Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dłoniach i przyciągnął ku sobie. Patrzała na niego wylękła, taka jakaś mimowolnie poddana, oczy mrużyła tak rozkosznie... Wprawdzie trwało to zaledwie chwilkę, ale co to było!...
Waldemar zgniótł listki w dłoni.
— Pożądanie! I to pożądanie — rzekł z ironicznym uśmieszkiem, zdążając do drzwi. W progu stanął i spojrzał na zmięte listki, rzucone na posadzce.
— Łowczy utrzymuje większy porządek w zwierzyńcu, niż kamerdyner w zamku, ale ten widać szanuje pamiątki...
I wyszedł, wzruszając ramionami.
Przez kilka następnych dni nie mógł się uspokoić; do jednego tylko doszedł wniosku: że jeżeli pożądanie jest dominującem uczuciem w składniku miłości, to Stefcia nie zalicza się do wyznawczyń tej teorji. Więc budzi się w niej coś innego? jakieś uczucie bardziej duchowe?... Może odżywa... obudził je Prątnicki...
Na wspomnienie tego nazwiska Waldemar zaciskał zęby. ten objaw niepokoił go. Wiedział, że Stefcia Prątnickiego nie kochała, lecz ogarniał go niesmak na samo połączenie ich nazwisk; przeczuwał, że wzbudza w Stefci uczucia silniejsze od zwykłej sympatji, i nie zdawał sobie sprawy, dlaczego czuł się dumnym, oraz jaki to był rodzaj dumy.
W wielu podobnych wypadkach w życiu odczuwał jedynie triumf, ale dumę i jakieś wewnętrzne zadowolenie odnajdywał pierwszy raz i dziwił się.
Dlaczego ta dziewczyna wywiera wrażenie zupełnie odmienne od znanych dotychczas? Dlaczego pociąga nieprzepartą siłą, staje mu się upragnioną, niemal drogą?... Ona, którą przed paru miesiącami chłostał często cynicznym dowcipem, prześladował, drażnił.... Za co? dlaczego?!...
Zrobiła na nim wrażenie od pierwszej chwili, gdy ją zobaczył obok ciotki, w landzie, jadącą z kolei. Zachwyciła go od razu, przesiadł się do nich i zaczął ja badać.
Ale natychmiast zauważył, że ona to spostrzega i że ją to gniewa.
Zdziwił się.
Młoda, ładna panna, nie lubiąca uporczywego wzroku młodego mężczyzny, wprawiła go w zdumienie, jak nowe zjawisko.
Życie przyzwyczaiło go do czego innego. Kobiety aż nadto okazywały mu względów, i to kobiety wysokich sfer, magnatki. A ta dziewczyna ze szlacheckiego domu, taka ładna i dziwnie wytworna, z niechęcią a nawet obrazą w oczach przyjmowała jego hołdy. Wprawdzie wzrok jego, skierowany na nią, miał sporą dozę ironji i nieufności, bo tak spoglądał na wszystkie panny świeżo poznane, przeczuwając w nich tysiące wadeczek bardzo pospolitych. Na każdą nową spoglądając, myślał:
— Już ja się tobą nie zajmę.
Stefcia nie wzbudziła podobnej myśli, przeciwnie — zajęła go odrazu, interesowała coraz więcej. I wiedziony jakąś nieuzasadnioną złością, mścił się na niej, sam sobie robiąc na przekór. Ale potem coś zaczęło się zmieniać. Po pamiętnym obiedzie, kiedy Stefcia cofnęła mu swą rękę, Waldemar zastanowił się:
— Po co ja ją dręczę?
Umyślnie długo nie przyjeżdżał do Słodkowic, pragnąc zapomnieć, o niej. Chciał wyrzucić z myśli jej drobną twarz, przyćmioną smutkiem. On wywoływał na niej ten wyraz, on nie dawał spokoju tej dziewczy-