Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ten chyba jako ozdoba?
— Dekoracja, która może się stać przyczyną choroby panny Rity — podchwycił Brochwicz.
— Słyszałem, że i baronowa Elzonowska wybiera się na wystawę z dziadkiem pańskim i panną Lucią — rzekł młody Żnin.
— Tak, jadą z całym domem.
— Ach! więc będzie i panna Rudecka! — zawołaj; Brochwicz. — Wiluś Szeliga naopowiadał mi o niej cuda. Bardzom jej ciekaw. Czy istotnie ładna?
Trestka rzucił ukośne spojrzenie na ordynata.
— Bardzo ładna i bardzo nieprzystępna — rzekł serjo.
— To zaleta!
— Przeciwnie, to wada! — odezwał się Żnin.
— Nieprzystępność jest wadą mężatek, nie panien.
— Brochwicz! czyś ty trzeźwy?
— Najzupełniej!
— Bo wiesz, że dowodzisz niesłychanie!
Trestka potrząsnął głową.
— W zasadzie ma słuszność. Zbyt wielka cnota była dobrą w katakumbach rzymskich. Dziś zarówno mężatkom jak i pannom nie jest w niej do twarzy.
— Mówisz na podstawie własnych krzywd, ale panna Rita zalicza się do ultra postępowych.
— Widać nie w każdym kierunku.
Brochwicz przerwał:
— Moi panowie, sąd o pannie Ricie zostawmy wyłącznie Trestce. Chodzi nam obecnie o pannę Rudecką... jakie ona ma imię?... Stefanja, zdaje mi się.
— Tak, urocza Stefcia!
— O niej najwięcej powiedzieć nam może ordynat, jako częsty gość w Słodkowcach... a może i praktyk?... Waldy! jakiego jest rodzaju cnota uroczej Stefci: katakumbowa czy współczesna? Wartoby zanotować. Ale... co tobie jest?...
Waldemar był blady, widocznie wzburzony. Jego ściągnięte brwi, rozdęte nozdrza i ironicznie skrzywione usta miały w sobie coś złowrogiego. Skierował na Brochwicza zimne stalowe oczy i odrzekł krótko:
— Do panny Stefanji Rudeckiej podobna rozmowa nie może mieć zastosowania.
Ton jego głosu zabrzmiał szorstko. Nastąpiło milczenie trochę przykre.
Brochwicz poczerwieniał i spuścił oczy. Trestka zerwał binokle, potem zaczął je starannie na nowo wkładać Miał przytem minę mówiącą: „Byłem na śladzie, teraz jestem w domu!“
Weyher, gładząc faworyty, patrzał na Waldemara wzrokiem pełnym uznania i szacunku, a nawet szepnął cicho:
— Gentleman!
Inni rzucali na siebie ździwione spojrzenia.
Waldemar milczał, paląc cygaro. Dał im czas do rekolekcji.
Pierwszy odezwał się Brochwicz:
— Wybacz nam, Waldy. Mówiliśmy nieoględnie, przyznaję, lecz Jesteśmy wytłomaczeni, gdyż prócz Trestki i barona nikt z nas nie zna panny Rudeckiej.