Tajemnicza wyspa (1875)/Tom I/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.
(Wycieczka do jeziora. — Prąd wody przewodnikiem. — Projekta Cyrusa Smitha. — Tłuszcz „dugonga.“ — Użytek z pirytów szysztowych. — Siarczan żelaza. — Jak się przyrządza glycerynę? — Mydło. — Saletra. — Kwas siarczany. — Kwas azotowy. — Nowy wodospad.)

Nazajutrz, dnia 7. maja, Cyrus Smith i Gedeon Spilett, zostawiwszy Naba zajętego gotowaniem śniadania, wyszli na Wielką Terasę, podczas gdy Harbert z Pencroffem, puścili się od ujścia rzeki w górę, ażeby zebrać nowy zapas paliwa.
Inżynier z korespondentem przybyli niebawem do owej małej mielizny na południowej kończynie jeziora, gdzie ciało potwora zostało wyrzucone. Gromady ptactwa obsiadły już były tę górę cielska i trzeba je było spędzać kamieniami. Cyrus Smith bowiem chciał zachować tłuszcz z „dugonga“ i zużytkować go na potrzeby osady. Także i mięso zwierzęcia powinno było dać wyborne jadło, w niektórych bowiem okolicach Malaji używane bywa wyłącznie tylko do stołów książąt panujących zamieszkałym tamże plemionom. Lecz to należało do Naba.
Cyrusowi w tej chwili inne myśli krążyły po głowie. Zdarzenie dnia wczorajszego utkwiło mu głęboko w pamięci, i nieustannie zaprzątało jego myśli. Radby był przeniknąć tajemnicę owej walki podwodnej i przekonać się co za potwór z rodzaju „mastodontów“ lub innego jakiego, zadał „dugongowi“ tak straszliwą a dziwnego rodzaju ranę.
Stał więc nad brzegiem jeziora, spoglądając uważnie do koła i przypatrując się bacznie powierzchni wody, spokojnej i gładkiej, połyskującej w porannych promieniach słońca.
Na mieliźnie, gdzie leżało ciało „dugonga“ woda była dość płytką, lecz idąc od tego miejsca dalej dno jeziora zagłębiało się coraz bardziej i prawdopodobnie na samym środku głębia musiała być znaczną. Można było uważać to jezioro za rodzaj olbrzymiego rezerwoaru napełnionego wodą z Czerwonego Potoku.
— A zatem, mój Cyrusie — zagadnął korespondent — nie ma, zdaje mi się, w tej wodzie nic podejrzanego?
— W istocie nic, kochany Spilett — odparł inżynier — i nie wiem doprawdy, jak sobie wytłumaczyć wczorajsze zdarzenie?
— Przyznaję sam — ciągnął dalej Gedeon Spilett — że rana, jaką otrzymał potwór, jest co najmniej zadziwiającą. Nie potrafiłbym niemniej wytłumaczyć, co było powodem, że Top z taką siłą wyrzucony został ponad wodę? Zdawałoby się w istocie, że to jakaś ręka potężna wyrzuciła go na wierzch, i że ta sama ręka uzbrojona sztyletem zadała następnie śmierć „dugongowi!“
— Tak jest — odparł inżynier zamyślony. Jest w tem coś, czego w żaden sposób zrozumieć nie mogę. Lecz czyż zrozumialszem jest dla ciebie, kochany Spilett, i to jakim sposobem ja sam zostałem ocalony, wydobyty z fal morskich i przeniesiony pomiędzy wydmy? Prawda, że nie? Otóż i w tem widzę jakąś tajemnicę, która niezawodnie kiedyś się nam odkryje. Zaostrzmy więc naszą baczność, lecz nie wspominajmy więcej przed naszymi towarzyszami o wczorajszem zdarzeniu. Spostrzeżenia nasze zachowajmy dla siebie i nie ustawajmy w naszem przedsięwzięciu.
Inżynier, jak wiemy, nie odkrył dotychczas jeszcze miejsca, którem woda odpływała z jeziora, a ponieważ nie było nigdzie śladu wylewów, musiał zatem koniecznie istnieć gdzieś odpływ wody. Nie mało więc zdziwionym był Cyrus Smith, zauważywszy w tem miejscu dość wyraźnie objawiający się prąd wody. Wrzucił kilka trzasek do wody i przekonał się, że trzaski popłynęły ku kończynie południowej. Podążył więc wzdłuż brzegu w ślad za tym prądem i przybył do południowego krańca jeziora.
Tu powierzchnia jeziora zdradzała pewną wklęsłość, jak gdyby woda w tem miejscu wartkim strumieniem odpływała przez szczelinę ukrytą w ziemi.
Cyrus Smith przyłożywszy ucho do powierzchni wody, usłyszał wyraźnie jakby szum podziemnej kaskady.
— W tem miejscu — rzekł wpatrując się — istnieje upust wody, tędy niezawodnie woda podziemnym kanałem wyżłobionym w granicie odpływa do morza, przez wydrążenie, które potrafimy zużytkować na naszą korzyść! Zresztą, przekonamy się zaraz!
Inżynier wyciął długą gałęź, ogołocił ją z liści i zanurzywszy ją w wodę w samym rogu między obydwoma brzegami, natrafił na szeroki otwór, położony tylko na jedną stopę pod powierzchnią wody. Był to otwór tego upustu, którego napróżno dotąd szukał inżynier, a prąd wody był tak silny, że wydarł gałęź z rąk Cyrusa i pochłonął ją w swych nurtach.
— Teraz nie ma już żadnej wątpliwości — powtórzył Cyrus Smith. — W tem miejscu jest upust wody, a otwór jego wydobędę na wierzch.
— Jakim sposobem? — zapytał Gedeon Spilett.
— Obniżywszy powierzchnię jeziora na trzy stopy.
— Jakże tego dokażesz?
— Dam wodzie inny odpływ szerszy od tego.
— W jakiem miejscu, Cyrusie?
— Z tej strony, która najbardziej zbliżoną jest do brzegu morza.
— Ale z tej strony są brzegi granitowe! zauważył korespondent.
— A zatem wysadzimy ten granit — odparł Cyrus Smith — tym sposobem woda spadnie i odsłoni ten otwór...
— I spływając ztamtąd na wybrzeże, utworzy silny spad — dodał korespondent.
— Z którego potrafimy skorzystać! — odparł Cyrus. — A teraz chodźmy, chodźmy!
Po tych słowach inżynier pociągnął za sobą swego towarzysza; ten zaś do tego stopnia ufał Cyrusowi, że ani wątpił w powodzenie jego zamiarów. A jednak było to zadanie nie małe, jak wyżłobić otwór w brzegu granitowym, jak porozsadzać te skały, nie posiadając prochu ani wydoskonalonych narzędzi? Czy to przedsięwzięcie, które powziął inżynier, nie przechodziło sił jego?
Cyrus Smith i korespondent powróciwszy do „dymników,“ zastali Harberta i Pencroffa zajętych wyładowywaniem przywiezionego drzewa.
— Drwale już skończyli robotę, panie Cyrus — rzekł śmiejąc się marynarz — a jeżeli potrzeba panu będzie murarzy....
— Murarzy nie, lecz chemików — odparł inżynier.
— Tak jest — dodał korespondent — wysadzimy wyspę w powietrze....
— Wysadzić wyspę! — zawołał Pencroff.
— Przynajmniej część jej! — odparł Gedeon Spilett.
— Chciejcie mnie posłuchać, przyjaciele — rzekł inżynier.
Pokrótce zaznajomił ich z rezultatem swoich spostrzeżeń. Według jego przypuszczenia, musiało w owej masie granitowej tworzącej Wielką Terasę, istnieć mniejsze lub większe wydrążenie, do którego zamierzał dotrzeć. W tym celu należało przedewszystkiem wypróżnić otwór, którym odpływa woda z jeziora, a tem samem obniżyć jego powierzchnię, wydrążywszy nowy odpływ ze szerszym otworem. Z tego wynikała potrzeba przyrządzenia masy eksplodującej, za pomocą której możnaby utworzyć obszerną szluzę na innem miejscu. Tego zaś zamierzał Cyrus Smith dokonać za pomocą kruszców, których mu dostarczała sama przyroda.
Zbytecznem byłoby mówić, z jakim entuzjazmem wszyscy, a szczególnie Pencroff, przyjęli ten projekt. Używać wielkich środków, przewiercać granity, tworzyć wodospady — w to było grać marynarzowi! Ponieważ inżynierowi trzeba było chemików, więc gotów był zostać chemikiem, tak jak gotów był także zostać szewcem lub murarzem. Byłby chętnie był wszystkiem, czemby kto tylko zażądał, nawet, jak się wyraził do Naba „nauczycielem tańców i salonowych manjerów,“ gdyby tego było potrzeba.
Nab z Pencroffem otrzymali przedewszystkiem zlecenie wydobyć tłuszcz z „dugonga“ i przechować jego mięso na kuchnię. Bezzwłocznie więc udali się do swej roboty, nie pytając nawet o wyjaśnienia. Ufność ich do inżyniera nie miała granic.
Wkrótce po nich Cyrus Smith, Harbert i Gedeon Spilett, zabrawszy ze sobą plecionkę, wyruszyli brzegiem rzeki ku pokładom węgla ziemnego, w których znajdowała się wielka ilość pirytu szysztowego. Kruszec ten, którego jeden okaz przyniósł już był ze sobą Cyrus, znajduje się najobficiej w okolicach najświeższej formacji.
Cały dzień minął na nagromadzeniu pewnej ilości tego pirytu do „dymników.“ Pod wieczór posiadali już kilka beczek.
Nazajutrz, dnia 8. maja, rozpoczął inżynier swe manipulacje. Głównemi składnikami pirytu szysztowego są: węgiel, krzem, a glin i siarczyk żelaza — tego ostatniego jest najwięcej; chodziło o to, ażeby co najrychlej wydzielić z niego siarczyk żelaza i przemienić go w siarkan. Otrzymawszy siarkan, można było wyciągnąć zeń kwas siarczany.
Był to rzeczywiście cel całego dzieła. Kwas siarczany jest pierwiastkiem najbardziej używanym, a stan przemysłu pojedyńczego narodu da się osądzić wedle ilości w jakiej go spotrzebowuje. Kwas ten miał być później osadnikom naszym wielce przydatnym do fabrykacji świec, garbowania skór itp. obecnie jednak potrzebował go inżynier do czego innego.
Cyrus Smith obrał po za „dymnikami“ stosowne miejsce i wygładził w niem ziemię jak najstaranniej. W miejscu tem wystawił stos z gałęzi i zrąbanego drzewa, a na nim poukładał kawałki szystu pirytowego, w kabłąk jeden obok drugiego; następnie całą tę masę pokrył cienką warstwą pirytu potłuczonego na kawałki tej wielkości, co orzech włoski.
Po tych przedwstępnych przygotowaniach, podłożono ogień pod drzewo. Żar udzielił się szystowi, a ten zawierając w sobie węgiel i siarkę roztlił się płomieniem. Wtedy dołożono nowych warstw tłuczonego pirytu, a z wierzchu pokryto cały ten olbrzymi stos ziemią i ziołami, pozostawiwszy tylko kilka otworów dla przeciągu, podobnie jak się postępuje przy zwęglaniu drzewa.
Poczem czekano, aż się przetwór chemiczny dokona, a potrzeba było niemniej jak dziesięciu do dwunastu dni, ażeby siarczyk żelaza przemienił się w siarkan żelaza a glin w siarkan glinu; obydwa te ciała są rozpuszczalne, podczas gdy reszta, mianowicie krzem, węgiel i popiół własności tej nie posiadają.
Podczas gdy dokonywał się ów proces chemiczny, przystąpili Cyrus i towarzysze jego do innych operacyj. Była to z ich strony już nie gorliwość lecz prawdziwa zaciekłość.
Nab i Pencroff zebrali byli tłuszcz z „dugonga“ w duże kadzie z wypalonej ziemi. Szło teraz o to, ażeby z tłuszczu tego za pomocą przemydlenia wydzielić jeden jego składnik, mianowicie glicerynę. Chcąc osiągnąć ten rezultat, dość było wystawić ją na chemiczne działanie sody lub wapna. W samej rzeczy jedna lub druga z tych substancyj oddziaływając na tłuszcz wytworzyłaby z niego mydło, wydzieliwszy równocześnie glycerynę, której właśnie potrzeba było inżynierowi. Wapna, jak wiemy, miał podostatkiem; lecz używszy do tego chemicznego procesu wapna, otrzymałby był mydło wapienne, nierozpuszczalne, a tem samem bezużyteczne, podczas gdy przeciwnie przy współdziałaniu sody powstałoby mydło rozpuszczalne, którego możnaby było użyć do prania bielizny. Owóż jako człek praktyczny powinien był Cyrus Smith postarać się raczej o sodę. A czyż to było tak trudno? Bynajmniej; na brzegach bowiem rosły nader bujnie rośliny morskie: salikorny, fikoidy i inna morszczyzna, do której należały waregi i geömony. Nagromadzili więc wielką ilość tego ziela, wysuszyli je wprzód a następnie spalili w dołach na wolnem powietrzu. Kilka dni trwało to palenie, a żar wzrósł do tego stopnia, że zdawało się, iż stopi popioły. Rezultatem tego spopielenia była masa stała, popielata, znana od dawna pod nazwą „naturalnej sody.“
Dopiąwszy swego zamiaru, wystawił następnie inżynier tłuszcz na działanie sody, skutkiem czego otrzymał z jednej strony mydło rozpuszczalne, a z drugiej strony ową obojętną substancję zwaną glyceryną.
Lecz nie na tem koniec. Cyrusowi potrzeba było, ze względu na przyszłe preparacje, jeszcze innej substancji, mianowicie azotanu potasu, znanego bardziej pod nazwą soli saletrowej czyli saletry.
Cyrus Smith mógł był otrzymać tę substancję, poddając węglan potasu, dający się łatwo wyciągnąć ze spopielonych ciał roślinnych, chemicznemu działaniu kwasu azotowego. Lecz kwasu azotowego nie posiadał, a koniec końców właśnie o ten kwas się rozchodziło. Znajdował się zatem w błędnem kole, z którego nigdy nie byłby wyszedł. Na szczęście sama przyroda przyszła mu w pomoc, dostarczając mu saletry gotowej, tak że tylko ręką po nią sięgnąć potrzebował. Harbert odkrył pokłady jej na północy wyspy, u stóp góry Franklina; trzeba było tylko sól tę oczyścić.
Różnorodne te prace trwały dni ośm. Uwinęli się więc z niemi, zanim jeszcze dokonała się przemiana siarczyka w siarczan żelaza. Reszty czasu użyli osadnicy nasi na ulepienie z przydatnej gliny ogniotrwałych naczyń i na wybudowanie z cegieł piecyka szczególniejszej konstrukcji, mającego służyć do późniejszej dystyllacji siarczanu żelaza. Robota ta ukończoną została dnia 18. maja, mniej więcej o tym samym czasie, kiedy dokonał się przetwór chemiczny. Gedeon Spilett, Harbert, Nab i Pencroff, pod zręcznem kierownictwem inżyniera, wyszli na najbieglejszych robotników w świecie. Konieczność zresztą bywa najlepszą nauczycielką i najwięcej doznającą posłuchu.
Gdy już stos pirytu należycie się wypalił, wówczas cały przetwór chemiczny składający się z siarczanu żelaza, siarczanu ałunu, krzemionki, osadu węglowego i popiołu zesypany został do dużej kadzi napełnionej wodą. Poczem wymięszano go należycie, a gdy się ustał, przecedzono go i otrzymano płyn jasny i czysty, zawierający rozczyn siarczanu żelaza; inne pierwiastki, będąc nierozpuszczalnemi, pozostały w stanie stałym. Wreszcie gdy płyn ten w części się ulotnił, siarczan żelaza osiadł w kryształkach, a resztę płynu nieulotnionego, zawierającego siarczan ałunu wylano.
Cyrus Smith posiadał zatem teraz pewną ilość siarczanu żelaza w stanie skrystalizowanym, chodziło więc tylko o to, ażeby wyciągnąć z niego kwas siarczany.
W praktyce przemysłowej wymaga fabrykacja kwasu siarczanego nader kosztownych przyrządów. Potrzeba do niej obszernych hut, osobnych narzędzi, przyrządów platynowych, izb ołowianych nie podpadających wpływowi kwasu, w których dokonywa się przetwór chemiczny itp. Inżynier wszystkich tych przyrządów nie posiadał, wiedział jednak o tem, że zwłaszcza w Czechach fabrykuje się kwas siarczany daleko prostszemi środkami, z tą oprócz tego korzyścią, że otrzymuje go się w stanie bardziej skoncentrowanym. Tak wytwarza się kwas zwany pod nazwiskiem kwasu Nordhauzeńskiego.
Ażeby otrzymać kwas siarczany, potrzebował Cyrus wykonać jeszcze tylko jednę operację, a mianowicie: zwapnić skrystalizowany siarczan żelaza w zamkniętem naczyniu, tak ażeby kwas siarczany wyparował, poczem gaz ten zgęściwszy się wydałby kwas.
Do tej właśnie operacji miały służyć naczynia ogniotrwałe, w których umieszczono owe kryształki, i piecyk, którego żar miał spowodować wyparowanie kwasu siarczanego.
Operacja powiodła się wybornie i dnia 20. maja, we dwanaście dni po rozpoczęciu dzieła, znajdował się inżynier w posiadaniu tego pierwiastku, który spodziewał się zużytkować w przyszłości na najrozmaitsze sposoby.
Na cóż więc potrzebował tego czynnika? Oto po prostu na to, ażeby za pomocą jego wytworzyć kwas azotowy, co mu przyszło z łatwością, saletra bowiem pod wpływem kwasu siarczanego dostarczyła mu właśnie tego kwasu za pomocą dystyllacji.
Lecz koniec końców jakiż miał zrobić użytek z tego kwasu azotowego? To dla towarzyszy jego było tajemnicą, inżynier bowiem nie wyjawił im ostatecznego celu swej pracy.
Cyrus jednak dokonał swego zamiaru, a ostatnia operacja dostarczyła mu tej substancji, która tylu rozlicznych wymagała zabiegów.
Złączywszy kwas azotowy z glyceryną, skoncentrowaną wprzód przez zanurzenie naczynia w ciepłej wodzie, otrzymał bez użycia nawet mięszaniny oziębiającej, kilka kieliszków oliwkowatego, żółtawego płynu.
Ostatniej tej operacji dokonał Cyrus sam własnoręcznie, na uboczu, zdala od „dymników,“ gdyż zachodziło niebezpieczeństwo eksplozji. A przyniosłszy ze sobą flakonik tego płynu, wyrzekł do przyjaciół swoich tylko te słowa:
— Oto mamy nitro-glycerynę!
Był to w istocie ów wytwór straszliwy, którego moc eksplozyjna jest dziesięćkroć większa od pospolitego prochu i który był już powodem tylu wypadków! Zresztą odkąd wynaleziono sposób przemienienia go w dynamit, t. j. połączenia go z innem ciałem stałem, gliną lub cukrem, dość dziurkowatem ażeby go uwięzić, odtąd użycie tego groźnego płynu nie podlega więcej takiemu niebezpieczeństwu. Lecz w owych czasach, kiedy osadnicy nasi znajdowali się na wyspie Lincolna, nie znano jeszcze dynamitu.
— Więc to ten płyn ma porozsadzać skały? zapytał Pencroff niedowierzająco.
— Tak jest, mój przyjacielu, odparł inżynier, a ta nitroglecyryna działać będzie tem potężniej, ile że granit jest nader twardy i większy opór przeciwstawi sile wybuchu.
— A kiedyż to obaczymy, panie Cyrus?
— Jutro, skoro wydrążymy minę, odparł inżynier.
Nazajutrz, dnia 21 maja, skoro świt udali się nasi minery na wschodni brzeg jeziora Granta, który tworzył róg, oddalony tylko pięćset stóp od wybrzeża. W miejscu tem skalisty brzeg wysterczał prostopadle z wody i jedyną dla niej stanowił tamę. Widocznem zatem było, że przełamawszy tę tamę, musiała woda wybuchnąć utworzonym w ten sposób otworem i wartkim potokiem przepłynąwszy pochyłą płaszczyznę terasy, spaść z niej kaskadą na miałkie wybrzeże. Wskutek tego musiałby opaść cały poziom jeziora i odsłonić otwór którym odpływała zeń woda — co było ostatecznym celem całego przedsięwzięcia.
Chodziło więc o to, ażeby przełamać ową tamę granitową. Pencroff pod kierownictwem inżyniera, uzbrojony kilofem, którym władał równie zręcznie jak dzielnie, zabrał się do granitu od jego zwierzchnego obmurowania. Dziura, którą zamierzał wydrążyć, rozpoczynała się na poziomej krawędzi brzegu i powinna była zagłębiać się skośnie, tak ażeby koniec jej leżał znacznie poniżej poziomu wody w jeziorze. Tym sposobem siła eksplozyjna rozsadziwszy skały, pozwoliłaby wodzie wylać się szerokim potokiem, a skutkiem tego wywołałaby znaczne obniżenie wody w jeziorze.
Praca trwała długo, inżynier bowiem chcąc sprawić skutek potężny, zamierzał poświęcić na to najmniej dziesięć litrów nitroglyceryny. Lecz Pencroff z Nabem pracowali naprzemian tak dzielnie, że około godziny czwartej z wieczora mina była gotową.
Pozostawała tylko do rozwiązania kwestja, jakimby sposobem zapalić masę eksplodującą. Zazwyczaj zapala się nitro-glyceryna za pomocą lontu z masy eksplodującej, która wybuchając pociąga za sobą główną eksplozję. Ażeby wywołać takową, potrzeba koniecznie silnego uderzenia t. j. tarcia, gdyż zapalona poprostu masa spali się wprawdzie, lecz nie wybuchnie.
Cyrus Smith mógł był wprawdzie sporządzić lont. Nie posiadając właściwej do tego masy eksplodującej, mógł łatwo, posiadając kwas azotowy, otrzymać substancję zbliżoną do bawełny strzelniczej. Masa ta zawinięta w trąbkę i wsunięta w otwór napełniony nitroglyceryną, byłaby wybuchła za pośrednictwem zapalonej żagwi i dokonała głównej eksplozji.
Cyrus Smith jednak wiedział, że nitroglyceryna posiada własność eksplodowania wskutek silnego uderzenia. Postanowił więc skorzystać z tej jej właściwości, gotów zresztą użyć innego środka, skoroby ten go zawiódł.
W samej rzeczy uderzenie młota na kilka kropel nitro-glyceryny rozlanej na twardem kamieniu wystarcza, ażeby wywołać eksplozję. Lecz robotnik, któryby się podjął tego uderzenia młotem, musiałby sam paść ofiarą wybuchu. Cyrus Smith wymyślił zatem inny sposób. Na słupku wystawionym ponad otworem miny, postanowił uwiesić na powrózku uplecionym z włókien roślinnych kilka funtów żelaza. Drugi zaś powróz podobny, znacznie jednak dłuższy, napojony poprzednio siarką, miał być za jeden koniec przy wiązany do środka pierwszego powrozu, podczas gdy drugi koniec miał się wlec po ziemi kilkanaście stóp od otworu miny. Zapaliwszy ten drugi powróz, ogień dosiągłby po nim pierwszego powrozu, który zająwszy się z kolei, przerwałby się, w skutek czego masa żelaza spadłaby na krople nitro-glyceryny.
Wykonano zatem podobny przyrząd, poczem inżynier, oddaliwszy swych towarzyszy, napełnił otwór miny nitro-glyceryną tak, że sięgała aż po same brzegi otworu i wysączył kilka kropel na skałę, tuż pod masą żelaza zawieszoną poprzednio na słupku.
Dokonawszy tego, Cyrus Smith zapalił jeden koniec napojonego siarką powrozu, poczem oddalił się sam i powrócił do swych towarzyszy oczekujących go w „dymnikach.“
Powróz wspomniany miał gorzeć dwadzieścia pięć minut i w istocie po dwudziestu pięciu minutach nastąpił wybuch, którego niepodobna opisać. Zdawało się, że cała wyspa zadrżała w swych podstawach. Olbrzymi snop kamieni wyrzucony został w powietrze jak gdyby podziemną siłą wulkanu. Wstrząśnienie powietrza spowodowane wybuchem było tak wielkie, że skały „dymników“ zachwiały się. Osadnicy pomimo, że oddaleni byli całe dwie mile od miny eksplodującej, padli na ziemię.
Powstawszy, wybiegli na terasę ku miejscu, gdzie brzeg jeziora miał być rozsadzonym przez eksplozję....
Trzykrotne hurra wydarło się z ich piersi! Tama granitowa rozpłataną była szeroko! Woda buchała wąskim potokiem, pieniąc się pędziła wzdłuż terasy, a dosięgnąwszy jej brzegu, spadała kaskadą trzysta stóp wysoką na miałkie wybrzeże!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.