Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i zostać, naprzykład, przeorem. Takiego wypadku nie było jeszcze dotąd!
— O tem nie wiedziałem! — zawołał rozdrażnionym głosem wojskowy. — Jeżeli zjawisko to w świeckiem życiu przeczy poczuciu sprawiedliwości, to dla zgromadzeń duchownych staje się wprost obrazą nauki chrześcijańskiej!...
— Mój drogi Enriko! — odparł spokojnym głosem mnich. — Nie złorzecz i nie oburzaj się, gdyż nie znasz wyroków bożych. Chociaż jesteś słynnym pisarzem i nosisz głośne nazwisko Kastellar, nie waż się rozsądzać spraw boskiego przeznaczenia!
— A ty, bracie Pablo, czy znasz wyroki Nieba? — zapytał szyderczo Enriko Kastellar.
— I tak, i nie! Mówię wyłącznie o tym wypadku — odpowiedział franciszkanin. — Bóg chce, aby istnieli ciemiężcy i uciemiężeni, potężni i poniżeni. Ofiarami muszą być ludzie o kolorowej skórze, bo inni się nie dadzą... Jaki jest cel takiego przeznaczenia naszego — nie wiem!
— Jesteś niewolnikiem! — oburzył się Enriko. — Przeczytaj historję nowych czasów! Cała ludzkość marzy o wolności, równości i braterstwie...
— Ha! Marzyć można o skrzydłach i zamkach — olbrzymich, jak wasz Alkazar, a zbudowanych na lodzie — uśmiechnął się brat Pablo. — Ludzkość marzy, lecz nic nie czyni dla urzeczywistnienia marzeń. Przeciwnie! Każdy naród dąży do potęgi i bogactwa, aby przygnębić i podbić sąsiadów... Wierzaj mi, że nam — mulatom lepiej jest z tem poniżeniem, bo nikt już przynajmniej nie ostrzy na nas kłów! Pismo Święte poucza, że „Ostatni będą pierwszymi“. Nie wiem, czy stosuje się to do nas, czarnych i półczarnych ludzi, lecz, bądź co bądź, nadzieja istnieje...