Tajemnicza wyspa (1875)/Tom I/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Tajemnicza wyspa
Data wydania 1875
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha
i Czajkowskiego
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. Pł.
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVIII.
(Pencroff nie wątpi więcej o niczem. — Dawny kanał odpływowy. — Wyprawa w głąb ziemi. — Kurytarz w wnętrzach granitu. — Top znika. — Środkowa pieczara. — Studnia podziemna. — Nowa zagadka. — Przewiercenie ściany granitowej. — Powrót.)

Projekt Cyrusa Smitha powiódł się zupełnie, lecz sam twórca jego wedle zwyczaju swego nie okazywał najmniejszego zadowolenia i z ustami zaciśniętemi, z wzrokiem bystro wytężonym stał nieruchomy. Harbert był w uniesieniu; Nab skakał z radości; Pencroff to w jedną to w drugą stronę kiwał swą dużą głową i mruczał pod nosem.
— Chwat z naszego inżyniera!
Nitro-glyceryna sprawiła w istocie skutek potężny. Nowo utworzona szluza była tak wielką, że ilość wody odpływającej obecnie przez nią, trzykroć przewyższała tę, która odpływała przez dawny upust. Z tego wynikało, że poziom jeziora musiał wkrótce obniżyć się najmniej na dwie stopy.
Osadnicy nasi pospieszyli do „dymników“ po kilofy, oszczepy w żelazo okute, postronki z łyka, krzesiwo i czyr, poczem powrócili znów na terasę. Towarzyszył im Top.
Po drodze marynarz, nie mógł się wstrzymać dłużej, odezwał się do inżyniera.
— A wiesz pan, panie Cyrus, że tą prześliczną miksturą, którą pan sfabrykowałeś, możnaby całą tę wyspę wysadzić w powietrze?
— Bezwątpienia, odparł Cyrus Smith, wyspę i wszystkie lądy i nawet całą ziemię; zawisło tylko od ilości.
— A nie możnaby też użyć tej nitro-glyceryny do nabijania broni palnej? zagadnął marynarz.
— Nie, Pencroffie, jest to substancja zbyt gwałtowna. Moglibyśmy jednak z łatwością wytworzyć bawełnę strzelniczą a nawet proch, posiadając kwas azotowy, saletrę, siarkę i węgiel. Lecz niestety nie posiadamy broni — w tem sęk.
— O, panie Cyrus! odparł marynarz, troszkę dobrej woli!...
Nie podlegało wątpliwości, że marynarz wykreślił całkiem słowo „niemożliwość“ ze słownika używanego na wyspie Lincolna.
Przybywszy na Wielkę Terasę, osadnicy nasi skierowali swe kroki niezwłocznie ku owej kończynie jeziora, przy której istniał otwór dawnego upustu, otwór ten powinien się był obecnie znajdować ponad wodą. Ponieważ woda nie zaciekała już tam więcej, przeto możnaby było zapewne wejść do środka kanału odpływowego i zbadać wewnętrzną jego konstrukcję.
Po kilku minutach osadnicy dotarli do dolnego końca jeziora i jeden rzut oka przekonał ich, że cel został dopięty.
W istocie ukazał się im w granitowym brzegu jeziora, odkryty z pod wody otwór tak gorąco poszukiwany. Wąski szkarp, który odsłoniła opadająca woda, ułatwiał doń przystęp. Otwór ten posiadał około dwadzieścia stóp szerokości, lecz zato tylko dwie stopy wysokości. Podobnym był do otworu rynsztoków umieszczonych wzdłuż chodników. Nie łatwo by więc było wcisnąć się do niego. Ale Nab z Pencroffem chwycili za kilofy i w niespełna godzinę rozszerzyli go do należytych rozmiarów.
Wtedy inżynier zbliżywszy się do otworu przekonał się, że pochyłość stoków tego kanału odpływowego w górnej jego części nie wynosiła więcej jak trzydzieści do trzydziestu pięciu stopni. Można było zatem stąpać po nich i byle pochyłość w dalszym ciągu nie wzrastała, dotrzeć tym kanałem aż do samego poziomu morza. Jeśli zaś, co było wielce prawdopodobnem, wewnątrz tej masy granitowej istniała obszerniejsza pieczara, może by się dało nawet zrobić z niej jaki użytek.
— A zatem, panie Cyrus, nic nam nie przeszkadza! odezwał się marynarz, który rad był co rychlej zapuścić się w tajemnicze głębie tego podziemnego korytarza. Wszak Top nas wyprzedził!
— Dobrze, odparł inżynier. Lecz nie podobna nam iść po omacku. — Nab, pobiegnij wyciąć kilka żywicznych gałęzi.
Nab z Harbertem pobiegli pędem w stronę, gdzie sosny i inne drzewa zielone ocieniały brzegi jeziora, i powrócili w krótce z gałęziami powiązanemi w kształcie pochodni. Zapalono więc te pochodnie za pomocą krzesiwa i osadnicy nasi z Cyrusem na czele zapuścili się w te ciemne czeluście, które niedawno jeszcze napełniała woda.
Wbrew wszelkim przypuszczeniom średnica podziemnego kanału rozszerzała się coraz bardziej, tak, że osadnicy nasi odrazu prawie mogli się wyprostować, zstępując na dół. Stok granitowy od wieków podmywany wodą był bardzo śliski i trzeba było strzedz się pilnie, by nie upaść. To też osadnicy nasi poprzywiązywali się wzajemnie postronkami jeden do drugiego, tak, jak to czynią podróżni w górach. Na szczęście powyżłabiane w granicie szkarpy tworzyły rodzaj schodów umniejszających niebezpieczeństwo spuszczania się. Kropelki wody, zawieszone jeszcze na skałach, połyskiwały tysiącem barw przy blaskach pochodni, zdawało się, że ściany pokryte są nieprzeliczoną ilością stalaktytów. Inżynier przypatrzył się bacznie szczerniałemu granitowi. Nie było na nim śladu nawarstwowania, ani żadnego obrywu. Była to jednolita, jakby z jednej sztuki wykuta masa. To świadczyło, że kanał ten istniał od samego początku wyspy. To nie działanie wody wydrążyło go zwolna i stopniowo. Nie Neptun, lecz Pluton własną wykuł go dłonią i można było widzieć na ścianach ślady jego podziemnej roboty, dotąd jeszcze nie całkiem zatarte, pomimo tyloletniego działania wody.
Osadnicy nasi zstępowali bardzo zwolna. Trudno zaprzeczyć, że doznawali wszyscy pewnego wruszenia, zapuszczając się w te tajemnicze głębie, w których nigdy jeszcze noga ludzka nie postała. Milczeli i rozmyślali, i niejednemu z nich przyszło na myśl, czyli jaki potwór z rodzaju „głowonogów“ nie zamieszkuje wnętrza tej pieczary zostającej w połączeniu z morzem. Należało więc postępować naprzód z pewną ostrożnością.
Zresztą Top biegł na czele tego małego orszaku i można się było spuścić na węch psa, który w razie jakiego niebezpieczeństwa niezawodnie uderzyłby na alarm.
Zeszedłszy w dół około sto stóp dość krętym kurytarzem, Cyrus Smith, który szedł naprzód, zatrzymał się, a towarzysze jego złączyli się z nim. Miejsce, w którem się zatrzymali, tworzyło rodzaj pieczary średnich rozmiarów. Krople wody spadały ze sklepienia, nie pochodziło to jednak ztąd, iżby woda z zewnątrz na wskróś przeciekała granit. Były to poprostu ostatnie ślady potoku, który tak długo grzmiał wśród tej pieczary, a powietrze, z lekka wilgotne, nie zdradzało zresztą żadnych wyziewów mefitycznych.
— Cóż tedy, kochany Cyrusie? — odezwał się Gedeon Spilett. Oto mamy schronienie nikomu nieznane i ukryte głęboko, a jednak wziąwszy wszystkie razem, mieszkać w niem niepodobna.
— Dlaczego niepodobna? — zapytał marynarz.
— Bo jest za małe i za ciemne.
— Alboż nie możemy go rozszerzyć, powiększyć, wydrążyć, porobić w niem otwory, któremiby wchodziło powietrze i słońce? — odparł Pencroff, który teraz nie wątpił więcej o niczem.
— Idźmy dalej, odezwał się Cyrus Smith. A może niżej sama przyroda oszczędzi nam tej pracy.
— Znajdujemy się dopiero w jednej trzeciej części wysokości — zauważył Harbert.
— Mniej więcej w jednej trzeciej — odparł Cyrus Smith — spuściliśmy się bowiem z jakie sto stóp od otworu, łatwo zatem być może, że sto stóp poniżej...
— Gdzie Top? — zapytał Nab przerywając swojemu panu.
Przeszukano pieczarę. Psa nie było.
— Zapewne pobiegł naprzód — rzekł Pencroff.
— Spieszmy za nim — odparł Cyrus Smith.
Puścili się więc dalej w głąb. Inżynier przypatrywał się uważnie wszystkim odnogom kanału, i pomimo tylu rozmaitych zakrętów zapamiętał z łatwością ogólny jego kierunek zmierzający ku morzu.
Spuściwszy się jeszcze z jakie pięćdziesiąt stóp głębiej w kierunku pionowym, doleciały osadników naszych jakieś głosy oddalone, pochodzące z głębi. Zatrzymali się więc wytężając słuch. Głosy te wychodząc z kurytarza niby z tuby akustycznej zalatywały wyraźnie do ich uszu.
— To szczekanie Topa! — zawołał Harbert.
— W samej rzeczy — odparł Pencroff — i to zaciekle szczeka nasz chwacki pies!
— Mamy przy sobie oszczepy — rzekł Cyrus Smith. — Baczność więc, i dalej naprzód!
— To coraz bardziej zajmujące zdarzenie, szepnął Gedeon Spilett do ucha marynarzowi, który kiwnął potakująco głową.
Cyrus Smith z towarzyszami swoimi rzucili się więc na pomoc psu. Szczekanie Topa stawało się coraz wyraźniejszem. W ucinanym jego głosie znać było jakąś niezwyczajną wściekłość. Może borykał się z jakim zwierzem, którego wypłoszył z kryjówki? Niepohamowana ciekawość opanowała osadników naszych, tak że zapomnieli zupełnie o niebezpieczeństwie, na jakie się narażali. Już nie chodzili, lecz formalnie ześlizgiwali się po stokach kanału i w kilka minut później, sześćdziesiąt stóp niżej dotarli do miejsca, gdzie znajdował się Top.
Tu kurytarz rozszerzał się nagle i tworzył obszerną, wspaniałą pieczarę. Po niej wzdłuż i wszerz biegał Top, szczekając zajadle. Pencroff i Nab, skłoniwszy w dół pochodnie oblali chropowate ściany granitowe szerokiemi strugami światła, a podczas tego Cyrus Smith, Gedeon Spilett i Harbert z najeżonemi oszczepami stali w pogotowiu na wszelki wypadek.
Olbrzymia ta pieczara była jednak całkiem pustą. Osadnicy przeszukali ją jak najstaranniej wzdłuż i wszerz. Nie było w niej nic, ani zwierza żadnego, ani żadnej żywej istoty! A jednak Top nie przestawał szczekać i ani prośby ani groźby nie zdołały go uciszyć.
— Musi tu być gdzieś szczelina lub otwór, przez który woda odpływała do morza — rzekł inżynier.
— W samej rzeczy — odparł Pencroff — strzeżmy się, by który z nas nie wpadł do niego.
— Poszukaj, Top, poszukaj! — zawołał Cyrus Smith.
Pies zachęcony temi słowami swego pana pobiegł na sam koniec pieczary i tu począł szczekać z podwójną zapalczywością.
Pospieszywszy za nim, ujrzeli w tem miejscu przy świetle pochodni otwór formalnej studni wydrążonej w granicie: Oczywiście tędy odpływała woda do morza, lecz nie był to już kurytarz skośny, po którym możnaby stąpać, lecz prostopadła studnia, w którą zapuszczać się było niepodobieństwem.
Nachylono pochodnie nad otworem, lecz nie można było niczego dostrzedz. Cyrus Smith odłamał palącą się gałązkę i rzucił ją w tę przepaść. Żywica, w skutek chyżości swego lotu jaśniejszym jeszcze buchnęła płomieniem i oświeciła wnętrze studni, mimo to nie było jeszcze nic widać. Wreszcie zagasł płomień z lekkim sykiem, co świadczyło, że gałęź wpadła do wody t. j. że dosięgła poziomu morza.
Inżynier obliczywszy czas jej spadania, oznaczył w przybliżeniu głębokość studni na dziewięćdziesiąt stóp.
Z tego wynikało, że jaskinia, w której się znajdowali, położoną była dziewięćdziesiąt stóp po nad poziomem morza.
— Oto nasze mieszkanie, rzekł Cyrus Smith.
— Lecz zamieszkiwało je przedtem jakieś stworzenie, odparł Gedeon Spilett, którego ciekawość nie była jeszcze zaspokojoną.
— Jakiebądź to było stworzenie, odparł inżynier, dość że umknęło tym otworem i ustąpiło nam miejsca.
— Bądź co bądź, dodał marynarz, chciałbym był przed kwadransem siedzieć w skórze Topa, boć wreszcie bez przyczyny pewnie nie szczekał!
Cyrus Smith spoglądał na psa i gdyby w tej chwili który z towarzyszy jego stał był bliżej niego, byłby usłyszał, jak mruknął pod nosem te słowa:
— Wierzę, że Top nie jedną rzecz lepiej wie od nas!
Życzenia osadników zostały zatem w znacznej części spełnione. Szczęśliwy traf wespół z cudownym sprytem ich naczelnika oddał im ważną przysługę. Oto znajdowali się teraz w posiadaniu obszernej jaskini, której wszystkich właściwości przy słabem świetle pochodni nie byli jeszcze w stanie ocenić, lecz zapewne nie trudno byłoby podzielić ją na izby za pomocą przegródek z cegieł, i przysposobić ją jeśli już nie na porządny dom, to przynajmniej na obszerne mieszkanie. Woda opuściła ją i nie mogła więcej powrócić. Miejsce to zatem było wolne.
Pozostawały tylko do usunięcia dwie trudności; pierwszą z nich stanowiło oświetlenie tej pieczary wydrążonej wśród jednolitej masy granitowej, drugą zaś ułatwienie do niej przystępu. Co się tyczy oświetlenia, nie podobna było wpuścić go z góry, gdyż sklepienie granitu było w tem miejscu niesłychanej grubości, natomiast dałoby się może przewiercić przednią ścianę wychodzącą na morze. Cyrus Smith który obliczył w przybliżeniu pochyłość a zatem i długość kanału, posiadał ugruntowane przeświadczenie, że przednia część granitowej ściany nie musiała być zbyt grubą. Z kwestją oświetlenia rozwiązaną była by tym sposobem także kwestja ułatwienia przystępu do jaskini, przewierciwszy bowiem okna, równie łatwo dałyby się także przewiercić drzwi i urządzić do nich z zewnątrz drabinę.
Cyrus Smith udzielił tych swoich pomysłów towarzyszom.
— A zatem, mości Cyrus, do dzieła! zawołał Pencroff. Ja moim kilofem potrafię przedziurawić ten granit. Gdzie trza szturmować?
— Tu, odparł inżynier, wskazując dzielnemu marynarzowi dość znaczną wklęsłość w granicie, która musiała zapewne zmniejszać jeszcze jego grubość.
Pencroff przypuścił atak do skały i przez pół godziny pracował przy świetle pochodni tak, że trzaski granitu dokoła leciały. Skała pod ciosami kilofa sypała skry. Na przemian z nim pracował także Nab a po Nabie Gedeon Spilett.
Robota ta trwała już dwie godziny, i to poczęło już wzbudzać w nich obawę, czyli grubość skały w tem miejscu nie przewyższa długości kilofa. Gdy wtem za ostatnim razem wymierzonym przez Gedeona Spiletta, narzędzie przewierciło na wskróś ścianę i przeleciało na drugi jej bok.
— Hurra! i jeszcze raz hurra! zawołał Pencroff.
Grubość muru wynosiła w tem miejscu tylko trzy stopy.
Cyrus Smith przytknął oko do otworu położonego dziewięćdziesiąt stóp ponad ziemią. Przed nim rozpościerały się krawędzie wybrzeża, wysepka a dalej za nią nieskończony ocean.
Lecz przez ten otwór dość szeroki, skała bowiem rozpłatała się wcale znacznie, wpłynęła struga światła i oblewając tę wspaniałą pieczarę stworzyła widok czarodziejski! Podczas gdy lewa jej strona nie posiadała więcej jak trzydzieści stóp wysokości i szerokości przy stu długości, natomiast prawa jej strona była rozmiarów olbrzymich a sklepienie jej wznosiło się dziewięćdziesiąt stóp wysoko. Tu i ówdzie porozstawiane filary podtrzymywały zagięcia sklepień niby w nawie katedralnej. Sklepienie to sparte na oporach, tu zniżając się kabłąkiem, ówdzie strzelając w górę gałęziami arkad, to znów gubiąc się w ciemnych krużgankach których fantastyczne łuki majaczyły w cieniu, ozdobione licznemi gzymsami tworzącemi tyleż wiszących ornamentów, sklepienie to stanowiło dziwnie malowniczą mięszaninę wszystkiego, co architektura byzantyńska, romańska i gotycka wytworzyła pod zaklęciem ręki ludzkiej! A jednak tu znać było tylko dłoń samej natury! Ona to wykuła w tych granitowych masach tę czarodziejską Alhambrę!
Osadnicy nasi osłupieli z zachwytu. Tam gdzie spodziewali się znaleźć wąską ciasną czeluść, znaleźli pałac czarowny, a Nab odkrył głowę, jakgdyby ujrzał się nagle w świątyni!
Okrzyki podziwienia wydarły się z ust wszystkich. Kilkakrotne hurra zagrzmiało i rozprysłszy się w echach skonało aż w głębi ponurej nawy.
— Przyjaciele moi! zawołał Cyrus Smith, oświetliwszy dostatecznie wnętrze tego gmachu, podzieliwszy jedną część jego na izby mieszkalne magazyny i spichrze, pozostanie nam jeszcze ta wspaniała grota, którą przeznaczymy na salę naukową i muzeum.
— A jakżeż ją nazwiemy? zapytał Harbert.
— Nazwiemy ją Pałacem Granitowym (Granit-house), odparł Cyrus Smith, a towarzysze jego powitali tę nazwę nowemi okrzykami tryumfu.
Pochodnie w tej chwili dopalały się, a ponieważ, ażeby się dostać na szczyt terasy, trzeba było przechodzić z powrotem przez kanał, postanowili więc odłożyć na następny dzień pracę około urządzenia nowego mieszkania.
Na odchodnem pochylił się Cyrus Smith raz jeszcze nad otworem ciemnej studni, która sięgała prostopadle aż do poziomu morza. Przysłuchiwał się z wielką uwagą. Nie słyszał jednak żadnego szelestu, nawet szmeru fal które wzburzone morze musiało rozkołysać czasem w tych głębinach. Wrzucił jeszcze jedną palącą się gałązkę. Ściany studni oświeciły się na chwilę, ale nie więcej jak za pierwszym razem nie dostrzegł w niej nic podejrzanego. Jeśli jaki potwór morski został tu znienacka zaskoczonym przez odpływ wody, musiał już zapewne schronić się do morza podziemnym kanałem ciągnącym się po pod wybrzeżem, którym odpływała woda z jeziora, zanim nową otworzono jej szluzę.
Inżynier tymczasem stał nieruchomy, z wytężonym słuchem, z wlepionem w otchłań okiem, nie mówiąc ani słowa.
Marynarz zbliżył się do niego i dotykając jego ramienia rzekł:
— Panie Smith!
— Czego sobie życzysz, mój przyjacielu? odparł inżynier, jakgdyby duch jego powrócił dopiero z krainy marzeń.
— Pochodnie niebawem pogasną.
— A więc w drogę! odparł Cyrus Smith.
Mały nasz orszak opuścił pieczarę i począł wspinać się w górę ciemnym kurytarzem. Top zamykał pochód, warcząc jeszcze od czasu do czasu. Droga była dość uciążliwą. Osadnicy zatrzymali się chwilkę w górnej pieczarze, która tworzyła rodzaj przedsionka w samej połowie tego długiego szeregu granitowych schodów. Poczem ruszyli dalej.
Wkrótce owiało ich świeże powietrze. Kropelki wody osuszone przez waporyzację nie błyszczały więcej po ścianach. Zakopcone światło pochodni bladło coraz bardziej. Pochodnia, którą niósł Nab zagasła zupełnie, i nie chcąc błądzić wśród grubych ciemności, trzeba się było spieszyć.
To też właśnie uczyniono, i przed samą prawie czwartą, w chwili gdy z koleji zagasła pochodnia marynarza, Cyrus Smith z towarzyszami swoimi stanęli u otworu odpływowego kanału.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.