Tajemnicza wyspa (1875)/Tom II/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
(W drodze ku wybrzeżom. — Gromady małp. — Nowy potok. — Dlaczego nie znać na nim przypływu morza? — Leśne wybrzeża morskie. — Przylądek Jaszczura. — Gedeon Spilett budzi zazdrość w Harbercie. — Petardy bambusowe)

Była godzina szósta z rana, gdy osadnicy nasi, zjadłszy pierwsze śniadanie, puścili się dalej w drogę, z postanowieniem dojścia jak najkrótszą drogą do zachodnich wybrzeży wyspy. Zachodziło pytanie: ile też czasu będą potrzebowali? Cyrus Smith twierdził że dwie godziny, zależało to jednak bezwątpienia od przeszkód jakieby im w drodze stawały. Ta część lasu Zachodniej Ręki zdawała się natłoczoną drzewami, jak gdyby olbrzymia gąszcz najróżnorodniejszej roślinności. Wynikała więc z tego prawdopodobnie konieczność torowania sobie drogi przebojem przez zarośla, krzaki, ljany, z siekierą w ręku — a przytem i ze strzelbą, zważywszy owe ryki zwierząt słyszane w nocy.
Położenie koczowiska, w którem spędzili tę noc, dało się oznaczyć dokładnie przez położenie góry Franklina, a ponieważ wulkan wznosił się na północy, w odległości najmniej trzech mil, wypadało więc tylko puścić się prosto w kierunku południowo-zachodnim, ażeby dotrzeć do zachodnich wybrzeży.
Przymocowawszy starannie łódź, ruszono w drogę. Pencroff z Nabem zabrali zapasy mogące wyżywić drużynę naszą co najmniej przez dwa dni. O polowaniu nie było już mowy, a inżynier zalecił nawet towarzyszom swoim zaniechać wszelkiego niepotrzebnego łoskotu, ażeby w okolicach wybrzeży nie zdradzić swej obecności.
Pierwsze uderzenia siekiery rozległy się między krzakami drzew mastykowych, nieco powyżej wodospadu, poczem Cyrus Smith z bussolą w dłoni wskazał dalszy kierunek drogi.
Bór składał się w tem miejscu po większej części z drzew widzianych już w pobliżu jeziora i Wielkiej Terasy. Były to deodary, duglasy, kazuarinasy, gumowce, eucalyptusy, smoczaki, hibiskusy, cedry i inne krzewy po większej części średnich rozmiarów, wielka ich gęstość bowiem tamowała ich rozwój. Osadnicy więc nasi bardzo zwolna tylko mogli postępować naprzód, przerąbując sobie drogę, która, według mniemania inżyniera, zaprowadzić ich musiała dalej do koryta Czerwonego Potoku.
Od pierwszego kroku począwszy, spuszczali się osadnicy nasi w dół po niskich stokach tworzących system orograficzny wyspy, po gruncie bardzo suchym, którego bujna roślinność jednak świadczyła bądź o podziemnej sieci wód, bądź o bliskości jakiegoś potoku. Mimo to Cyrus Smith nie przypominał sobie, ażeby podczas wycieczki swej do krateru dostrzegł był na wyspie inny jeszcze jaki potok, prócz Czerwonego Potoku i Dziękczynnej.
W pierwszych godzinach drogi spotykano gromady małp, które zdawały się okazywać najwyższe zdumienie patrząc na ludzi, których widok był dla nich zupełną nowością. Gedeon Spilett zapytał żartobliwie, czyli te zwinne i krzepkie czwororękie stworzenia nie uważały też przypadkiem jego i towarzyszy jego za swych odrodnych braci! I mówiąc prawdę, piechury nasi, dla których na każdym kroku krzaki, ljany i pnie tworzyły przeszkody i zapory, nie prezentowali się wcale świetnie przy tych zwinnych stworzeniach, skaczących wolno z gałęzi na gałęź, niewstrzymywanych żadną przeszkodą. Wielka była mnogość tych małp, na szczęście jednak nie objawiały żadnych nieprzyjacielskich zamiarów.
Spotkali także kilka dzików, kilka agutisów, kangurusów i innych gryzoniów, tudzież dwa lub trzy kulasy, którym Pencroff z wielką ochotą byłby dał zażyć kilka pigułek śrótu.
— Cóż, kiedy polowanie wzbronione! powtarzał. Skaczcie więc, przyjaciele moi, biegajcie i latajcie sobie w pokoju! Z powrotem pomówimy z sobą słóweczko!
O godzinie wpół do dziesiątej z rana wstrzymał ich nagle w drodze, którą postępowali prosto w kierunku południowo-zachodnim, nieznany jakiś potok, trzydzieści do czterdziestu stóp szeroki, który płynąc wartko spadzistem korytem i łamiąc się o niezliczone skały, z głośnym pędził łoskotem. Potok ten był głęboki i przejrzysty, lecz do żeglugi zupełnie niesposobny.
— Jesteśmy więc odcięci! zawołał Nab.
— Bynajmniej! odparł Harbert, wszak to niewielki potoczek, potrafimy go wpław przebyć!
— Nie potrzeba, odrzekł Cyrus Smith. Potok ten płynie widocznie do morza. Idźmy więc tylko brzegiem jego, a dziwiłbym się bardzo, gdyby nas nie zawiódł bardzo sumiennie do wybrzeża. Dalej w drogę!
— Chwilkę jeszcze, ozwał się korespondent. A jak nazwiemy ten potok, przyjacielu? Nie pozostawiajmy w naszej jeografji żadnych luk.
— Słusznie! rzekł Pencroff.
— Nazwij ty go, moje dziecię, rzekł inżynier zwracając się do Harberta.
— Możeby lepiej było wstrzymać się dopóki go nie poznamy aż do samego ujścia? zauważył Harbert.
— Niech i tak będzie, odparł Cyrus Smith. Idźmy więc za nim bez przerwy.
— Jeszcze chwileczkę! ozwał się Pencroff.
— Cóż takiego? zapytał korespondent.
— Chociaż polowanie jest wzbronione, rybołówstwo, jak sądzę, jest dozwolone, — rzekł marynarz.
— Nie mamy czasu do stracenia, odparł inżynier.
— O! tylko pięć minut! rzekł Pencroff. Upraszam tylko o pięć minut zwłoki w interesie naszego śniadania.
Pencroff, położywszy się na brzegu, zanurzył ręce w bystry prąd wody i wyciągnął wkrótce kilka tuzinów pięknych raków, od których mrowiło się pomiędzy skałami.
— Oto mi rzecz! zawołał Nab, przychodząc w pomoc marynarzowi.
— Wszak mówię wam, że oprócz tytoniu jest wszystko na tej wyspie! mruknął Pencroff z westchnieniem.
Cały ten połów cudowny nie wymagał nawet pięciu minut czasu, gdyż raków było w potoku co niemiara. Napełniono worek temi skorupiakami kobaltowo błękitnego koloru, z pyszczkami opatrzonemi na przedzie małym ząbkiem, i ruszono dalej w drogę.
Puściwszy się brzegiem tego nowo odkrytego potoku, postępowali osadnicy nasi łatwiej i szybciej. Zresztą brzegi te nie zdradzały żadnego śladu ludzkiej stopy. Od czasu do czasu napotykali tylko tropy dużych zwierząt, które przychodziły do strumienia, by ugasić swe pragnienie, a zresztą nic więcej, i pewnie nie w tej stronie lasu Zachodniej ręki dostał ów pekaris ziarno śrótu, które Pencroffa kosztowało jeden ząb trzonowy.
Tymczasem widok tego wartkiego potoku pędzącego ku morzu przywiodł Cyrusa Smitha na myśl, że znajdowali się od wybrzeży zachodnich w większem oddaleniu, niżeli przypuszczali. I w samej rzeczy morze wzrastało o tej godzinie, i powinno było cofnąć wstecz bieg potoku, gdyby do ujścia jego nie było więcej jak kilka mil tylko. Owóż skutku takiego nie znać było, a potok płynął naturalnie spadkiem łożyska. Inżynier musiał być bardzo zdziwionym i spoglądał często na busolę, ażeby się upewnić, czyli przypadkiem jaka odnoga rzeki nie wiodła ich w głąb lasu Zachodniej Ręki.
Tymczasem potok rozszerzał się coraz bardziej a prąd jego stawał się mniej burzliwym. Zarówno po prawym jak po lewym jego brzegu ciągnął się las gęsty i niepodobna było sięgnąć dalej wzrokiem. Gęstwiny te jednak były widocznie puste, bo Top nie szczekał, a rozumne to zwierzę byłoby niezawodnie wytropiło każde żywe stworzenie w pobliżu potoku.
O godzinie wpół do jedenastej, ku wielkiemu zdumieniu Cyrusa Smitha, Harbert, który wyprzedził nieco resztę swych towarzyszy, zatrzymał się nagle i zawołał:
— Morze!
W kilka minut później osadnicy nasi przebywszy kraniec lasu, ujrzeli rozpościerające się przed ich oczyma zachodnie wybrzeże wyspy.
Lecz jakaż różnica istniała między tem wybrzeżem a wybrzeżem wschodniem, na które wyrzucił ich pierwotnie los! Nigdzie ściany granitowej, żadnych raf na morzu, nigdzie nawet mielizny! Brzeg morza stanowił las, a drzewa rosnące z samego kraju uderzane przez fale morskie, zwisały nad wodą. Nie było to wybrzeże morskie, takie jakie zwykła tworzyć natura, bądź to rozpościerając dalekie piaszczyste płaszczyzny, bądź też gromadząc skały, lecz wspaniałe pasmo najpiękniejszych na świecie drzew. Brzegi były wyniosłe, tak że mogły górować ponad najwyższym poziomem morza, a przedewszystkiem ta bujna ziemia, spoczywająca na podstawach granitowych; — roślinność zdawała się równie trwale wkorzenioną, jak owe masy roślinne w głębi wyspy.
Osadnicy nasi znaleźli się wtedy przy małej zatoce, nie zdolnej pomieścić więcej jak dwie lub trzy łodzie rybackie, a tworzącej jakoby szyję nowo odkrytego potoku; lecz tu uderzyło ich dziwne zaiste zjawisko: wody potoku zamiast wpływać do morza przez łagodnie spadziste ujście, spadały z wysokości przeszło czterdziestostopowej; — to im wyjaśniło przyczynę, dlaczego przypływ morza nie oddziaływał zupełnie na bieg potoku. I w samej rzeczy, Ocean w czasie najwyższego przypływu nie był nigdy w stanie dosięgnąć powierzchni rzeki, której łożysko tworzyło rodzaj podniosłej szluzy, i miljony lat musiałyby zapewne upłynąć jeszcze, zanim by wody jego zdołały przegryść te granitowe pokłady i wyżłobić wygodne ujście. Dlatego też nazwano jednomyślnie nowo odkryty potok „rzeką Wodospadową“ (Falls-river).
Ku północy leśny pas wybrzeża ciągnął się około dwie mile, dalej drzewa rzedniały coraz bardziej, a po za tem zarysowały się malownicze wzgórza, bieżące w prostej prawie linji na północ i na południe. Przeciwnie cała część wybrzeża pomiędzy rzeką Wodospadową a przylądkiem Jaszczurowym tworzyła jednę gąszcz złożoną z wspaniałych drzew, z których jedne strzelały prosto w niebo, inne pochylały się nad wodą, a bałwany morskie podmywały ich korzenie. Owóż w tej właśnie stronie tj. na całym półwyspie Gadzinowym wypadało przedsięwziąć dalsze poszukiwania, ta część bowiem wybrzeża mogła dostarczyć schronienia, podczas gdy część przeciwna, jałowa i dzika, nie mogła przyjąć gościnnie rozbitków, z jakichkolwiek pochodziliby stron.
Niebo było pogodne i jasne, a z wysokości urwiska, na którego szczycie Nab z Pencroffem zastawili śniadanie, mogło oko bujać swobodnie w dal. Widnokrąg był zupełnie czysty i nie widać było na morzu żadnego żagla. Na całem wybrzeżu, jak daleko wzrok sięgał, nie było ani okrętu żadnego, ani żadnych szczątków. Inżynier jednak dopóty nie miał w tej mierze żadnej pewności, dopóki by nie zbadał całego wybrzeża aż do ostatecznego krańca półwyspu Gadzinowego.
Śniadanie spożyto w prędkości i o godzinie wpół do dwunastej Cyrus Smith dał znak do drogi. Zamiast iść czy to grzbietem jakiego wzgórza, czy też piaszczystą płaszczyzną, osadnicy nasi postanowili zdążać wśród szpalerów drzew, wzdłuż brzegu morza.
Ujście rzeki Wodospadowej, oddziela od przylądku Jaszczurowego przestrzeń około dwunastomilowa. Po gładkiej drodze, nie spiesząc się bardzo, mogli osadnicy nasi przebyć tę przestrzeń w czterech godzinach; tak zaś potrzebowali na to dwa razy tyle czasu, drzewa bowiem, które trzeba było okrążać, krzaki które trzeba było wycinać, ljany przez które trzeba się było przedzierać, wstrzymywały ich co chwila, a te zbaczania nieustanne przydawały im znacznie drogi.
Zresztą nie było nic takiego, coby świadczyło o świeżem rozbiciu statku na tych wybrzeżach. Prawda, że jak to zauważył Gedeon Spilett, morze mogło wszystko unieść ze sobą, i że brak wszelkich śladów nie uprawniał jeszcze do wnioskowania, że w tej stronie wyspy Lincolna żaden statek nie został wyrzuconym na brzeg.
Rozumowanie korespondenta było słuszne, zresztą owo zdarzenie z ziarnkiem śrótu świadczyło niezbicie, że najwyżej trzy miesiące temu padł strzał na wyspie.
Była już godzina piąta, gdy koniec półwyspu Gadzinowego oddalony był jeszcze dwie mile od miejsca, w którem się znajdowali wówczas osadnicy nasi. Widocznem było, że dotarłszy do przylądka Jaszczurowego, Cyrus Smith z towarzyszami swoimi nie mieli już czasu wrócić przed zachodem słońca do koczowiska, rozbitego u źródeł Dziękczynnej. Wynikła ztąd konieczność przenocowania na samym przylądku. Żywności jednak nie brakowało wcale, i to na szczęście, gdyż na krawędzi lasu nie pokazywała się żadna zwierzyna czworonożna. Za to ptactwa było co niemiara, jako to: jakamary, kurukusy, tragopany, głuszce, gądziele, papugi, kakadu, bażanty, gołębie i tysiące innych. Nie było drzewa, na którem by nie było gniazda, nie było gniazda, z któregoby się nie rozlegało trzepotanie skrzydeł!
Około godziny siódmej z wieczora, osadnicy nasi, znużeni trudami drogi, przybyli do przylądku Jaszczurowego, który tworzył rodzaj woluty[1] dziwacznie wykrojonej na morze. Tu kończył się nadbrzeżny bór półwyspu, a całe wybrzeże w stronie południowej przybrało zwykłą postać wybrzeża morskiego ze skałami, rafami i mieliznami. Łatwo zatem być mogło, że okręt jaki, miotany burzą, wylądował w tej stronie wyspy, lecz noc już zapadała i trzeba było odłożyć dalsze poszukiwania do dnia następnego.
Pencroff z Harbertem rozpoczęli bezzwłocznie szukać miejsca stosownego na nocleg. Na tej kończynie rosły ostatnie drzewa lasu Zachodniej Ręki, a pomiędzy niemi rozpoznał Harbert gęste grupy drzew bambusowych.
— Brawo! — zawołał — oto mi cenne odkrycie!
— Cenne, dla czego? — zapytał Pencroff.
— Bez wątpienia — odparł Harbert. — Nie wspomnę ci już o tem, Pencroffie, że kora bambusowa pokrajana w giętkie łaty służy do plecenia koszów i koszyków; że kora ta obrócona w miazgi i wymoczona służy do wyrobu papieru chińskiego; że z łodygi bambusowej, stosownie do jej grubości, robią się laski, cybuchy i rury wodne; że duże bambusy dają wyborny materjał budulcowy, lekki i trwały, którego robak nigdy się nie chwyci. Nie będę także dodawał, że ściąwszy część łodygi między dwoma kolankami i używszy za dno część poprzecznej przegródki, tworzącą kolanko, można otrzymać trwale i wygodne naczynia; bardzo używane w Chinach. Nie! to wszystko ciebie by nie zadowoliło. Ale....
— Ale?...
— Ale pouczę cię, jeśli o tem nie wiesz, że w Indjach jedzą bambusy zamiast szparagów.
— Trzydziestostopowe szparagi! — zawołał marynarz. — A czy dobre?
— Wyborne! — odparł Harbert. — Tylko że nie je się trzydziestostopowych łodyg, lecz tylko młodziutkie pręciki bambusowe.
— Wyśmienicie, mój chłopcze, wyśmienicie! — odparł Pencroff.
— Dodam jeszcze, że rdzeń z młodych łodyg, usmażony w occie, daje bardzo cenną przyprawę.
— Co raz lepiej, Harbercie.
— A w końcu, że te bambusy wydają między kolankami płyn cukrowy, z którego można przyrządzić bardzo przyjemny napitek.
— I na tem koniec? — zapytał marynarz.
— Koniec!
— A czy tego nie można przypadkiem palić?
— Nie, tego nie można palić, biedny mój ty Pencroffie!
Harbert z marynarzem nie potrzebowali szukać długo miejsca stosownego na nocleg. Skały nadbrzeżne — wielorako poszarpane, gdyż pod wpływem wichrów południowo-zachodnich musiały doznawać gwałtownego bicia fal morskich — posiadały wydrążenia zdolne ochronić ich w nocy od wszelkiej niepogody. W chwili jednak, gdy zamierzali wejść do jednej z tych jaskiń, wstrzymał ich nagle straszliwy ryk, wydobywający się z wnętrza.
— W tył zwrot! — zawołał Pencroff. — Mamy strzelby ponabijane tylko drobnym śrutem, a bestje, co tak pięknie ryczą, tyle by sobie z niego robiły, co z ziarnka soli!
I marynarz, chwyciwszy Harberta za ramię, pociągnął go ze sobą za skałę; — w tej samej chwili ukazał się przy wnijściu jaskini wspaniały zwierz.
Był to jaguar, wielkości co najmniej takiej, jak jego współplemiennicy w Azji, to znaczy, że od końca głowy do początku ogona mierzył przeszło pięć stóp. Płowa sierść jego centkowaną była regularnie kilkoma rzędami czarnych plam, i odbijała silnie od białej sierści na brzuchu. Harbert poznał w nim natychmiast okrutnego rywala tygrysa, o wiele niebezpieczniejszego od koguara, który jest tylko współzawodnikiem wilka.
Jaguar postąpił naprzód i spoglądał do koła, z najeżoną szerścią, z roziskrzonem okiem, jak gdyby nie po raz pierwszy dopiero przyszło mu spotkać się z człowiekiem.
W tej chwili korespondent pokazał się z za węgła wysokiej skały, a Harbert w mniemaniu, że nie postrzegł jaguara, chciał się rzucić ku niemu, lecz Gedeon Spilett dał mu znak ręką i szedł naprzód. Nie pierwszy to raz miał do czynienia z tygrysem; zbliżywszy się na dziesięć kroków do zwierza, stanął nieruchomy, z karabinem na ramieniu, i ani jeden muskuł nie drgnął w nim.
Jaguar, skuliwszy się we dwoje, rzucił się na myśliwca, lecz w samym skoku otrzymał kulę między oczy i padł martwy.
Harbert z Pencroffem poskoczyli ku jaguarowi. Nab z Cyrusem Smithem nadbiegli ze swej strony i kilka minut stali w podziwieniu przypatrując się rozciągniętemu na ziemi zwierzęciu, którego wspaniała skóra miała służyć za ozdobę wielkiej sali w Pałacu Granitowym.
— Ach! panie Spilett! jak ja pana podziwiam, jak ja panu zazdroszczę! — zawołał Harbert w przystępie bardzo naturalnego entuzjazmu.
— Ba! mój chłopcze — odparł korespondent — i tybyś tego samego dokazał?
— Ja! jabym się zdobył na tyle zimnej krwi?...
— Wystaw sobie, Harbercie, że jaguar jest zajęcem, a zastrzelisz go najspokojniej w świecie.
— Ba! Jednakowe mają obaj usposobienie! odparł Pencroff.
— A teraz — rzekł Gedeon Spilett — ponieważ jaguar opuścił swe mieszkanie, nie widzę powodu, przyjaciele moi, dlaczegobyśmy go nie mieli zająć na tę noc?
— Mogą przyjść inne jaguary! — rzekł Pencroff.
— Dość będzie jeśli rozpalimy ogień przy wnijściu jaskini — rzekł korespondent — a pewnie żaden z nich nie odważy się przestąpić progu.
— A zatem, do mieszkania jaguarów! — odparł marynarz, ciągnąc za sobą zwłoki zwierza.
Osadnicy nasi zwrócili się ku osamotnionej jaskini, i tam, podczas gdy Nab ściągał skórę z jaguara, reszta towarzyszy jego gromadziła na progu stosy suchego drzewa, którego las obficie dostarczał.
Lecz Cyrus Smith, postrzegłszy grupę drzew bambusowych, udał się w to miejsce i wyciąwszy pewną ilość tego drzewa dorzucił je do reszty paliwa.
Poczem rozgoszczono się w jaskini, która cała zasłaną była kośćmi; ponabijano broń na wypadek nagłej napaści; spożyto wieczerzę, a gdy przyszedł czas na spoczynek, podłożono ogień pod stos drzewa nagromadzony u wnijścia jaskini.
W tej samej chwili rozległ się w powietrzu trzask i łomot urywany. Były to bambusy, które zajęte płomieniem wydawały huk podobny do wypuszczanych rac. Już ten sam łomot był w stanie odstraszyć najzuchwalsze bestje!
Sposób ten sprawiania głośnego łoskotu nie był wcale wynalazkiem inżyniera, gdyż jak twierdzi Marko Polo, Tatarzy już przed wiekami używali go z powodzeniem dla odstraszania od swych koczowisk groźnych bestyj w puszczach środkowej Azji.






Przypisy

  1. Ozdoba architektoniczna kapitelu w kształcie śruby. (Przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.