladował, drażnił.... Za co? dlaczego?!...
Zrobiła na nim wrażenie od pierwszej chwili, gdy ją zobaczył obok ciotki, w landzie, jadącą z kolei. Zachwyciła go od razu, przesiadł się do nich i zaczął ja badać.
Ale natychmiast zauważył, że ona to spostrzega i że ją to gniewa.
Zdziwił się.
Młoda, ładna panna, nie lubiąca uporczywego wzroku młodego mężczyzny, wprawiła go w zdumienie, jak nowe zjawisko.
Życie przyzwyczaiło go do czego innego. Kobiety aż nadto okazywały mu względów, i to kobiety wysokich sfer, magnatki. A ta dziewczyna ze szlacheckiego domu, taka ładna i dziwnie wytworna, z niechęcią a nawet obrazą w oczach przyjmowała jego hołdy. Wprawdzie wzrok jego, skierowany na nią, miał sporą dozę ironji i nieufności, bo tak spoglądał na wszystkie panny świeżo poznane, przeczuwając w nich tysiące wadeczek bardzo pospolitych. Na każdą nową spoglądając, myślał:
— Już ja się tobą nie zajmę.
Stefcia nie wzbudziła podobnej myśli, przeciwnie — zajęła go odrazu, interesowała coraz więcej. I wiedziony jakąś nieuzasadnioną złością, mścił się na niej, sam sobie robiąc na przekór. Ale potem coś zaczęło się zmieniać. Po pamiętnym obiedzie, kiedy Stefcia cofnęła mu swą rękę, Waldemar zastanowił się:
— Po co ja ją dręczę?
Umyślnie długo nie przyjeżdżał do Słodkowic, pragnąc zapomnieć, o niej. Chciał wyrzucić z myśli jej drobną twarz, przyćmioną smutkiem. On wywoływał na niej ten wyraz, on nie dawał spokoju tej dziewczynie tak delikatnej i wytwornej, on ją dręczył, jakby przez złość, że mu się podoba. Po tygodniu uczuł pragnienie ujrzenia jej. Przyjechał do Słodkowic razem z całą gromadą gości i tam przyzwyczajenie wzięło znowu górę. Przechodząc, koło jej okna, rzucił w nie figlarne spojrzenie i napotka jej twarz zaciekawioną; ale na jego widok cofnęła się nagle jakby przerażona i aż zbladła. Coś w nim zadrgało żalem.
— Ona się mnie poprostu boi.
Zobaczył ją potem rozbawioną. Tańczyła z Lucią pełna życia i swobody, taki ładny miała uśmiech!... Więc tylko przed nim ukrywa wesołość, on ją paraliżuje?...
I zmienił się.
Odtąd nie pomijał sposobności, aby zrobić jej przyjemność, co w jego warunkach było dość łatwem. Z rozkoszą zauważył, że i Stefcia zaczyna się przeistaczać. Poweselała, lubiła jego rozmowę, nie unikała go, jak dawniej, i w jego towarzystwie przestała tracić swobodę. Waldemar widział te zmiany i cieszył się, lecz od jakiegoś czasu ogarnął go niepokój.
— Za wiele o niej myślę!
Pobyt jej w Głębowiczach dopełniał miary. Waldemar zrozumiał, że zadaleko zaszedł. Cofać się nie mógł, zabraniała mu tego własna etyka, iść naprzód jeszcze nie chciał. Takt Stefci ujął go ze względu na nią, zdenerwował ze względu na siebie.
— Jest pewna, żem był pijany, i chce być wyrozumiałą.
To go drażniło niesłychanie.
Tak przebył kilka dni, do Słodkowic nie jechał, ale czuł, że pomimo chęci Stefcia nie schodzi mu z myśli. Aż pewnego dnia zjechali do Głębowicz koledzy Waldemara, bliżsi i dalsi znajomi, na miesięczny „jour fix“ męski. Jechali z ochotą, ciągnęła ich wesoła swoboda, panująca w tej magnackiej rezydencji. Każdy mógł się tu czuć, jak u siebie, co niektórym sprawiało zadowolenie ambicji i jakąś rozkosz fizyczną. Książęca atmosfera przepychu, płynąca z każdego kąta, uprzejmość ordynata, liczna wygalowana służba, znakomite cygara i wytworna kuchnia, dodawały uroku zawsze oczekiwanym zebraniom.
Tym razem wiodła wszystkich świeża wiadomość, interesująca bardzo wysokie sfery towarzyskie: hrabianka Barska odmówiła ręki księciu Legnickiemu.
Fakt sprawił wrażenie. Pewna liczba hrabianek i księżniczek liczyła na widoki, jakie się dla nich otwierały. Wielu dawniej odepchniętych konkurentów hrabianki na nowo miało zamiar rozpocząć kampanję. Ale przedewszystkiem trzeba się było dowiedzieć, co na to mówi Michorowski, jaką jest jego opinja?
Wszyscy wiedzieli, że odmowa hrabianki nastąpiła z jego przyczyny — nie bezpośrednio, lecz w nawiasach.
Barscy liczyli na ordynata, uważając go za pierwszą partję w kraju. Hrabianka, delikatnie pomijając świetność przyszłego z nim związku, kochała go po swojemu. Nikt nie śmiał posuwać naprzód swych starań bez wybadania poglądu ordynata. Każdy z możliwych pretendentów do ręki hrabianki, jadąc do Głębowicz, zachowywał dobrze udaną obojętność. każdy mniej więcej chciał mówić miną: „Cóż mnie obchodź hrabianka Barska i jej wybór?“ Ale jednocześnie każdy oczekiwał zdania ordynata. Wiedziano, że jeśli on ujawni swe zamiary względem hrabianki, nie pozostanie im nic więcej nad wycofanie się od brzegu. Jeden Trestka był w tej sprawie neutralnym, ale za to krytycznymi widzem.
Ordynat wiadomości przyjął obojętnie: wiedział już o tem. Mówił, jak o rzeczy niewielkiego znaczenia, i prędko przeszedł do innego tematu. To wywołało zdziwienie i niepokój. Trestka, który się doskonałe bawił, rzekł do jednego z panów:
— Ordynat widocznie uważa odmowę hrabianki za konieczną. Wiedział zapewne o rezultacie starań księcia, może nawet są po słowie?...
Trestka kłamał z satysfakcją.
Wszystkich dziwiło niezwykłe usposobienie ordynata i jego wyraźne zdenerwowanie, nie wiedzieli, jak mają to rozumieć.
Czy przeczuł ich zamiary względem hrabianki?... Tylko Trestka domyślał się istotnego powodu — odgadywał w tem Stefcię.
Ale pomimo wszystkiego bawiono się dobrze. Przed kolacją grano w bilard, potem sławne wina głębowickie jeszcze więcej rozochociły gości.
W gabinecie i przytykającej doń fajczarni wrzało życiem. Waldemar zapraszał na polowania jesienne.
Trestka, usłyszawszy to, zerwał się ze szezlongu.
— Czy i w Słodkowcach będą obławy — spytał poprawiając binokle.
— Zapewne! Cóż panu na tem zależy — zdziwił się Waldemar.
Kilku panów parsknęło śmiechem.
— Trestka jest bajeczny! Chodzi mu o to, czy, goniąc dziki, nie będzie pozbawiony widoku panny Szeliżanki, bez której on jest zerem, a w Słodkowcach prędzej się to może zdarzyć.
Waldemar wzruszył ramionami.
— Spotkasz ją pan w Głębowiczach, bo na polowaniach będą obecne panie. Zresztą, nim to nastąpi, zmienią się może warunki, zdobędziesz pan większe prawa.
— A to jakim sposobem?
— No! zostaniesz narzeczonym.
Trestka popatrzał zdziwiony, po chwili dopiero odrzekł:
— Wątpię, by to nastąpić mogło.
Młody hrabia Brochwicz, kolega z Halli i osobisty przyjaciel Waldemara, uśmiechnął się i rzekł dowcipnie:
— Mamy przed sobą wystawę. O ile słyszałem, panna Rita wystawia swe folbluty. Strzeż się pan, by twoje perszerony ich nie prześcignęły, bo wówczas...
— We sto koni jej nie dogoni — dokończył Waldemar.
Odpowiedziano śmiechem. Brochwicz mówił dalej:
— Tak. Wówczas możesz powiedzieć: tout est fini! a nawet powinieneś omijać złoty medal, najwyżej możesz mieć list pochwalny.
— Ja swoich koni nie prowadzę.
— Bardzo praktycznie!
Baron Weyher musnął żółte faworyty.
— A propos wystawy — rzekł, cedząc słowa — czy ordynat będzie miał stajnię?
— Za parę dni właśnie jadę w tej sprawie. Na wystawę prowadzę dziesięć zarodowych klaczy.
— Czy muzy?
— O nie! tylko tej samej rasy i kare. Czwórek nie rozrywam. Będzie i Apollo.
— Ten chyba jako ozdoba?
— Dekoracja, która może się stać przyczyną choroby panny Rity — podchwycił Brochwicz.
— Słyszałem, że i baronowa Elzonowska wybiera się na wystawę z dziadkiem pańskim i panną Lucią — rzekł młody Żnin.
— Tak, jadą z całym domem.
— Ach! więc będzie i panna Rudecka! — zawołaj; Brochwicz. — Wiluś Szeliga naopowiadał mi o niej cuda. Bardzom jej ciekaw. Czy istotnie ładna?
Trestka rzucił ukośne spojrzenie na ordynata.
— Bardzo ładna i bardzo nieprzystępna — rzekł serjo.
— To zaleta!
— Przeciwnie, to wada! — odezwał się Żnin.
— Nieprzystępność jest wadą mężatek, nie panien.
— Brochwicz! czyś ty trzeźwy?
— Najzupełniej!
— Bo wiesz, że dowodzisz niesłychanie!
Trestka potrząsnął głową.
— W zasadzie ma słuszność. Zbyt wielka cnota była dobrą w katakumbach rzymskich. Dziś zarówno mężatkom jak i pannom nie jest w niej do twarzy.
— Mówisz na podstawie własnych krzywd, ale panna Rita zalicza się do ultra postępowych.
— Widać nie w każdym kierunku.
Brochwicz przerwał:
— Moi panowie, sąd o pannie Ricie zostawmy wyłącznie Trestce. Chodzi nam obecnie o pannę Rudecką... jakie ona ma imię?... Stefanja, zdaje mi się.
— Tak, urocza Stefcia!
— O niej najwięcej powiedzieć nam może ordynat, jako częsty gość w Słodkowcach... a może i praktyk?... Waldy! jakiego jest rodzaju cnota uroczej Stefci: katakumbowa czy współczesna? Wartoby zanotować. Ale... co tobie jest?...
Waldemar był blady, widocznie wzburzony. Jego ściągnięte brwi, rozdęte nozdrza i ironicznie skrzywione usta miały w sobie coś złowrogiego. Skierował na Brochwicza zimne stalowe oczy i odrzekł krótko:
— Do panny Stefanji Rudeckiej podobna rozmowa nie może mieć zastosowania.
Ton jego głosu zabrzmiał szorstko. Nastąpiło milczenie trochę przykre.
Brochwicz poczerwieniał i spuścił oczy. Trestka zerwał binokle, potem zaczął je starannie na nowo wkładać Miał przytem minę mówiącą: „Byłem na śladzie, teraz jestem w domu!“
Weyher, gładząc faworyty, patrzał na Waldemara wzrokiem pełnym uznania i szacunku, a nawet szepnął cicho:
— Gentleman!
Inni rzucali na siebie ździwione spojrzenia.
Waldemar milczał, paląc cygaro. Dał im czas do rekolekcji.
Pierwszy odezwał się Brochwicz:
— Wybacz nam, Waldy. Mówiliśmy nieoględnie, przyznaję, lecz Jesteśmy wytłomaczeni, gdyż prócz Trestki i barona nikt z nas nie zna panny Rudeckiej.
Grzeczność kolegi ujęła Waldemara. Odrzekł z uśmiechem:
— Ja też chciałam jedynie zaznaczyć, że trzeba się liczyć z dowcipami o nieznanej osobie, zwłaszcza o młodej pannie.
Drugi cios.
Ale przez głowę Waldemara przeleciała błyskawiczna myśl, trochę gorzka:
— Ogromnie dotychczas oszczędzałem znane mi ze słyszenia panny, a ich moralizuję... Jestem dureń!...
Nie przedłużał już milczenia, rozpoczął nową rozmowę.
Wesoły nastrój powrócił prędko.
Pod koniec wieczoru książę Zaniecki podniósł powtórnie kwestję małżeństwa hrabianki Barskiej. On był najwięcej interesowany, a zachowanie się Waldemara pogłębiło jego nadzieje. Postanowił upewnić się i po jakimś wstępie zapytał:
— Nie wiecie panowie, czy Barscy będą na wystawie, czy też jadą zagranicę?
— Będą na wystawie — odpowiedział ktoś z gości.
A Waldemar rzekł:
— Tylko Lignicki czmychnął do Rzymu, zapewne dla odbycia żałoby, w rzeczywistości dla znalezienia nowej partji w świecie czarnym, któremu hołduje.
— Ciekawe, coby nastąpiło, gdyby się ożenił z Barską. Ona, przeciwnie, należy do białych.
— Możeby sam zbielał, albo polakierował ją na czarno — zaśmiał się Brochwicz. — A że Melanja jest śniada i nie do twarzy jej w czarnem, więc wycofała się z tego za pośrednictwem kosza.
— Na wystawie rozpocznie się nowy turniej. Do jej pierścienia przygotowujcie panowie kopje — rzekł Waldemar trochę ironicznie.
Wszystkie oczy spoczęły na nim. Zapanowała chwila ciszy.
Waldemar popatrzył na nich zdziwiony.
— Cóż mnie tak oglądacie?
A Trestka palnął na głos:
— Oni mają un pressentiment, że w tej gonitwie trafią na przeszkodę.
— Jaką mianowicie?
— W osobie pańskiej, którego kopja ma szanse zwycięstwa.
Waldemar wzruszył ramionami, puścił kłąb dymu i odrzekł obojętnie:
— W takim razie jesteście plus royalistes que le roi. Posądzacie mnie o zamiary, jakich nie mam.
Słowa te zrobiły wrażenie.
Książę Zaniecki miał ochotę dziękować Waldemarowi, ale zdołał powstrzymać wybuch wdzięczności. Uważał, że dla utrzymania się w tonie prawdziwego lorda należy zachować zimną krew zawsze i wszędzie.
Ale Brochwicz miał więcej polskiej krwi w sobie, a przynajmniej nie starał się jej przefarbować, zawołał przeto z całą szczerością:
— No! jeżeli ty, Waldy, wycofujesz się z turnieju, nastąpi prawdziwa i ostra walka, do której i ja się zapisuję. Niech co chce będzie!
— Brawo Brochwicz! — zawołał Trestka.
— Ale ty, Waldy, naucz mnie, jak się to zdobywa laury u panien, bo co prawda, niebardzo wiem .
— Spytaj o to Trestkę. On prowadzi kampanję od trzech lat. Ja się na tem nie znam.
Brochwicz komicznym ruchem załamał ręce.
— On się na tem nie zna! Słyszeliście?
Trestka zabrał głos:
— Nietrafnie ordynat wysyła pana do mnie na studja, bo chociaż prowadzę kampanję od trzech lat, ale bez rezultatów, panu zaś głównie chodzi o finał, czy tak?
— Zapewne, byle pomyślny.
— Nie wątpimy.
Książę Zaniecki obrzucił Brochwicza szyderczem spojrzeniem.
— Słuchaj-no Jurek — rzekł Waldemar — na co ci czyjeś rady? Zaczynaj samodzielnie i niebawem dojdziesz do finału, ba! nawet do epilogu.
— Tak mówisz? Ha, to trudno, trzeba się zdobyć na odwagę!
Waldemar podniósł brwi.
— Uprzedzam cię, że jeśli z takim wykrzyknikiem będziesz się zbliżał do Barskiej, to lepiej odrazu zamów sleeping i ruszaj za Lignickim do Rzymu, a dla odmiany obróć oczy na Kwirynał.
Brochwicz ukłonił się z udaną powagą.
— Pojadę tam, ale w podróż poślubną.
— Jesteś nieoceniony!
— Phy, ale czy hrabianka postawi nad tem swoje aceent grave, to kwestja — szydził Trestka.
— Wypijmy za pomyślność sprawy! — zawołał Waldemar — szampana!
Zaczęto wznosić toasty, wesołość buchała już niezmącona, wino płynęło. Przy dźwiękach kieliszków rozbrzmiewał pełen życia, tryskający młodością i weselem Gaudeamus!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.