Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.

Pewnej niedzieli, nad wysokim, skalistym brzegiem Tagu, w dzielnicy, zaczynającej się tuż za mostem San Martin, wolnym krokiem szło dwoje ludzi, w milczeniu i zachwycie przyglądających się krajobrazowi. Ciemnozielona rzeka wartkim potokiem pieniła się, ściśnięta pośród zwisających, spękanych skał, które urywały się nagle na przeciwległym brzegu i odsłaniały piękny widok na zielono-złocistą równinę, na wioskę o czerwonych dachach i strzelistej dzwonnicy kościoła, na ciemne plamy sadów i wężową linję szosy.
Na lewo, tuż-tuż ponad Tagiem zwisały oparte na słupach tarasy, oszklone lub osłonięte żaluzjami i firankami. Należały one do małych, starych domków, o zczerniałych drzwiach cedrowych, ozdobionych kutemi sztabami i łbami potężnych, cyzelowanych gwoździ żelaznych i mosiężnych; w wąskich oknach widniały misternie powyginane kraty, nad wejściem tam i sam przechował się jeszcze napis arabski: La Illah Illa, Allah, Allah Akbar i sztywna dłoń córy Mahometa — Fathmy. Z poza żaluzyj wyglądały i natychmiast się kryły kobiety — czasem stare, brzydkie i pomarszczone, częściej — młode i tryskające życiem, o oczach marzących, ciemnych, dziwnie zamglonych, o wargach grubych, o skórze, jakgdyby tonącej w zmierzchu i rozświetlanej bielą zębów. Leniwym ruchem uchylały rąbek trzcinowych lub płóciennych firanek i bacznie, pytająco zatrzymywały wzrok na przechodniach.
Na wąskie pasmo nadbrzeża, zacienionego rozłożystemi kasztanami, wybiegały kręte uliczki, zygzakowato załamane, pokrzyżowane, pnące się ku górzystemu ośrodkowi miasta.
Jeden z przechadzających się — wysoki, chudy mnich franciszkański, o twarzy prawie czarnej, pooranej ospą, o włosach kędzierzawych, roześmiał się cicho i zawołał:
— Nie mogę wyjść z podziwu, zwiedzając Toledo! Spójrz-no, bracie, na te domki! Pozostawili je po sobie Arabowie. Spotkałem ślady ich na całem południu Hiszpanji — w Grenadzie, Sewilli, Kordobie, gdzie panowali potężni i okrutni kalifowie... Wieki minione nie zatarły tych śladów!
— O! Nietylko w tem jednem przechowało się tu wspomnienie o Maurach! — odparł drugi — zgrabny, wiotki mulat w mundurze wychowanka szkoły wojennej. — Niech brat Pablo przyjrzy się toledankom. Wszak są to arabki, z typu i z obyczajów nawpół haremowych.
— Zapewne! — potwierdził mnich. — Teofil Gautier napisał gdzieś, że Toledo — to „coś z klasztoru, więzienia, twierdzy, a coś z haremu“.
Umilkli i szli dalej. Przechodzące kobiety, błyskając oczami, oglądały się za nimi i bez powodu wzdychały. Niektóre podbiegały do zakonnika, prosząc o błogosławieństwo, lecz jednocześnie ostrym i pożądliwym wzrokiem wpatrując się w piękną twarz mulata w wojskowym mundurze.
— Jeden z moich znajomych, człowiek mądry, chociaż nieco cyniczny, wypowiedział mi pewnego razu ciekawą myśl... — rzekł nagle młody mulat i, spojrzawszy na brata Pablo, ciągnął dalej. — W Hiszpanji utrzymuje się pogardliwy stosunek do ludzi o mieszanej krwi...
— A tak! — zgodził się mnich. — Daje się to odczuć nawet w życiu klasztornem. Mulat lub murzyn — zakonnik nie może zajmować odpowiedzialnego stanowiska i zostać, naprzykład, przeorem. Takiego wypadku nie było jeszcze dotąd!
— O tem nie wiedziałem! — zawołał rozdrażnionym głosem wojskowy. — Jeżeli zjawisko to w świeckiem życiu przeczy poczuciu sprawiedliwości, to dla zgromadzeń duchownych staje się wprost obrazą nauki chrześcijańskiej!...
— Mój drogi Enriko! — odparł spokojnym głosem mnich. — Nie złorzecz i nie oburzaj się, gdyż nie znasz wyroków bożych. Chociaż jesteś słynnym pisarzem i nosisz głośne nazwisko Kastellar, nie waż się rozsądzać spraw boskiego przeznaczenia!
— A ty, bracie Pablo, czy znasz wyroki Nieba? — zapytał szyderczo Enriko Kastellar.
— I tak, i nie! Mówię wyłącznie o tym wypadku — odpowiedział franciszkanin. — Bóg chce, aby istnieli ciemiężcy i uciemiężeni, potężni i poniżeni. Ofiarami muszą być ludzie o kolorowej skórze, bo inni się nie dadzą... Jaki jest cel takiego przeznaczenia naszego — nie wiem!
— Jesteś niewolnikiem! — oburzył się Enriko. — Przeczytaj historję nowych czasów! Cała ludzkość marzy o wolności, równości i braterstwie...
— Ha! Marzyć można o skrzydłach i zamkach — olbrzymich, jak wasz Alkazar, a zbudowanych na lodzie — uśmiechnął się brat Pablo. — Ludzkość marzy, lecz nic nie czyni dla urzeczywistnienia marzeń. Przeciwnie! Każdy naród dąży do potęgi i bogactwa, aby przygnębić i podbić sąsiadów... Wierzaj mi, że nam — mulatom lepiej jest z tem poniżeniem, bo nikt już przynajmniej nie ostrzy na nas kłów! Pismo Święte poucza, że „Ostatni będą pierwszymi“. Nie wiem, czy stosuje się to do nas, czarnych i półczarnych ludzi, lecz, bądź co bądź, nadzieja istnieje...
Do franciszkanina podbiegła młoda dziewczyna — śniada, prawie bronzowa, o oczach bezmyślnie namiętnych. Pochylając się i całując go w rękaw habitu, zerknęła ku młodzieńcowi i szepnęła:
— Dziś wieczorem nad Tagiem koło Perilli... w grocie... czekać będę na caballero... O, piękny caballero!
Enriko nic nie odpowiedział. Dopiero po długiem milczeniu, gdy dziewczyna zniknęła na zakręcie uliczki Vachora, mówić zaczął:
— Czytałem, że kalifowie Omajadzi ubiegali się o białe żony. Niektórzy ich wasalowie hiszpańscy zmuszeni byli oddawać Maurom swoje córki. Uważali je potem za umarłe i opłakiwali, lecz, gdy one powracały z haremów i rodziły mieszańców, ojcowie i bracia ich godzili się z tem, i oto — mamy toledanki, senory z Sevilli i Grenady o czarnych oczach arabskich i przygrubych, ciemnych wargach sudańskich. Nikt nie pogardza niemi i nikt nie waży się poniżać ich za krew mieszaną. Hiszpanja nie zapomniała ciężkiej ręki arabskich władców. My zato jesteśmy niżsi, godniejsi pogardy, bo nas można kopnąć bezkarnie, jak psy tchórzliwe i bezpańskie!
— No, ty, amigo, nie możesz się zbytnio uskarżać! — zaprzeczył franciszkanin. — Wiem, przecież, że jesteś oczkiem w głowie generała — naczelnika szkoły, a i ta głupiutka senorita przed chwilą... Cha-cha-cha!
— Ach! — machnąwszy niedbale ręką i pogardliwie wydymając usta, odparł Enriko. — Swoją wyjątkową sytuację w szkole zawdzięczam memu „tajnemu“ ojcu — jeszcze ważniejszemu generałowi, który broni osoby króla przed zamachowcami...
— Ja ci powiadam, że, pochodząc od niegodziwego Chama, zasłużyliśmy na życie w poniżeniu — mówił brat Pablo, a w głosie jego było tyleż rezygnacji i pokory, ile drażniącej ironji.
— Podjudzasz mnie, mnichu! — mruknął mulat. — Ja nie znam twojej pokory i będę walczył o równość i braterstwo!
— Biedaku! — syknął zakonnik. — Poddaj się: zdław krzyk serca i milcz... milcz!
Enriko spojrzał na niego ze zdziwieniem... Brat Pablo zacisnął wargi i nie odzywał się więcej.
Doszli do mostu d’Alcantara, powrócili i uścisnęli sobie ręce na Plaza de Doce Cantos.
Mulat szybkim krokiem, salutując spotykanym oficerom, zbliżał się do potwornego i ponurego gmachu prostokątnego. Nad budową i ozdobą jego pracowali Herrera, Covarrubias i Villapando. Na lewo widniała wieża wspaniałej katedry toledańskiej, przepełnionej, bezcennemi zabytkami sztuki, przed któremi młody wychowaniec szkoły wojennej lubił spędzać długie godziny.
Już zmierzał ku bramie, gdzie w tej chwili zmieniała się warta, gdy nagle stanowczym ruchem skręcił nabok i szybko się oddalił.
Mruczał do siebie:
— Ten mnich drażni mnie!.. Nie wierzę w jego pokorę, a jednocześnie nie mogę wyczuć prawdziwych myśli jego...
Ulica Cuesta del Alcazar zbiegała nadół. Klucząc bezwiednie, doszedł do placyku Zocodaver i stanął przed piętrowym domkiem, ozdobionym wieżyczką z zegarem, biustem mężczyzny w staroświeckim stroju i tablicą, na której widniał złocony napis: „Meson del Sevillano“. Tu mieszkał niegdyś nieśmiertelny twórca Don Kiszota.
Enriko wszedł na małe „patio“ — podwórko, otoczone werandami, ocienione starem, rozłożystem drzewem i szpalerami wina.
Znał ten domek swego mistrza i opiekuna. Sto razy oglądał tu każdy sprzęt, przechowywany w małych, słonecznych izdebkach, o niskich pułapach i wąskich okienkach. Teraz nie wchodził do wnętrza. Usiadł na ławce i, patrząc na opasłego pająka, splatającego sieć wśród koralowych liści wina, zamyślił się głęboko.
W tem miejscu ogarniała go zawsze tęsknota niewytłumaczona.
Czuł się bardzo smutnym, może dlatego, że duch Cervantesa nie nawiedzał go tu. Był mu znacznie bliższy w małym pokoiku studenckim na Calle de la Luna, gdzie za ścianą bez przerwy mruczała do siebie gderliwa donna Marja.
W Toledo natomiast ani razu nie odczuł obecności „Alonso Dobrego“.
Coprawda, genjalny pisarz nie miał już poco przychodzić do niego, wychowanka szkoły wojennej. Enriko oddawna już porzucił pracę nad nową powieścią. Brakowało mu wolnego czasu. Za wstawiennictwem don Dominika Kastellar, pozwolono mu przejść w ciągu roku dwa kursy szkoły, aby jak najrychlej dostał patent oficerski. Taka forsowna praca wymagała dużego wysiłku, co pochłaniało mu prawie cały dzień. Ćwiczenia wojskowe na placu nużyły go i zabierały mu resztę czasu.
Przez te sześć miesięcy, spędzonych w Toledo, nie wpisał ani jednego wiersza do zeszytu z rozpoczętą powieścią, której napróżno wyglądał stary don Jeronimo Atocha.
Siedząc na „patio“ domku mistrza, Enriko porał się z gorzkiemi myślami.
Chwilami wydawało mu się, że popełnił błąd nie do naprawienia, a przekreślający całe jego życie. Obecnie istniał z procentów szybko zdobytej, a już przemijającej sławy. „Świt czy zmierzch?“ w wydaniu książkowem cieszył się powodzeniem, więc nazwisko autora nie schodziło z łamów pism. Oczekiwano od niego nowego utworu, a tymczasem Enriko Kastellar studjował strategję, balistykę, chemję, maszerował pod dźwięki orkiestry wojskowej, tkwił na warcie, strzelał do drewnianych figur, na pamięć kuł wszystkie daty i imiona z historji wojen hiszpańskich i nad program — uczęszczał na kursy lotnicze.
Przypomniał sobie dzień opuszczenia szkoły kolonjalnej.
Koledzy, ze źle ukrytą radością powitali jego decyzję zmiany zawodu, cieszyli się, że schodzi im z drogi najzdolniejszy konkurent. Profesorowie kiwali głowami i zdumiewali się, a „minister“ wprost powiedział, że Enriko popełnia szaleństwo, za które drogo zapłaci. Don Atocha, dowiedziawszy się o zamiarze wyjazdu do Toledo, zerwał się z fotela redakcyjnego i niemal z pięściami rzucił się na młodego mulata.
— Za miskę soczewicy marnej oddajesz świetną karjerę pisarza?! — piszczał ze zgrozą. — Pociągnęły ciebie, niby srokę, błyskotki, cały ten blichtr wojskowy: lampasy, szlify, akselbanty, guziczki, pętelki. Tfu! Za błazeństwo oddać natchnienie, talent? Nie spodziewałem się tego po tobie, Enriko Kastellar!
Mówił to z takiem oburzeniem, że aż spociła mu się żółta czaszka i zaszkliły się łzami oczy.
Enriko przypomniał sobie radę donny Inezy de Mena, aby nie zbaczać z „drogi bogów“, gdyż zdolność do natchnienia i wzlotów czynią człowieka posiadaczem nieba.
Zgadzał się z tem wszystkiem, lecz mimo to nie usłuchał przyjaciół, porzucił drogę, zdobytą przez siebie, i wstąpił na inną — jakżeż odmienną i obcą mu!
— A wszakże pójdę nią i muszę dojść wreszcie do celu! — szepnął przez zaciśnięte zęby.
— Do jakiego celu? — syknęło gdzieś głęboko w mózgu urągliwe pytanie.
Nie znalazł narazie odpowiedzi. Miał bowiem dwa cele, stopione w jeden, ogromny, buchający ogniem i ze szczytu zaobłocznego wołający go ku sobie.
Ogień ten, coprawda, znacznie przygasnął i coraz słabiej go podniecał. Nastąpiła w nim bowiem gwałtowna zmiana po pewnym wypadku, o którym starał się nie myśleć, chociaż czuł zadaną sobie ranę i stracił zdolność do wesołości i wybuchów młodzieńczej nadziei. Świt przeminął tak straszliwie szybko, południa — promiennego, życiodajnego południa — nie zaznał wcale i oto — nastąpił zmierzch.
Zdarzyło się to przed pół rokiem, gdy został przyjęty do oficerskiej szkoły toledańskiej.
Napisał wtedy list do Lizy. Nie kryjąc się już bynajmniej, opisał jej swoją wizytę u ojca, jego plan i swoje nadzieje, o nic jednak nie prosząc i ani słówkiem nie wspominając o swej miłości (bo przecież czytała jego powieść!), i skierował list na ręce senority Lizy Floridablanca, do pałacu gubernatorskiego. Z biciem serca i niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi, lecz mijał już szósty miesiąc, wiadomość od Lizy nie nadchodziła. Oddawna zrozumiał, że nadzieja jego była płonną. Pogodził się z tem, lecz trapiła go w dzień i w nocy myśl, dlaczego tak się stało? Czyżby jego list nie doszedł? Może gubernator przyłapał go i zniszczył? A może?... Enriko ściskał sobie głowę gorącemi dłońmi i syczał z bólu i rozpaczy, bo dręczyło go podejrzenie, że Liza sama nie chciała odpisać przyjacielowi z lat dziecinnych.
Dopuścił się nawet szyderstwa, bo jątrzył swoją ranę, szepcąc:
— Cóż z tego, że senorita płakała na twojej piersi, mulacie, że zaglądała w twoje oczy murzyńskie, że całowała ciebie, cętkowany bękarcie?! Cóż z tego, głupcze?! Przecież ani na piersi jej, ani w szafirowych oczach, ani na ustach nie pozostawiłeś czarnych śladów?! Nikt nie wie, że córka granda hiszpańskiego ma hańbiącą plamę na „honorze“, zniżywszy się do ciebie, „człowieku w paski i kratki!“
W takich chwilach zaciskał sobie gardło i usta, aby nie złorzeczyć, nie bluźnić, nie wyć...
Wielki, promienny cel przygasł i rozpadł się na dwie połowy, jak pień niebotycznego drzewa, rozszczepiony ciosem piorunu. Pozostał jedynie zamiar stać się równym społeczeństwu, pogardzającemu kolorową skórą i ukrytą pod nią istotą „bliźniego“, którego Chrystus kazał „miłować, jak siebie samego“.
Cel ten stracił dla mulata cały swój urok, zachował tylko znaczenie dowodu wytrwałości w dokonaniu postanowienia.
Rozgoryczenie zatruwało mu życie. Nie ufał nikomu, nikogo nie lubił i nie obdarzał przyjaźnią ani szczerością. Stał się skryty, milczący i obraźliwy nadmiernie.
W szkole wybił się odrazu, jak zawsze, na pierwsze miejsce. Stał się dumą i chlubą szkoły. Pokazywano go na ulicy, podziwiano jego wybitne zdolności i niezrównaną siłę pamięci. Mogło to być szczere uznanie, lecz Enriko uśmiechał się złośliwie i myślał, że dzieje się to z innych powodów. Wpływowy w sferach dworskich generał Kastellar de l’Alkudia w razie potrzeby potrafiłby upomnieć się o swego „chrzestnego syna“, a nawet zaszkodzić naczelnikowi szkoły, każdemu z profesorów i wychowanków. Don Dominiko, tak nagle zmieniający swój stosunek do syna murzynki z nad Elaro, uczynił to nie z pobudek poruszonego sumienia, lecz przerażony możliwością skandalu, sławą swego bękarta i wyczuwaną w grzecznych pytaniach starego Atocha pogróżką.
— Dusza usiadła na ramieniu bohaterskiego generała — stąd cała ta uprzejmość, łaskawa protekcja, słówka zdawkowo-serdeczne, obłudne westchnienia! — myślał Enriko z pogardą.
Tak długo i głęboko nienawidził kapitana Kastellara, spędzającego noce w trzcinowej chatce nad mętną rzeczułką w dalekiej kolonji afrykańskiej, tak straszliwie pogardzał czerwonym, brutalnym kapitanem Kastellarem, który potrafił poniżyć się aż do pobicia swego małego, ciemnoskórego syna, że nie miał już ani odrobiny cieplejszego uczucia, a nawet wdzięczności dla wspaniałego, potężnego generała gwardji królewskiej. Jad nienawiści zatruwał i toczył serce mulata.
Enriko wstał i, nie oglądając się na siedzibę Cervantesa, gdzie, być może, mistrz dumał niegdyś nad losem zbłąkanego w labiryncie życiowym Alonso el Bueno, wyszedł na plac.
Błąkał się długo po wąskich, krętych uliczkach, zajrzał do ciemnej, niby szczelina skalna, Calle San Juan de Dios i zatrzymał się tu, uderzony rażącym kontrastem. W końcu mrocznego zaułka bił w oczy oświetlony słońcem biały domek del Greco, tajemniczego malarza, alchemika, i czarodzieja. Enriko znalazł się wkrótce koło Puerta de Visagra, ominął dzielnicę szpitalną i ujrzał małą świątynię ze starożytną absydą i z grubo wyciosaną statuą świętej, z mosiężnym wieńcem nad głową.
Nigdy tu nie był jeszcze.
Wszedł do ciemnej nawy kościelnej. Staruchy śpiewały pieśni pobożne. Organista stroił organy. Kościelny — kulawy staruszek zamiatał posadzkę.
Nagle ktoś dotknął ramienia mulata. Obejrzał się. Stał przy nim brat Pablo. Na ospowatej twarzy błyskały czarne, przenikliwe oczy, usta drgały zlekka, jakgdyby wstrzymując uśmiech grzeszny w miejscu poświęconem.
— Dobrze, żeś przyszedł tu, amigo! — szepnął. — W tych murach podwakroć stał się niegdyś cud. Święta Leokadja, męczennica, zjawiła się tu przed św. Ildefonsem, królem i jego otoczeniem... A teraz przejdźmy dalej...
Doszli do wielkiego ołtarza i uklękli.
Enriko ujrzał krucyfiks, z dużą figurą Chrystusa. Rzeźba z pomalowanego drzewa wyrażała wielkie cierpienie i nędzę ostatnich chwil zgonu.
Dziwne wrażenie wywierała postać Ukrzyżowanego. Wyczerpane, znękane męką ciało bezwładnie zwisało z czarnego krzyża, zmurszałego, stoczonego przez robaki. Zastygła z bólu twarz Zbawiciela, ze spadającemi na czoło czarnemi, gęstemi włosami ludzkiemi, połyskującemi żywym blaskiem, pochyloną była ku ziemi. Wyraziste, chociaż gasnące już oczy patrzyły z pod opuszczonych, nabrzmiałych powiek na kogoś niewidzialnego, a prawa ręka, oderwana od krzyża, ciągnęła się ku niemu ruchem rozpaczliwego wysiłku i bezmiernej dobroci.
— Chrystus de la Vega... — szepnął brat Pablo. — Przed wiekami, cudowna figura Syna Marji opuściła rękę, przybitą do krzyża, potwierdzając tem prawdę, o którą w trosce serdecznej pogrążeni ludzie prosili Zbawiciela.
— Chrystus de la Vega!... — powtórzył mulat, przypominając sobie wzruszającą legendę toledańską o rycerzu wątpiącym i dziewicy, niewinnie posądzonej.
— Tak... Jezus, potwierdzający prawdę... Jeżeli dręczy ciebie, synu, zwątpienie, że błądzisz w dążeniu do własnego wyzwolenia, zapominając o braciach cierpiących i uciemiężonych, — zapytaj o to Chrystusa de la Vega... On cię oświeci... dopomoże...
Enriko drgnął. Wpił oczy w oblicze Umęczonego. Wydało mu się surowem i jeszcze bardziej bolesnem. Nie śmiał o nic pytać ukrzyżowanego Syna Marji...
Syn murzynki Beliry i mnich-mulat wyszli razem z kościoła. Nie mówili nic do siebie i rozstali się przed długim, niskim budynkiem.
Enrikowi ciążyła obecność franciszkanina, czuł na sobie jego badawczy, przenikliwy wzrok i rozumiał, że mnich z trudem powstrzymuje się od jakichś pytań niepokojących, żądających nowych, straszliwych postanowień.
— Chcę zwiedzić muzeum fabryki białej broni — mruknął młodzieniec, nie podnosząc oczu na zakonnika.
Ten skinął głową i skręcił w ciemną uliczkę.
Nic prawie nie widząc, Enriko stawał przed witrynami, gdzie sławne niegdyś warsztaty toledańskiej zbrojowni zgromadziły wspaniałe klingi szpad, sztyletów i szabel, różne cacka i drobiazgi ze stali, ozdobionej misternym rysunkiem snycerskim, słuchał objaśnień dozorcy i czuł coraz większe rozgoryczenie i nieustępujący niepokój.
— Drażni mnie ten mnich!... — uświadomił sobie raz jeszcze.
Wcisnąwszy w chciwą dłoń sługi drobny datek, opuścił fabrykę i szybko szedł w stronę Alkazaru, patrząc w ziemię nieruchomym wzrokiem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.