Tajemnicza wyspa (1875)/Tom II/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
(Ruchomości. — Noc. — Kilka liter. — Dalsze poszukiwania. — Rośliny i zwierzęta. — Harbert w wielkiem niebezpieczeństwie. — Na pokład. — Wyjazd. — Burza. — Błysk instynktu. — Zbłąkani na morzu. — Ogień zapalony w samą porę.)

Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett stali przez chwilę w milczeniu wśród ciemności.
Pencroff zawołał silnym głosem.
Żaden głos mu nie odpowiedział.
Wtedy marynarz skrzesawszy ognia, zatlił kawałek gałązki. Ogień ten oświetlił przez chwilę niewielką izbę, jak się zdawało zupełnie pustą. W głębi stał niezgrabnie ulepiony komin, na nim leżał wyziębiony popiół i wiązka suchego drzewa. Pencroff podłożył pod nie zapaloną gałązkę i w krótce buchnęło drzewo jasnym płomieniem.
Wtedy marynarz i towarzysze jego ujrzeli łóżko poburzone, którego posłanie wilgotne i pożółkłe świadczyło, że oddawna nikt go nie używał. W jednym kącie komina stały dwa samowary, które były pokryte rdzą i leżał jeden wywrócony kociołek; szafa z kilkoma kawałkami odzieży marynarskiej na wpół zbutwiałemi; na stole nakrycie cynowe i Biblja, zjedzona przez wilgoć; w jednym rogu stało kilka narzędzi, rydel, motyka, kilof, dwie strzelby myśliwskie, z tych jedna złamana; na półce zrobionej z deski nietknięta jeszcze baryłka prochu, baryłka śrótu i kilka pudełek kapsli; wszystko to pokryte było grubą warstwą pyłu, przez długie może lata nagromadzoną.
— Nie ma nikogo, odezwał się korespondent.
— Nikogo! powtórzył Pencroff.
— Dawno już nikt w tej izbie nie mieszkał, — zauważył Harbert.
— Zapewne, że bardzo dawno! — odparł korespondent.
— Panie Spilett, odezwał się wtedy Pencroff, zamiast wracać na pokład, sądzę, że lepiej przepędzić noc w tej chałupie.
— Masz słuszność, Pencroffie, odparł Gedeon Spilett, a jeśli właściciel jej powróci, ha! to sądzę, że nie będzie się gniewać, gdy znajdzie miejsce zajęte!
— Nie wróci on! — rzekł marynarz przecząco potrząsając głową.
— Sądzisz, że opuścił wyspę? zapytał korespondent.
— Gdyby ją był opuścił, byłby zabrał ze sobą broń i te narzędzia, odparł Pencroff. Wszak wiesz pan, jaką wartość przywiązują rozbitki do przedmiotów, które zdołali ocalić z rozbicia.
— Nie! nie! powtórzył marynarz głosem pełnym głębokiego przekonania, nie! on nie opuścił wyspy! Gdyby był ztąd odpłynął na czółnie, które sam sobie sporządził, tem mniej nie byłby zostawił tu tych przedmiotów tak wielce niezbędnych! Nie! on jest tu na wyspie!
— Żywy?... zapytał Harbert.
— Żywy albo umarły. Lecz jeśli umarł, to przecież, sądzę, że nie pogrzebał sam siebie, odparł Pencroff, i w takim razie znajdziemy przynajmniej jego zwłoki!
Zgodzono się zatem noc tę przepędzić w opuszczonej chałupie, którą wiązką drzewa znalezioną w kącie, można było dostatecznie ogrzać. Zamknąwszy drzwi, Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett usiedli na ławie, nie wiele mówiąc, lecz zato wiele rozmyślając. Znajdowali się wszyscy w usposobieniu, w którem człowiek wszystko przypuszcza i wszystkiego się spodziewa i chciwem uchem łowili każdy szelest pochodzący z dworu. I gdyby nagle drzwi się były otwarły i gdyby ujrzeli przed sobą obcego człowieka, nie byłoby ich to ani trochę zdziwiło, pomimo, że chałupa ta świadczyła o najzupełniejszem opuszczeniu, i każdej chwili gotowi byli uścisnąć dłoń tego człowieka, tego rozbitka, tego nieznajomego przyjaciela, którego przyjaźne serca oczekiwały!
Ale żaden szmer nie dał się słyszeć, drzwi się nie otwierały, i tak upływała jedna godzina za drugą.
Jakże długą wydawała się ta noc marynarzowi i jego towarzyszom! Harbert sam jeden spał przez dwie godziny, bo w jego wieku sen jest koniecznością. Wszystkim trzem spieszno było ze świtem rozpocząć na nowo poszukiwania i przetrząść wysepkę od końca do końca, aż do najskrytszych jej zakątków! Wnioski wysnute przez Pencroffa były zupełnie słuszne i niepodlegało prawie żadnej wątpliwości, że skoro chata była pustą a przyrządy, broń i narzędzia dotąd w niej się znajdowały, mieszkaniec jej musiał zginąć. Wypadało zatem odszukać jego zwłoki i pochować je przynajmniej po chrześcijańsku.
Zaświtał dzień. Pencroff i towarzysze jego przystąpili bezzwłocznie do ściślejszych oględzin całego mieszkania.
Mieszkanie to zbudowane było w miejscu zaiste szczęśliwie dobranem, za niewielkim pagórkiem, który zasłaniało pięć lub sześć wspaniałych gumowców. Przed frontem mieszkania wyciętą była między drzewami szeroka polana, odsłaniająca widok aż na morze. Mały trawnik otoczony drewnianą walącą się poręczą, prowadził do brzegu, skąd na lewo znajdowało się ujście strumienia.
Chata ta zbudowaną była z desek, i nietrudno było rozpoznać, że deski te pochodziły z pudła lub z pomostu okrętowego. Ztąd wynikało prawdopodobieństwo, że jakiś okręt strzaskany wyrzucony został na brzeg wyspy, że przynajmniej jeden człowiek z załogi ocalał, i że człowiek ten, mając potrzebne narzędzia, ze szczątków okrętu wybudował to mieszkanie.
Przypuszczenie to okazało się jeszcze prawdziwszem, gdy Gedeon Spilett, obszedłszy dokoła całą chatę, dostrzegł na jednej z desek — wyjętej prawdopodobnie z pawiljonu rozbitego okrętu — następujące litery na wpół zatarte:

BR..TAN.A

Brytanja! zawołał Pencroff, gdy go przywołał korespondent, — nazwa ta jest wspólną wielu statkom, i nie byłbym w stanie po niej osądzić, czyli okręt ów był angielski czy amerykański!
— Mniejsza z tem, Pencroffie!
— Zapewne że mniejsza z tem, odparł marynarz, i ów rozbitek, który sam jeden ocalał z załogi, może liczyć na pomoc, naszą do jakiejkolwiek należałby narodowości! Lecz zanim rozpoczniemy dalsze poszukiwania wróćmy w pierw do Bonawentury!
Pencroffa ogarnął był jakiś niepokój o los statku. A jeśli wyspa mimo to była zamieszkałą, i jeśli który z mieszkańców go opanował... Ale na tę myśl tak nieprawdopodobną wzruszył Pencroff ramionami.
Bądź co bądź jednak marynarz rad był zjeść śniadanie na pokładzie statku. Prowadziła doń droga utorowana i niedaleka — zaledwie milka. Ruszono więc niezwłocznie, wodząc po drodze pilnem okiem po lesie i zaroślach, przez które setkami pomykały kozy i bezrogie.
W dwadzieścia minut później Pencroff i towarzysze jego ujrzeli wschodnie wybrzeża wyspy i Bonawenturę stojącego na kotwicy, która silnie wgryzła się w piasek.
Pencroff mimowoli odetchnął z zadowoleniem całą piersią. Bądź co bądź statek ten był jego dzieckiem, a do przywilejów ojcowskich należą także częste nieusprawiedliwione obawy.
Na pokładzie zjedzono śniadanie takie, by do późna można się było wstrzymać z objadem, poczem przedsięwzięto dalsze poszukiwania z jaknajbardziej drobnostkową troskliwością.
Koniec końców było wiele prawdopodobieństwa, że ów jedyny mieszkaniec wysepki zginął. To też Pencroff i towarzysze jego szukali raczej śladów nieboszczyka niżeli żywego! Lecz poszukiwania ich były daremne i pół dnia napróżno przetrząsali gęstwiny, któremi porosłą była wysepka. Należało więc chyba przypuścić, że jeśli rozbitek ów umarł, że zwłok jego nie został już ani szątek i że zapewne zwierz jakiś pożarł je do kości.
— Jutro ze świtem odpłyniemy, rzekł Pencroff do swoich towarzyszy, gdy około godziny drugiej z południa położyli się pod cienistą grupą sosen, by spocząć chwilę.
— A ja sądzę, dodał Harbert, że możemy bez skrupułów zabrać z sobą narzędzia, które niegdyś należały do owego rozbitka?
— I ja tak sądzę, odparł Gedeon Spilett, a te narzędzia i broń uzupełnią sprzęty Pałacu Granitowego. Jeśli się nie mylę, zapas prochu i śrótu jest znaczny.
— Tak jest, odparł Pencroff, lecz niezapomnijmy schwytać jednę lub dwie pary tej nierogacizny, której wyspa Lincolna nie posiada...
— I pozbierać nasiona, dodał Harbert, z których będziemy kiedyś mieli wszystkie jarzyny starego i nowego świata.
— W takim razie, odezwał się korespondent, możeby lepiej było zabawić jeden dzień dłużej na wyspie Tabor, aby zebrać wszystko, co może nam być użytecznem.
— Nie, mości Spilett, odparł Pencroff, i proszę pana pozwolić nam odpłynąć jutro skoro świt. Wiatr zdaje się mieć ochotę obrócić na zachód tak więc: mieliśmy wiatr sprzyjający, gdyśmy płynęli tutaj, będziemy go także mieli z powrotem.
— Zatem nie traćmy czasu! rzekł Harbert powstając.
— Nie traćmy czasu, powtórzył Pencroff. Ty, Harbercie, zajmij się zbiorem nasion, bo je znasz lepiej od nas. Tymczasem ja z panem Spilettem wyprawimy polowanie na nierogaciznę i chociaż nie ma Topa, mam nadzieję że się nam uda schwytać kilka sztuk.
Harbert więc udał się na poprzek ścieżką wiodącą do uprawionej części wysepki, podczas gdy marynarz z korespondentem zapuścili się prosto w las.
Mnóstwo okazów rasy bezrogiej umykało przed nimi, a zwierzęta te nader zwinne nie miały widocznie najmniejszej ochoty dać do siebie przystąpić.
Po półgodzinnej jednak gonitwie udało się myśliwym naszym schwytać jedną parę, która się uwikłała w gęstwinie — gdy nagle dał się słyszeć głośny krzyk w oddaleniu kilkuset kroków na północy wyspie. Z krzykiem tym łączyły się jakieś tony chrapliwe niemające najmniejszego podobieństwa do ludzkich.
Pencroff i Gedeon Spilett zerwali się na równe nogi, a prosiaki korzystając z tego ich poruszenia, drapnęły w chwili, gdy marynarz gotował już postronki, aby je powiązać.
— To głos Harberta! rzekł korespondent.
— Pędźmy czemprędzej! zawołał Pencroff.
I marynarz z korespondentem pobiegli co tchu ku miejscu, skąd słychać było krzyk.
I mieli rację, że się spieszyli; na zakręcie bowiem ścieżki, w pobliżu polany, ujrzeli jakiegoś dzikiego potwora, na kształt olbrzymiej małpy — który powalił Harberta na ziemię i zabierał się do niego nie żartem.
W jednej chwili Pencroff i Gedeon Spilett rzucili się na potwora, obalili go na ziemię, i wydarłszy z jego objęć Harberta, przytrzymali go silnie. Marynarz był herkulicznej mocy, korespondent także krzepki, i pomimo oporu potworu, skrępowali go silnie powrozami, tak że ruszyć się nie mógł.
— Nie zrobił ci nic złego, Harbercie? — zapytał Gedeon Spilett.
— Nic! nic!
— A! czy cię tylko nie skaleczyła ta małpa!... — zawołał Pencroff.
— Ależ to nie małpa! — odparł Harbert.
Na te słowa Pencroff i Gedeon Spilett przypatrzyli się bliżej tej dziwnej istocie leżącej na ziemi.
W samej rzeczy, to nie była małpa! Była to istota ludzka, był to człowiek! Ale co za człowiek! Dziki, w całem straszliwem znaczeniu tego słowa, tem okropniejszem, że jak się zdawało popadł w stan ostatecznego zbydlęcenia!
Włosy miał najeżone, broda zapuszczona spadała mu na piersi, całe ciało było prawie nagie, z wyjątkiem kawałka płachty opasującej biodra, wzrok miał dziki, ręce olbrzymie, paznokcie niezmiernie długie, cerę czarną jak mahoń, nogi twarde jak gdyby utoczone z rogu: tak wyglądała ta nieszczęsna istota, której mimo to trzeba było dać miano człowieka! Lecz zaiste słusznie można było zapytać, czyli w tem ciele mieszkała jeszcze dusza, lub czyli ostał się w niem tylko sam poziomy instynkt bydlęcy.
— Jest-żeś pan tego pewnym, że to był kiedyś człowiek? zapytał Pencroff korespondenta.
— Niestety! niepodobna wątpić o tem, odparł tenże.
— Więc to by miał być ów rozbitek? zapytał Harbert.
— Tak jest, odparł Gedeon Spilett, ale ten nieszczęsny nie ma już w sobie nic człowieczego!
Korespondent miał słuszność. Widocznem było, że jeśli rozbitek ten był kiedyś istotą cywilizowaną, odosobnienie od ludzi uczyniło z niego człowieka dzikiego, i co gorsza może, prawdziwego człowieka leśnego (l’ homme des bois). Chrapliwe tony dobywały się z jego gardła, przez zaciśnięte zęby, które były tak ostre jak u zwierząt mięsożernych, i służyły już tylko do żucia surowego mięsa. Pamięć musiała go już pewnie oddawna opuścić, i oddawna już nie umiał obchodzić się z narzędziami i z bronią, nie umiał rozniecić ognia! Widać było, że krzepki i zwinny, lecz że wszystkie przymioty fizyczne rozwinęły się u niego kosztem własności moralnych!
Gedeon Spilett przemówił do niego. Zdawał się nie rozumieć go, i nawet nie słyszeć... A jednak gdy mu się bystro wpatrzył w oczy, zdawało się korespondentowi, że wszystek rozum w nim jeszcze nie wygasł.
Tymczasem więzień nie miotał się wcale i nie próbował rozerwać swych więzów. Czy taki wpływ unicestwiający wywierał na nim widok ludzi, jemu nieco podobnych? Czy może gdzieś w zakątku swej czaszki odszukał przelotne wspomnienie, które myśl jego ku ludzkości zwracało? Gdyby go uwolniono, czy byłby uciekał, czy został przy nich? Nie wiadomo, lecz próby tej nie czynili, a przypatrzywszy się uważnie nieszczęśliwemu, rzekł Gedeon Spilett:
— Kimkolwiek on jest, kimkolwiek był i jakimkolwiek będzie, obowiązkiem naszym jest zabrać go z sobą na wyspę Lincolna!
— Tak, tak! odparł Harbert, a może przy usilnem staraniu uda się wzbudzić w nim na nowo iskrę rozumu!
— Dusza nie umiera, rzekł korespondent, a byłoby to wielką roskoszą dla nas wyrwać to stworzenie boskie z więzów bydlęctwa!
Pencroff niedowierzająco potrząsł głową.
— W każdym razie trzeba spróbować, odparł korespondent, sama ludzkość nam to nakazuje.
W samej rzeczy było to ich obowiązkiem jako ludzi cywilizowanych i chrześcijan. Wszyscy trzej to pojęli i byli pewni, że Cyrus Smith ich postępek pochwali.
— Weźmiemy go związanego? zapytał marynarz.
— A możeby szedł dobrowolnie, gdybyśmy mu rozwiązali nogi? rzekł Harbert.
— Spróbujmy, odparł Pencroff.
Zdjęto więc pęta z nóg więźnia, lecz ręce pozostawiono silnie związane. Wstał sam dobrowolnie i nie objawiał żadnej chęci do ucieczki. Suchy wzrok jego ciskał ostre spojrzenia na tych trzech ludzi, idących obok niego, i niczem nie zdradzał, że przypomina sobie, iż jest lub był kiedyś im podobnym. Przeciągły świst dobywał się z ust jego, patrzał przed siebie dziko, lecz nie stawiał żadnego oporu.
Za poradą korespondenta, przywiedziono nieszczęśliwego do jego mieszkania. Może widok przedmiotów do niego należących sprawi na nim wrażenie! Może ta jedna iskierka wystarczy, aby ożywić na nowo zamglony umysł, rozniecić przygasły ogień tej duszy!
Do chaty było niedaleko. W kilku minutach przybyli do niej; lecz tu więzień nie poznał niczego, zdawało się, że utracił świadomość wszystkiego co go otaczało.
Cóż można było wnosić ze stopnia zbydlęcenia, w jakie popadł ten nieszczęsny, jak tylko to, że więzienie jego na tej wysepce trwało już bardzo dawno i że dostawszy się na nią człowiekiem rozumnym, przez odosobnienie od świata doszedł do takiego stanu?
Wtedy korespondent wpadł na myśl, czy może widok ognia sprawi na nim wrażenie, i w jednej chwili zajaśniał na ognisku jeden z tych pięknych płomieni, które nawet zwierzęta ku sobie przyciąga.
Widok płomienia zdawał się zrazu zwracać uwagę nieszczęśliwego, lecz wkrótce odwrócił się od niego i oko jego popadło w dawną bezmyślność.
Nie pozostawało w tej chwili widocznie nic innego, jak tylko odprowadzić go na pokład Bonawentury, co też uczyniono, zostawiając go pod strażą Pencroffa.
Tymczasem Harbert i Gedeon Spilett udali się na wysepkę, aby załatwić co było jeszcze do załatwienia, i w kilka godzin później powrócili na brzeg morza, przynosząc narzędzia i broń, zbiór nasion warzywnych, kilka sztuk zwierzyny i dwie pary nierogacizny. Naładowano to wszystko na statek, i Bonawentura czekał tylko przypływu, który miał nastąpić nazajutrz rano, ażeby podnieść kotwicę.
Więźnia umieszczono w przedniej kajucie, gdzie się zachowywał spokojnie i cicho, jak głuchy i niemy zarazem.
Pencroff dał mu jeść, lecz nie chciał tknąć mięsa gotowanego, które mu podano; snać już był odwykł od niego. I w samej rzeczy kiedy mu Pencroff pokazał dziką kaczkę, którą zastrzelił był Harbert, rzucił się na nią z zwierzęcą żarliwością i pochłonął ją.
— Sądzisz pan, że jeszcze przyjdzie do siebie? zapytał Pencroff potrząsając z powątpiewaniem głową.
— Być może, odparł korespondent. Nieprawdopodobnego nie ma w tem nic, że w końcu usilne starania nasze mogą oddziałać na niego wszak to odosobnienie od ludzi uczyniło go takim jakim jest, odtąd przestanie być samotnym!
— Biedak oddawna już pewnie znajduje się w tym stanie! rzekł Harbert.
— Być może, odparł Gedeon Spilett.
— Wiele też lat mieć może? zapytał Harbert.
— Trudno to osądzić, odparł korespondent, niepodobna bowiem rozpoznać rysów twarzy pod gęstym zarostem, który je pokrywa, lecz młodym już nie jest, sądzę, że liczy najmniej lat pięćdziesiąt.
— Zauważyłeś pan, panie Spilett, jak głęboko w jamach osadzone ma oczy? zapytał Harbert.
— Uważałem, Harbercie, mimo to powtarzam, że oczy jego mają wyraz bardziej ludzki, niżeli po powierzchności jego sądzić by można.
— Wreszcie obaczymy, odparł Pencroff, a bardzom ciekaw, jaki sąd wyda pan Cyrus o naszym dzikunie. Pojechaliśmy po człowieka a przywieziemy potwora! Ha, każdy robi, co może!
Minęła noc. Czy więzień spał lub nie, niewiadomo, lecz pomimo że uwolniono go z więzów, nie ruszał się wcale. Był on jak owe dzikie zwierzęta, które w pierwszych chwilach niewoli smutne i przygnębione, później dopiero wybuchają w wściekłość.
Nazajutrz — dnia 15 października — o wschodzie słońca, nastąpiła przewidywana przez Pencroffa zmiana atmosferyczna. Wiatr zawiał od strony północno-zachodniej, pomyślnej dla Bonawentury, lecz jednocześnie stał się ostrzejszym, co musiało utrudnić żeglugę.
O godzinie piątej zrana podniesiono kotwicę. Pencroff pochwycił za rej wielkiego żagla i skierował statek ku stronie wschodnio-północno-wschodniej, sterując wprost na wyspę Lincolna.
Pierwszy dzień żeglugi upłynął bez żadnego ważniejszego zdarzenia. Więzień siedział spokojnie w przedniej kajucie, a ponieważ dawniej był marynarzem, kołysanie fal zdawało się korzystnie na niego oddziaływać. Czy może budziło się w nim wspomnienie dawnego zawodu? Bądź co bądź zachowywał się spokojnie i zdawał się raczej zdumionym niż przygnębionym.
Nazajutrz — 16 października — wiatr stał się jeszcze ostrzejszym i obrócił się jeszcze bardziej na północ, a tem samem w kierunku mniej pomyślnym dla Bonawentury, podskakującego wysoko na falach. Pencroff widział się wkrótce zmuszonym nie spuszczać z oka steru, i niemówiąc słowa, czuł się mocno zaniepokojonym tym stanem morza uderzającego gwałtownie o przód okrętu.
Jeśliby się wiatr nie uspokoił, potrzeba by było niezawodnie dłużej płynąć teraz na wyspę Lincolna, niżli pierwszym razem na wyspę Tabor.
W samej rzeczy 17 października z rana minęło czterdzieści ośm godzin od wyjazdu Bonawentury, a jeszcze nic nie znamionowało, że się znajdują w pobliżu wyspy Lincolna. Zresztą niepodobna było obliczyć dokładnie przebytej przestrzeni, przy niejednostajności kierunku i szybkości żeglugi.
W dwadzieścia cztery godzin później nie widać było jeszcze znaku ziemi. Wicher dął właśnie z całej siły a morze było nieznośne. Trzeba było jaknajszybciej manewrować żaglami okrętu, który fale morza nakrywały, chwytać za roje i co chwila zmieniać długość sznurów u żagli. Dnia 18 października wydarzyło się nawet, że bałwan morski przewalił się przez całego Bonawenturę, i gdyby nie to, że pasażerowie przedtem przez ostrożność poprzywiązywali się byli do pomostu, byłby ich niezawodnie porwał ze sobą.
W tem niebezpieczeństwie Pencroff z towarzyszami swoimi, zajęci własnem ocaleniem, otrzymali niespodziewaną pomoc ze strony więźnia, który, jak gdyby nagle wiedziony instyktem marynarza, wybiegł przez drzwiczki w pomoście, i kilkoma potężnemi razami toporu rozbił deski pawiljonu, ażeby co rychlej wyciekła woda zalewająca pomost, poczem widząc, że okręt oczyszczony z wody, nie wyrzekłszy ani słowa, powrócił nazad do kajuty.
Pencroff, Gedeon Spilett i Harbert, osłupiawszy ze zdziwienia, nie sprzeciwiali mu się wcale.
Tymczasem położenie stawało się coraz fatalniejszem. Marynarz musiał przyjść do przeświadczenia, że się zbłąkali na tej bezbrzeżnej pustyni morskiej, bez możności odnalezienia prawdziwego kierunku!
Noc z 18 na 19 października była ciemna i chłodna. Jednak około godziny jednastej wiatr trochę przycichł, morze się uspokoiło, i Bonawentura mniej falami miotany zyskał o wiele większą szybkość. Zresztą i tak wytrzymał znakomicie te opały.
Ani Pencroffowi, ani Gedeonowi Spilettowi, ani Harbertowi nie przyszło na myśl użyć choćby godziny snu. Czuwali wszyscy z jak największą bacznością, gdyż albo wyspa Lincolna była niedaleko, o czem o świcie można się było przekonać, albo też Bonawentura porwany prądami morskiemi, zboczył z kierunku wskazanego wiatrem, a w takim razie niepodobieństwem było prawie sprostować bieg jego.
Pencroff, chociaż do najwyższego stopnia zaniepokojony, nierozpaczał jednak, gdyż posiadał hart duszy niepospolity i siedząc u steru, usiłował przedrzeć wzrokiem otaczające go grube ciemności.
Około godziny drugiej nad ranem, zerwał się nagle i zawołał:
— Ogień! ogień!
I w samej rzeczy ukazało się jasne światło w kierunku północno-wschodnim. Była to wyspa Lincolna, a to światło, zapalone przez Cyrusa Smitha, wskazywało im drogę.
Pencroff, który się za daleko posunął na północ, sprostował kierunek i sterował prosto na to światło, jaśniejące po nad widnokręgiem, niby gwiazda pierwszorzędna.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.