Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Podjudzasz mnie, mnichu! — mruknął mulat. — Ja nie znam twojej pokory i będę walczył o równość i braterstwo!
— Biedaku! — syknął zakonnik. — Poddaj się: zdław krzyk serca i milcz... milcz!
Enriko spojrzał na niego ze zdziwieniem... Brat Pablo zacisnął wargi i nie odzywał się więcej.
Doszli do mostu d’Alcantara, powrócili i uścisnęli sobie ręce na Plaza de Doce Cantos.
Mulat szybkim krokiem, salutując spotykanym oficerom, zbliżał się do potwornego i ponurego gmachu prostokątnego. Nad budową i ozdobą jego pracowali Herrera, Covarrubias i Villapando. Na lewo widniała wieża wspaniałej katedry toledańskiej, przepełnionej, bezcennemi zabytkami sztuki, przed któremi młody wychowaniec szkoły wojennej lubił spędzać długie godziny.
Już zmierzał ku bramie, gdzie w tej chwili zmieniała się warta, gdy nagle stanowczym ruchem skręcił nabok i szybko się oddalił.
Mruczał do siebie:
— Ten mnich drażni mnie!.. Nie wierzę w jego pokorę, a jednocześnie nie mogę wyczuć prawdziwych myśli jego...
Ulica Cuesta del Alcazar zbiegała nadół. Klucząc bezwiednie, doszedł do placyku Zocodaver i stanął przed piętrowym domkiem, ozdobionym wieżyczką z zegarem, biustem mężczyzny w staroświeckim stroju i tablicą, na której widniał złocony napis: „Meson del Sevillano“. Tu mieszkał niegdyś nieśmiertelny twórca Don Kiszota.
Enriko wszedł na małe „patio“ — podwórko, otoczone werandami, ocienione starem, rozłożystem drzewem i szpalerami wina.