Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co ona ci zawiniła, że postępujesz z nią jak z pierwszą lepszą? — powtarzał sobie, wracając do Głębowicz.
I wciśnięty w kąt powozu przeprowadzał z goryczą własną krytykę.
Przypomniał wczorajszy ranek, jak jechał z nią razem na koźle breku, słyszał w myśli słowa, jej śmiech. Widział ją przed sobą, porównywał wczorajszą do dzisiejszej i burzył się coraz bardziej.
Pogoda dopomagała mu do czarnych myśli. Wczorajszy świetlisty poranek znikł. Powietrze było szare, nabrzmiałe deszczem, wiszącym w chmurach. Na ziemię padał drobniutki mokry pył. Świat cały stał w jakiejś melancholijnej, ponurej ciszy. Drzewa, szumiące wczoraj, dziś milczały skupione w sobie; łany zbóż, wczoraj wesołe i wyjaśnione, stały cicho pod ciężarem wilgotnej szarzyzny dnia. Czasem na przydrożnych topolach zakrzyczały ptaki, ale i one milkły na odgłos kopyt końskich, stukających po bitym gościńcu. Powóz na gumach sunął cicho, lecz Waldemara gniewał nawet tupot koni. Miał jednak tyle przytomności, że nie robił o to awantury stangretowi. Monologował w myśli:
— Stefcia była wczoraj zastosowana do pogody, a pogoda do niej, i ja ją zmąciłem pogodę Stefci... Cóż ona mogła innego o mnie pomyśleć nad to, że byłem pijany? Piłem przecie dosyć szampana. Ba! a scena w sali portretowej?... Róże mogły się tłomaczyć uprzejmością gospodarza względem gościa, chociaż to już wykręt... ale pocałowanie reki i niektóre słowa — zbyteczne. Najgorszy brek... Z taką dziewczyna trzeba się liczyć, bo bardzo łatwo można stracić w jej oczach, Mimoza! gotowa mnie posądzić o instynkta godne Prątnickiego, tylko w innym kierunku... A do djabła! co ja u licha narobiłem!...
Waldemar nie mógł z sobą dojść do ładu.
W Głębowiczach rozdrażnienie mijało a przychodziła rozwaga.
Snuł się po parku, po zwierzyńcu, gdzie już sprzątnięto ślady wczorajszej uczty.
I wszędzie wspominał Stefcię.
Tu grał z nią w tennisa. — „Jak ładnie miała podpiętą suknię!“ — tu z nią rozmawiał, na tej uliczce rwał dla niej róże, a przedtem widział ją zdaleka, jak zanurzała swą jasną twarz w masie aksamitnych kwiatów, i chciał te kwiaty zerwać własnemi rękoma. Potem spacer po rzece. Rozgniewała go, wskakując tak prędko w błękitną łódź i wiosłując z Trestką. A strzelanie w zwierzyńcu?... Ten przestrzelony przez niego as... Poszedł w tę stronę i z oburzeniem zobaczył, że tablicę już zabrano, stał tylko słup mokry od deszczu. Waldemar w pierwszej chwili chciał wołać strzelca zwierzynieckiego i spytać, dlaczego tablicę usunęli bez jego wiedzy. Ale się pomiarkował. „Po co ten nieporządek? Dobrze, że zabrane“... Najdłużej przebył w sali portretowej! Usiadł na kanapce i, wpatrując się w portret babki, myślał:
— Poco jej opowiedziałem tę historję... Nabije sobie głowę romantyzmem, a to się na nic nie zdało. Idylle, marzenia, wszystko to oklepane paradoksy! Istnieje tylko pożądanie! jedyna prawda z nagromadzenia pojedynczych głupstw pod nazwą miłości. W pożądanie wierzę i ono mnie popycha do niej, nic więcej. A że jest czysta jak kryształ i taka jasna, to tem lepiej. Każdy woli pióra łabędzie, niż kawki.
Dojrzał na posadzce kilka zielonych i żółtych listków róży, pozostałych po wczorajszym bukiecie Stefci. Podniósł je z chciwością i nagle przypomniał scenę, jak się ona przestraszyła głosu z zewnątrz i chciała uciekać, a on jej nie puścił. Trzymał wtedy jej ręce, schowane w swych