Tajemnicza wyspa (1875)/Tom I/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI.
(Kwestja mieszkania przychodzi znowu na stół. — Fantastyczne projekta Pencroffa. — Wycieczka do północnych brzegów jeziora. — Północna krawędź Wielkiej Terasy. — Węże. — Brzegi jeziora. — Niepokój Topa. — Top wskakuje do wody. — Walka podwodna. — „Dugong.“)

Był to właśnie 6. maja który to dzień na półkuli północnej odpowiada 6. listopadowi. Niebo od kilku dni było zachmurzone, należało więc pomyśleć o sposobie przezimowania. Wprawdzie temperatura nie obniżyła się była jeszcze bardzo znacznie, a ciepłomierz Celsjusza przeniesiony na wyspę Lincolna byłby wskazywał między dziesięcioma a dwunastoma stopniami powyżej zera.
Wysokość tej średnicy nie powinna dziwić nikogo, ponieważ wyspa Lincolna położona prawdopodobne między trzydziestym piątym a czterdziestym równoleżnikiem, powinna była pod względem klimatycznym zajmować na półkuli południowej to samo stanowisko, co Sycylja lub Grecja na półkuli północnej. Lecz podobnie jak Grecja lub Sycylja wystawione są na przenikliwe zimno, które sprowadza nieraz śnieg i mróz, tak samo i na wyspie Lincolna nie można było wątpić, że w czasach najostrzejszej zimy obniży się nieco temperatura, przeciw czemu trzeba się było z góry zaopatrzyć.
Na wszelki wypadek jeśli nie groziły jeszcze mrozy, to niedaleką była pora deszczowa, a na tej wyspie odludnej, wystawionej na słoty i burze, wśród rozhukanego Oceanu, burze musiały być częste i straszne.
Należało więc na serjo rozważyć i rozstrzygnąć niezwłocznie kwestję wyśledzenia mieszkania odpowiedniejszego od „dymników.“
Pencroff miał oczywiście pewną słabość dla mieszkania, które sam wyszukał, mimo to jednak zgadzał się na to, że trzeba było wynaleźć inne. I tak już raz morze nawidziło było „dymniki,“ jak to sobie przypomnimy z poprzedniego opowiadania, nie podobna więc było narażać się na powtórny taki wypadek.
— A wreszcie, dodał Cyrus Smith, który tego dnia rozprawiał o tem ze swoimi towarzyszami, trzeba nam przedsięwziąć pewne środki ostrożności.
— A to czemu? zagadnął korespondent, wszak wyspa nie jest zamieszkałą.
— Być może, odparł inżynier, nie zwidziliśmy jednak jeszcze jej części środkowej. Lecz chociażbyśmy nawet nie napotkali ludzi, lękałbym się dzikich zwierząt. Musimy więc ubezpieczyć się przed ich możliwą napaścią, inaczej co noc musiałby jeden z nas czuwać przy rozpalonem ognisku. A wreszcie, przyjaciele moi, trzeba nam wszystko przewidzieć. Znajdujemy się w tej części Cichego Oceanu, którą nawiedzają często rozbójnicy malajscy.
— Jakto, odezwał się Harbert, w takiem oddaleniu od wszelkiego kawałka ziemi?
— Tak jest, moje dziecię, odparł inżynier. Rozbójnicy ci są równie śmiałymi marynarzami jak niebezpiecznymi złoczyńcami, musimy się zatem mieć przed nimi na baczności.
— Dobrze więc, odparł Pencroff, obwarujemy się tu przed dzikimi jak borsuki w jamach. Lecz czy nie byłoby dobrze, panie Cyrus, zejść wprzód całą wyspę, zanim poweźniemy jakieś postanowienie?
— Toby było lepiej, dodał Gedeon Spilett. Kto wie czy na przeciwległem wybrzeżu nie znajdziemy takiej jaskini, z której daremnie szukaliśmy tutaj?
— To prawda, odrzekł inżynier, lecz nie zapominajcie o tem, przyjaciele moi, że musimy zamieszkać koniecznie w pobliżu wody słodkiej, i że patrząc z góry Franklina, nie dostrzegliśmy na zachodzie żadnego strumienia ani rzeki. Tu przeciwnie mamy po jednej stronie Dziękczynną a po drugiej jezioro Granta, jest to korzyść wielka, której nie należy lekceważyć. A przytem, wybrzeże to położone na wschód, mniej od tamtego wystawione jest na pojedyńcze wichry północno-zachodnie panujące na tej półkuli.
— A zatem, mości Cyrus, odezwał się marynarz, wybudujemy dom nad brzegiem jeziora. Wszak nie brak nam teraz ani cegieł, ani narzędzi. Byliśmy już ceglarzami, gancarzami, giserami, kowalami, to u licha potrafimy także zostać murarzami!
— Zapewne, mój przyjacielu, lecz zanim się na to zdecydujemy, trzeba wprzód szukać. Mieszkanie, któregoby nam udzieliła darmo sama przyroda, oszczędziłoby nam nie mało trudów i użyczyłoby nam niezawodnie daleko bezpieczniejszego schronienia, gdyż chroniłoby nas równie skutecznie przed wewnętrznymi nieprzyjaciołmi jak i przed zewnętrznymi.
— Bez wątpienia, Cyrusie, odparł korespondent, lecz wszakże przeszukaliśmy już najstaranniej wszystkie kolosy granitowe tego wybrzeża, i nie znaleźliśmy nigdzie ani dziury żadnej, ani nawet szczeliny.
— Ani jednej! dodał Pencroff. A gdybyśmy też wyżłobili sobie mieszkanie w tej ścianie granitowej, na pewnej wysokości, tak by niebyło doń z nikąd przystępu; o, to by było wyśmienicie! Ja to już ztąd widzę tam, w tej facjacie od strony morza, pięć lub sześć pokojów.
— Z oknami, któreby je oświetlały! zawołał śmiejąc się Harbert.
— I ze schodami, któremi by się do nich właziło! dodał Nab.
— Śmiejcie się, zawołał marynarz, i czego? Czy projekt mój mieści w sobie co niemożliwego? Alboż nie mamy kilofów i motyk? Albo pan Cyrus nie potrafi sfabrykować nam prochu, którym porozsadzamy te skały? Prawda, Panie Cyrus, że sfabrykujesz pan proch, jeśli nam go będzie potrzeba?
Cyrus Smith przysłuchiwał się tym fantastycznym nieco projektom entuzjasty Pencroffa. Rozsadzić te masy granitowe nawet za pomocą min prochowych, było pracą prawdziwie herkulesową i zaiste należało ubolewać, że przyroda sama nie uskuteczniła bodaj najuciążliwszej jej części. Inżynier jednak za całą odpowiedź na zapytanie marynarza, zaproponował tylko, ażeby dokładniej jeszcze zbadać ścianę granitową, począwszy od ujścia rzeki aż do jej północnego krawędzia.
Przedsięwzięto więc ścisłe poszukiwania na długość blisko dwóch mil. Lecz zbita wszędzie i gładka ściana nie przedstawiała nigdzie najmniejszego wydrążenia. Co się tyczy gniazd skalnych gołębi okrążających jej szczyt, to były to poprostu dziury wyżłobione na samym jej szczycie i wyszarpane z krawędzi.
Przykra, była to zaiste okoliczność, a o tem, by bądź to zapomocą kilofa, bądź też min prochowych, spowodować w tej masie granitowej dostateczne wydrążenie, i myśleć nie można było. Przypadek tylko zdarzył, że Pencroff wynalazł właśnie jedyne w całej tej części wybrzeża miejsce, mogące nastręczyć chwilowe schronienie, a miejscem tem były „dymniki,“ które teraz trzeba było porzucić.
Ukończywszy swe poszukiwania, znaleźli się osadnicy nasi u północnej krawędzi ściany granitowej, gdzie takowa przechodziła w podłużną spadzistość, ginącą zwolna wśród piasczystego wybrzeża. Począwszy od tego miejsca aż do ostatecznej zachodniej kończyny, ściana ta zmieniała się w rodzaj szańca utworzonego z nagromadzonych stosów kamieni, ziemi i piasku, przeplatanego tu i owdzie krzewami, drzewkami i zaroślami, którego pochyłość wynosiła tylko czterdzieści pięć stopni. Miejscami przebijały jeszcze z tego rodzaju kurtyny ostre zęby granitu. Grupy drzew wznosiły się na stokach pokrytych dość gęstym kobiercem z zarośli. Lecz tu kończyła się wszelka roślinność i od podnóża szańca wlokła się długa piaszczysta równina aż do samego wybrzeża.
Cyrus Smith sądził nie bez podstawy, że z tej strony właśnie powinien się znajdować upust wody z jeziora, w kształcie kaskady. W istocie nadmiar wody nadpływającej ustawicznie z Czerwonego Potoku musiał koniecznie którędyś wyciekać. Owóż odpływu tego nie mógł znaleźć inżynier na żadnym ze zwidzanych już brzegów, to jest począwszy od ujścia potoku, na zachód aż do Wielkiej Terasy.
Inżynier zaproponował zatem towarzyszom swoim wdrapać się na szczyt tego szańca, któremu się właśnie przypatrywali i wrócić po jego grzbiecie do „dymników“, zwidziwszy po drodze północne i wschodnie brzegi jeziora.
Propozycja ta została jednomyślnie przyjętą i w kilka minut później Harbert z Nabem stanęli na szczycie szańca, a za nimi poważnym krokiem zdążali Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Pencroff.
O dwieście kroków ztamtąd, przez gałęzie drzew połyskiwała w słonecznych promieniach wspaniała szyba wodna. Krajobraz w tem miejscu był cudowny. Drzewa z żółtawą nieco barwą liści, w czarownych porozstawiane grupach zachwycały oko. Tu i owdzie pnie sędziwych drzew powalonych pod ciosami wieków, odbijały swą korą czarniawą od świeżej zieloności. Tam rozlegał się świergot hałaśliwych kakatoisów, które jak żyjące iskierki pryzmatyczne skakały z gałęzi na gałąź. Rzekłbyś, że to promień słońca przedzierając się przez tkaninę gałęzi, rozprysnął się w barwy tęczowe.
Osadnicy nasi, zamiast udać się wprost ku północnym brzegom jeziora obchodzili kołem po wierzchołkach szańca, tak, ażeby dostać się lewym brzegiem Czerwonego Potoku do jego ujścia. Tym sposobem okrążali koło wynoszące najwyżej półtora mili. Droga była łatwa, drzewa bowiem porozrzucane z rzadka pozostawiały dość wolnego przejścia. Widocznie tu kończyła się strefa urodzajna a roślinność była tu mniej obfitą niżeli w całym paśmie kraju położonem między Czerwonym Potokiem a Dziękczynną.
Cyrus Smith i jego towarzysze postępowali ostrożnie po tej nieznanej sobie ziemi. Łuki, strzały i kije okute w żelazo stanowiły całe ich uzbrojenie. Nie spotkali jednak żadnego zwierza, snać wszystka zwierzyna kryła się po gęstych lasach rozpościerających się na południe. Niemiłą jednak wcale było dla nich niespodzianką, gdy ujrzeli nagle Topa, stojącego nad potężnym wężem, mającym czternaście do piętnastu stóp długości. Nab jednym uderzeniem kija zabił go na miejscu. Cyrus Smith oglądnął tę gadzinę i oświadczył, że nie jest jadowitą i że należy do rodzaju t. z. „djamantników“, któremi żywią się dzicy w Nowej Galji na południu. Łatwo jednak można było napotkać inne gady, których ukąszenie jest śmiertelne, naprzykład salamandry z rosochatemi ogonami, które zwijają się niespodzianie kłębem z po pod nóg, lub owe węże skrzydlate z dwoma rożkami nadającemi im rączość niepospolitą. Top, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, rozpoczął walkę z gadami z zaciekłością wzbudzającą uzasadnione o niego obawy. Pan jego przywoływał go nieustannie.
Niebawem dotarli do ujścia Czerwonego Potoku, w miejscu, gdzie tenże wpadał do jeziora. Na przeciwległym brzegu poznali osadnicy nasi okolicę, którą już byli zwidzili, spuściwszy się z góry Franklina. Cyrus Smith przekonał się, że przypływ wody był dość znaczny, nie podlegało zatem wątpliwości, że przyroda musiała pozostawić gdzieś także upust, którym uchodził nadmiar wody z jeziora. A właśnie chodziło o to, ażeby odszukać ten upust, musiał on niezawodnie tworzyć silny spad, którego siłę mechaniczną można by było spożytkować.
Osadnicy nasi idąc wolno lecz nie oddalając się zbytecznie jeden od drugiego, poczęli okrążać do koła brzeg jeziora, który był nader urwisty. Jezioro zdawało się napełnione rybami, a Pencroff przedsięwziął sobie sporządzić kilka wędek, ażeby je módz łowić dowoli.
Przedewszystkiem trzeba było obejść ową ostrą krawędź w północno-wschodniej stronie. Słusznie bowiem można było przypuszczać w owem miejscu znajdował się odpływ, gdyż powierzchnia jeziora sięgała tu prawie aż do samego brzegu. Oczekiwania jednak zawiodły, i osadnicy nasi podążyli dalej brzegiem jeziora, który po lekkim zakręcie ciągnął się równolegle z wybrzeżem.
Z tej strony brzegi jeziora były mniej lesiste, lecz porozrzucane tu i owdzie grupy drzew dodawały krajobrazowi malowniczości. Jezioro Granta ukazywało się ztąd w całej swojej rozciągłości a żaden podmuch wiatru nie kłócił gładkiego zwierciadła wody. Top nurtując między krzakami spłoszył gromady rozmaitego ptactwa, a Gedeon Spilett i Harbert przywitali je strzałami. Jeden z tych ptaków raniony celnym strzałem Harberta spadł w bagniste zarośla. Top rzucił się w tę stronę i przyniósł po chwili pięknego ptaka z rodzaju pływaków, popielatej barwy, z krótkim dziobem i silnie rozwiniętą przednią czaszką, z łapkami rozszerzonemi festonową obwódką i skrzydłami obwiedzionemi białym szlakiem. Była to „łyska“, wielkości dużej kuropatwy; ptak ten należy do rzędu „makrodaktylów“ stanowiącego rodzaj przejściowy między ptakami czaplowatemi a płetwonogiemi. Zwierzyna to licha i smak jej wiele pozostawia do życzenia. Top jednak był niezawodnie mniej wybrednym od swoich panów, postanowiono więc uraczyć go tą łyską na wieczerzę.
Wtedy osadnicy nasi zwrócili się ku wschodnim brzegom jeziora i mieli niebawem dotrzeć do znanych sobie okolic. Inżynier mocno był zdziwiony, nie spotkawszy nigdzie żadnej oznaki zdradzającej odpływ wody z jeziora. Korespondent i marynarz rozprawiali z nim o tem, a on bynajmniej nie ukrywał przed nimi swego zdziwienia.
W tej chwili Top, dotąd całkiem spokojny, począł okazywać jakieś zaniepokojenie. Rozumne to zwierzę biegało tam i sam wzdłuż brzegu, nagle stanęło i wlepiło wzrok w powierzchnię wody, podniosłszy jedną łapę do góry, jak gdyby wietrzyło jaką niewidzialną zwierzynę, poczem zaczął szczekać zapalczywie, jak gdyby był na tropie zwierza, i nagle umilkł.
Zrazu ani Cyrus Smith ani towarzysze jego nie zważali na to postępowanie psa, lecz w końcu to coraz zacieklejsze ujadanie zwróciło baczność inżyniera.
— Co Topowi takiego? zapytał.
Pies zwrócił się kilkoma susami ku swojemu panu, zdradzając widoczne zaniepokojenie, lecz wnet popędził znów nad brzeg jeziora. Nagle rzucił się do wody.
— Sa-tu Top! zawołał Cyrus Smith, obawiając się puszczać psa na te podejrzane wody.
— Co się tam dzieje pod wodą? zapytał Pencroff patrząc na powierzchnię jeziora.
— Top zwietrzył zapewne jakiegoś płaza, odparł Harbert.
— A niezawodnie alligatora, rzekł korespondent.
— Jabym tego nie sądził, odparł Cyrus Smith. Alligator znajduje się tylko w krajach położonych pod niższym od naszego stopniem szerokości geograficznej.
Top tymczasem zawrócił na głos swojego pana i wylazł na brzeg; lecz żadną miarą nie mógł się uspokoić. Skakał pomiędzy wysokie zarośla i wiedziony instynktem zdawał sie gonić za jakiemś niewidzialnem stworzeniem płynącem pod wodą wzdłuż brzegów jeziora. Powierzchnia wody jednak była całkiem gładką, bez żadnego zmarszczka. Kilkakrotnie osadnicy zatrzymywali się nad brzegiem, przypatrując się bacznie wodzie. Lecz nie widzieli nic zgoła. W tem była jakaś tajemnica.
Inżynier był mocno zaciekawiony.
— Dokończmy naszego poszukiwania, rzekł do swoich kolegów.
W pół godziny później przybyli do południowo-wschodniego krańca jeziora i znaleźli się znowu na Wielkiej Terasie. Tym sposobem zwidzili dokoła brzegi jeziora, a jednak inżynier nie mógł w żaden sposób odkryć którędy i jakim sposobem dokonywał się upust wody z jeziora.
— A jednak upust ten musi się gdzieś znajdować, powtarzał inżynier, a ponieważ nie widać go z zewnątrz, musi być zatem wydrążonym z wewnątrz w granitowej ścianie nadbrzeża.
— Czyż przywiązujesz do tej okoliczności tak wielką wagę, kochany Cyrusie? zapytał Gedeon Spilett.
— Dość wielką — odparł inżynier — w razie bowiem, jeśli woda przewierciła sobie odpływ na wskróś granitowej skały, łatwo być może, że istnieje w tem miejscu jakie wydrążenie, które możnaby zużytkować na mieszkanie, odwróciwszy w inną stronę bieg wody.
— Lecz czy nie byłoby także możebnem, panie Cyrus — odezwał się Harbert — ażeby woda odpływała dnem jeziora przez jaką czeluść podziemną do morza?
— W samej rzeczy mogłoby to być — odparł inżynier — a w takim razie musielibyśmy sami budować dom, gdyby natura odmówiła nam wszelkiego w tej mierze współdziałania.
Osadnicy nasi gotowali się już przejść wzdłuż Wielką Terasę, ażeby dostać się do „dymników,“ gdyż była już godzina piąta z wieczora, gdy nagle Top począł się znowu niepokoić. Szczekał zajadle, i zanim pan jego mógł go zatrzymać, wskoczył po raz drugi do jeziora.
Wszyscy pobiegli do brzegu. Pies odpłynął już był tymczasem na jakie dwadzieścia stóp i Cyrus wołał na niego niecierpliwie, gdy nagle olbrzymi łeb wynurzył się z wody, która w tem miejscu nie zdawała się zbyt głęboką.
Harbert poznał od razu rodzaj amfibji, do którego należał ten łeb stożkowy z dużemi ślepiami, opatrzony z obu stron długiemi gęstemi wąsami.
— To „lamantyn“ — zawołał.
Nie był to „lamantyn,“ lecz jeden z gatunków tej klasy należącej do rodzaju wielorybów, przezwany „dugongiem,“ gdyż nozdrza jego wystają powyżej pyska.
Olbrzym ten rzucił się na psa, który na próżno usiłował uciec przed nim na brzeg. Pan jego nie mógł mu w niczem dopomódz i zanim przyszło na myśl Spilettowi lub Harbertowi chwycić za łuki, już Top pochwycony przez „dugonga“ zniknął pod wodą.
Nab ze swą okutą maczugą chciał się rzucić na ratunek psu, gotów ścigać potwora w jego własnym żywiole.
— Daj pokój, Nab — rzekł inżynier wstrzymując śmiałka.
Tymczasem pod wodą toczyła się walka, walka niepojęta, gdyż w tych warunkach Top nie mógł żadną miarą stawiać oporu. Walka ta musiała być straszliwą, widać to było po spienionej powierzchni wody, a nie mogła zakończyć się inaczej, jak tylko śmiercią psa! Gdy wtem wśród spienionych fal pojawił się Top. Wyrzucony na wierzch jakąś siłą niewidomą wyleciał jakie dziesięć stóp ponad powierzchnię wody, wpadł w nią napowrót i wkrótce przybił do brzegu, bez żadnego ciężkiego uszkodzenia, ocalony prawdziwie cudem.
Cyrus Smith i towarzysze jego patrzali zdumieni nie pojmując przyczyny tego wszystkiego. Walka zdawała się wciąż jeszcze trwać pod wodą. Zapewne „dugong“ napadnięty przez innego olbrzyma wypuścił psa ze swych szponów, walczył teraz o własną skórę.
Nie długo to jednak trwało. Woda zarumieniła się krwią, a zwłoki „dugonga“ wypłynąwszy na wierzch wśród szkarłatnej powodzi rozpościerającej się kręgami do koła, zatrzymały się na małej mieliźnie u południowego krańca jeziora.
Osadnicy nasi pobiegli w to miejsce. „Dugong“ już nie żył. Był to zwierz olbrzymi, piętnaście do szesnastu stóp długi i musiał ważyć od trzech do czterech tysięcy funtów. Na karku miał szeroką ranę zadaną jak gdyby ostrzem topora.
Co to mógł być za potwór, który tak strasznym ciosem powalił potężnego „dugonga?“ Nikt tego nie mógł odgadnąć i dość zaciekawieni tem całem zdarzeniem Cyrus Smith z towarzyszami swoimi powrócili do „dymników.“







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.