Szkice węglem (1884)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Szkice węglem
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
V.

W którym poznajemy ciało prawodawcze Baraniéj-Głowy i głównych jego przywódzców.

Nazajutrz było posiedzenie sądu gminnego. Ławnicy poschodzili się z całéj gminy, z wyjątkiem panów, alias szlachty, z któréj jakkolwiek kilku w powiecie było ławnikami, ale tych kilku, nie chcąc różnić się od ogółu, trzymało się polityki angielskiéj, to jest zasady nieinterwencyi, tak zachwalanéj przez znakomitego męża stanu Johna Bright. Nie wyłączało to jednak pośredniego wpływu „intelligencyi“ na losy gminne. Jeśli bowiem ktoś z „intelligencyi“ miał sprawę wówczas w wigilią posiedzenia zapraszał pana Zołzikiewicza do siebie; przynoszono następnie do pokoju przedstawiciela intelligencyi wódeczkę podawano cygaro i wtedy obgadywała się rzecz z łatwością potem następował obiad na który zapraszano pana Zołzikiewicza uprzejmemi słowami: „Ano siadaj, panie Zołzikiewicz! siadaj!“
Pan Zołzikiewicz téż siadał, a na drugi dzień mawiał niedbale do wójta: „Byłem wczoraj na obiedzie u Miedziszewskich, Skorabiewskich lub Ościeszyńskich. Hm! córka w domu jest: rozumiem co to znaczy!“ Przy obiedzie zaś pan Zołzikiewicz starał się zachowywać dobre maniery, jeść rozmaite zagadkowe potrawy, tak jak uważał, że inni jedzą i nie okazywać przytém, jakoby ta poufałość z dworem miała go zbytecznie cieszyć.
Byłto człowiek pełen taktu, który wszędzie umiał się znaleźć; dlatego téż nietylko nie tracił w takich razach śmiałości, ale wtrącał się do rozmowy, wspominając przytem „tego poczciwego komisarza“ lub „tego wybornego sobie naczelnika,“ z którymi wczoraj lub onegdaj machnął maleńką pulkę po kopiejce punkt. Słowem starał się okazać, że jest za pan brat z pierwszemi powagami w Osłowickim powiecie. Uważał wprawdzie, że, w czasie jego opowiadań, panie dziwnie jakoś patrzyły w talerze, ale sądził, że to taka moda. Po obiedzie dziwiło go także nieraz, że szlachcic, nie czekając aż on się żegnać zacznie, klepał go w łopatkę i mówił: „No! to bywaj zdrów, panie Zołzikiewicz!“ ale znów sądził, że to w dobrych towarzystwach przyjęte. Przytém ściskając na pożegnenie rękę gospodarza domu, uczuwał w niéj zawsze coś szeleszczącego. Wówczas zginał palce i drapiąc szlachcica w dłoń, wygarniał z niéj to „coś szeleszczącego,“ nie zapominając jednak nigdy dodać: „A, panie dobrodzieju! między nami to niepotrzebne! a co do sprawy, może pan dobrodziéj być spokojny!“
Przy tak sprężystym zarządzie i przy wrodzonych talentach pana Zołzikiewicza, sprawy gminne szłyby zapewne jak najlepiéj, gdyby nie jedno nieszczęście, a mianowicie, że pan Zołzikiewicz w niektórych tylko sprawach zabierał głos i tłómaczył sądowi, jak należy ze stanowiska prawnego na rzecz się zapatrywać; resztę zaś spraw, zwłaszcza nie poprzedzonych niczém szeleszczącém, pozostawiał samodzielnemu uznaniu sądu i podczas przebiegu ich spokojnie siedział, ku wielkiemu zaniepokojeniu ławników, którzy wówczas czuli się poprostu bez głowy.
Ze szlachty, a wyrażając się ściśléj, z panów, jeden tylko pan Floss, dzierżawca Małych Postępowic, bywał początkowo, jako ławnik, na sądach gminnych i twierdził, że intelligencya powinna w nich brać udział. Ale miano mu to powszechnie za złe. Szlachta twierdziła bowiem, że pan Floss musi być „czerwony,“ czego zresztą i samo nazwisko jego: Floss, dowodziło; chłopi zaś w demokratyczném poczuciu własnéj odrębności, utrzymywali, że nie wypada siadać panu na jednéj ławie z chłopami, czego najlepszym dowodem jest, że „jensze panowie tego nie robią.“ W ogóle chłopi mieli do zarzucenia panu Flossowi to, że nie jest panem z panów, że zaś nie lubił go i pan Zołzikiewicz, bo pan Floss nie starał się niczém szeleszczącém zasłużyć na jego przyjaźń, a raz na posiedzeniu, jako ławnik, nakazał mu nawet milczenie, niechęć więc ku niemu była powszechna; skutkiem czego usłyszał pewnego pięknego poranku, wobec całéj gminy, z ust siedzącego obok ławnika, co następuje: „Alboto wielmożny pan, to pan? Pan Ościerzyński, to jest pan, pan Skorabiewski, to jest pan, a wielmożny pan, to nie pan, ino dorobiec.“ Usłyszawszy to pan Floss, który właśnie także kupił był jakoś w owym czasie Kruchą-Wolę, plunął na wszystko i gminę pozostawił gminie, tak jak w swoim czasie miasto pozostawiono miastu. Szlachta zaś mówiła: „doigrał się,“ przyczém na obronę zasady nieinterwencyi, przytaczano jedno z przysłów stanowiących mądrość narodów, które miało dowodzić, że chłopa ulepszyć nie można.
Gmina tedy, nie zakłócona udziałem „intelligencyi,“ radziła o własnych sprawach, bez pomocy powyższego pierwiastku, a za pośrednictwem tylko baraniogłowskiego rozumu, który przecież dla Baraniéj-Głowy powinien był wystarczać, na mocy téjże zasady, na mocy któréj paryzki rozum wystarcza dla Paryża. Zresztą, pewną jest rzeczą, że praktyczny rozsądek, albo inaczéj, tak zwany: „zdrowy chłopski rozum“ więcéj jest wart od każdéj obco-żywiołowéj intelligencyi, że zaś mieszkańcy kraju, z urodzenia już ów „zdrowy rozum“ na świat przynoszą, to zdaje mi się nie potrzebuje być dowodzoném.
Okazało się to także zaraz w Baraniéj-Głowie, gdy na posiedzeniu, o którem mowa, odczytano zapytanie z urzędu, czy gmina nie zechce własnym kosztem, na przestrzeni swych gruntów, naprawić gościńca wiodącego do Osłowic. Projekt ten, w ogóle, nadzwyczaj nie podobał się zgromadzonym patres conscripti, jeden zaś z miejscowych senatorów wyraził światły pogląd, że gościńca nie ma potrzeby naprawiać, bo można jeździć przez łąkę pana Skorabiewskiego. Gdyby pan Skorabiewski był obecny na posiedzeniu, byłby zapewne znalazł coś do nadmienienia przeciwko temu: pro publico bono, ale pana Skorabiewskiego nie było i on bowiem trzymał się zasady nieinterwencyi. Projekt więc byłby przeszedł niezawodnie unanimitate, gdyby nie to, że pan Zołzikiewicz był poprzedniego dnia na obiedzie, podczas którego opowiadał pannie Jadwidze scenę uduszenia dwóch generałów hiszpańskich w Madrycie, wyczytaną w „Izabeli hiszpańskiéj“ wydawnictwa pana Breslauera, po obiedzie zaś, przy uściśnięciu dłoni pana Skorabiewskiego, poczuł w ręku coś szeleszczącego. Pan pisarz tedy, zamiast zapisać poprawkę, położył pióro, co oznaczało zawsze, że pragnie głos zabrać.
— Pan pisarz chce cosik powiedzić — rozległy się głosy w zgromadzeniu.
— Ja chcę powiedzieć, żeście durnie — odpowiedział z flegmą pan pisarz.
Potęga prawdziwéj parlamentarnéj wymowy, choćby w najtreściwszéj zawarta formie, tak jest wielka, że po powyższém orędziu, oznaczającém protest przeciw poprawce i w ogóle przeciw administracyjnéj polityce ciała baraniogłowskiego, ciało wymienione poczęło spoglądać po sobie z niepokojem i drapać się w szlachetne organa myślenia, co u tego ciała było niezawodną oznaką głębszego w rzecz wnikania. Wreszcie po długiéj chwili milczenia, jeden z jego reprezentantów ozwał się tonem zapytania:
— Abo co?
— Boście durnie!
— Musi tak być! — ozwał się jeden głos.
— Łąka łąką — dodał drugi.
— A na wiosnę, to nawet bez nią nie przejechać — zakończył trzeci.
Skutkiem tego, poprawka zalecająca łąkę pana Skorabiewskiego, upadła, przyjęto projekt urzędowy i zaczął się rozkład kosztów naprawy gościńca, wedle nadesłanego kosztorysu. Sprawiedliwość do tego stopnia była już wkorzeniona w umysły ciała sprawodawczego baraniogłowskiego, że nie udało się nikomu wykręcić, z wyjątkiem samego wójta i ławnika Gomuły, którzy natomiast wzięli na siebie ciężar przypilnowania, ażeby wszystko szło jak najprędzéj.
Należy jednak wyznać, że tak bezinteresowne poświęcenie się ze strony wójta i ławnika, jak każda cnota, wychodząca poza obręb pospolitości, obudziło pewną zazdrość w innych ławnikach, a nawet wywołało jeden głos protestacyi, który ozwał się gniewliwie:
— A wy to dlaczego nie będzieta płacić?
— A cóże my to będziem darmo pieniądze dawać, kiéj tego co wy zapłacita wystarczy — powiedział na to Gomuła.
Był to argument, na który, spodziewam się, nietylko zdrowy rozsądek baraniogłowski, ale i żaden inny nie znalazłby odpowiedzi; głos zatém protestującego umilkł na chwilę, a po chwili odrzekł tonem przekonania:
— A prawda!
Sprawa całkowicie była ukończona i przystąpionoby zapewne bezzwłocznie do rozstrząsania innych, gdyby nie nagłe, a niespodziewane wtargnięcie do izby prawodawczéj, dwóch prosiąt, wpadłszy jak szalone przez niedomknięte drzwi, zaczęły bez żadnéj rozumnéj przyczyny, latać po izbie, kręcić się pod nogami i kwiczeć w niebogłosy. Oczywiście obrady zostały przerwane, ciało prawodawcze zaś rzuciło się w pogoń za intruzami i przez pewien czas deputowani z rzadką jednomyślnością powtarzali: „a syk! a ciu! ażeby was paralus!“ i tym podobne. Prosięta tymczasem zabiły się pod nogi pana Zołzikiewicza i splamiły mu jakąś zielonością drugą parę kortowych, koloru piaskowego, a która to zieloność wyprać się nie dała, choć pan Zołzikiewicz zmywał ją glicerynowém mydłem i tarł własną szczoteczką od zębów.
Dzięki jednak stanowczości i energii, która jak nigdy, tak i w tym wypadku nie opuściła przedstawicieli gminy baraniogłowskiéj, prosięta zostały pochwycone za zadnie nogi i mimo najusilniejszych protestacyi, wyrzucone za drzwi, poczém już można było przejść do porządku dziennego. Na porządku tym znajdowała się obecnie sprawa włościanina imieniem Środa, ze wzmiankowanym wyżéj panem Flossem. Zdarzyło się że woły Środy, najadłszy się w nocy koniczyny pana Flossa, nad ranem opuściły ten padół łez i nędzy, przeniósłszy się do lepszego — wołowego świata. Zrozpaczony Środa przedstawił całą tę smutną sprawę sądowi, prosząc o poratowanie i sprawiedliwość.
Sąd, wniknąwszy w głąb rzeczy, z właściwą sobie bystrością doszedł do przekonania, że choć Środa puścił umyślnie woły na pole pana Flossa, jednakże gdyby na tém polu rósł np. owies albo pszenica, nie ta zaś „gadzina“ koniczyna, woły cieszyłyby się dotychczas najlepszém i najpożądańszém zdrowiem i z pewnością nie doznałyby tych smutnych przypadłości rozdęcia, których padły ofiarą. Wychodząc z téj premissy większéj i przechodząc drogą, równie logiczną, jak ściśle prawną, do mniejszéj, sąd wniósł, że przyczyną śmierci wołów w każdym razie był nie Środa, ale pan Floss; zatém pan Floss powinien Środzie za woły zapłacić, tytułem zaś przestrogi na przyszłość, wnieść do kassy gminnéj na kancelaryą rs. 5. Summa powyższa, na wypadek gdyby obwiniony wypłaty jéj odmówił, miała być ściągniętą z jego pachciarza Icka Zwejnos.
Następnie sądzono jeszcze wiele spraw natury cywilnéj, wszystkie zaś one, o ile nie dotyczały bliżéj lub daléj genialnego Zołzikiewicza, były sądzone zupełnie samodzielnie, a przytém na wagach czystéj sprawiedliwości, zawieszonych na zdrowym baraniogłowskim rozumie. Dzięki przytém angielskiéj zasadzie nieinterwencyi, jakiéj trzymała się wspomniona już wyżéj „intelligencya,“ powszechna zgoda i jednomyślność rzadko tylko bywały zakłócane ubocznemi wzmiankami o paraliżu, przegniciu wątroby i morowéj zarazie, wypowiadanemi sobie mimochodem w kształcie życzeń, tak przez strony sporne, jak i przez samych sędziów.
Sądzę, że również dzięki téj nieocenionéj zasadzie nieinterwencyi, wszystkie sprawy mogły być rozstrzygane w ten sposób, że tak strona wygrywająca, jak i przegrywająca, wnosiły zawsze pewne kwoty, stosunkowo dość znaczne „na kancelaryą.“ Zapewniało to ubocznie tak pożądaną w instytucyach gminnych niezależność wójta i pisarza, a wprost, mogło oduczyć ludzi pieniactwa i podnieść moralność gminy Barania-Głowa do stanu, o jakim napróżno marzyli filozofowie XVIII stulecia. Godném było uwagi także i to, o czém zresztą wstrzymujemy się od wypowiedzenia pochwalnego lub nagannego zdania, że pan Zołzikiewicz zapisywał do ksiąg zawsze tylko połowę kwot przeznaczonych na kancelaryą, druga zaś półowa przeznaczona była na „nieprzewidziane wypadki,“ w jakich znaleźć się mogli pisarz, wójt i ławnik Gomuła.
Nakoniec przystąpiono do sądzenia spraw kryminalnych, skutkiem czego wydano rozkaz stójce przyprowadzenia więźniów i stawienia ich przed oblicze sądu. Nie potrzebuję dodawać, że w gminie Barania-Głowa przyjęty był najnowszy i najbardziéj zgodny z wymaganiami cywilizacyi system więzienia celularnego, czyli komórkowego. Nie może to być podawaném przez złe języki w żadną wątpliwość. Jeszcze dziś każdy może się przekonać, że w wójtowskim chlewku w Baraniéj-Głowie, znajdują się aż cztery przegrody. Więźniowie siedzieli w nich samotnie, w towarzystwie zwierząt, o których pewna „Zoologia dla użytku młodzieży“ mówi: „Świnia, zwierzę słusznie tak nazwane dla swojéj niechlujności etc.“ a którym natura bezwarunkowo odmówiła rogów, co może także służyć za dowód jéj celowości. Otóż więźniowie siedzieli w komórkach tylko w takiém towarzystwie, co jak wiadomo, nie mogło im przeszkadzać oddawaniu się refleksyi, rozmyślaniom nad złém popełnioném i przedsiębraniu poprawy życia.
Stójka tedy udał się bezzwłocznie do owego celkowego więzienia i z celek jego przyprowadził przed oblicze sądu, nie dwóch, ale wyraźnie dwoje przestępców, z czego czytelnik może wnieść łatwo, jak delikatnej natury i jak głęboko-psychologicznie zawikłane sprawy przychodziło czasem baraniogłowskiemu sądowi rozstrzygać. Jakoż istotnie, sprawa była arcy-delikatna. Pewien Romeo, inaczéj zwany Wach Rechnio i pewna Julia, inaczéj zwana Baśka Żabianka, służyli razem u pewnego gospodarza: on za parobka, ona za dziewkę. I co tu ukrywać: kochali się nie mogąc żyć bez siebie, tak jak Newazendech bez Bezewendecha. Wkrótce jednak zazdrość wkradła się między Romea i Julią, ponieważ ta ostatnia ujrzała raz Romea, zabawiającego się przydługo z Jagną ze dworu. Odtąd nieszczęśliwa Julia, czekała tylko okazyi. Jakoż pewnego dnia, gdy Romeo, wedle zapatrywania się Julii, zawcześnie przyszedł z pola i natarczywie domagał się jeść, przyszło do wybuchu i zobopólnych wyjaśnień, przyczém zamieniono wzajemnie kilka tuzinów uderzeń pięścią i warząchwią. Oczywiście ślady tych uderzeń widne były w sińcach na idealnéj twarzy Julii, również jak i na rozciętém czole, pełnego męzkiéj dumy oblicza Romea. Sądowi pozostawało teraz zawyrokować, po czyjéj stronie była słuszność i kto komu miał wręczyć tytułem wynagrodzenia, tak za zawód miłosny, jak i za skutki wybuchu, złotych pięć, czyli wyrażając się poprawniéj, kop. sr. siedmdziesiąt pięć.
Zdrowéj duchowéj treści sądu nie zdołał jeszcze owionąć przegniły powiew Zachodu; dlatego brzydząc się do głębi duszy emancypacyą kobiet, jako rzeczą wprost przeciwną więcéj sielankowym usposobieniom słowiańskim, sąd dał pierwszy głos Romeowi, który trzymając się za rozcięty łeb, tak mówić począł:
— Jelemożny sądzie! A to ta psia jucha, już dawno spokoju mi nie daje. Przyszedem, jak kto dobry na podwieczerz, a ona do mnie: „Ty psie kasztanie, powiada, to gospodarz jeszcze w polu, a ty, pada przychodzisz już do domu? Za piecem, pada, się układziesz i będziesz na mnie mrygał?“ A ja ta nigdy na nią nie mrygałem, ino co mnie widziała z Jagną ze dwora com jéj pomógł wiader ze studni wyciągać, to od tego czasu na mnie zła. Huknęła mi misą o stół, mało mi strawa nie wyleciała, a potém i pozreć nie dała, tylko tak mi wymyślała: „ty pogański synu, pada, ty odmieńcze, ty omętro, ty sufraganie!“ Dopiéro, jak mi powiedziała: „sufraganie,“ tak ja ją w pysk, ale ino tak, przez złości, a ona mnie warząchwią w łeb....
Tu idealna Julia nie mogła już wytrzymać, ale złożywszy pięść i podsunąwszy ją pod nos Romea, krzyknęła przeraźliwym głosem:
— A nieprawda! nieprawda! nieprawda! Szczekasz jak pies.
Potém rozpłakała się całém wezbraném sercem i zwróciwszy się do sądu poczęła wołać:
— Jelemożny sądzie! O! ja nieszczęśliwa sierota, o dla Boga rety! Nie przy studni ja jego z Jagną widziałam, żeby ich olśnęło! Rozpuśniku! powiadam, małoś to razy gadoł do mnie, co mnie tak kochasz, żebyś ino zaraz chciał mnie pięścią pod ziobro! Ażeby on skapiał, żeby jemu język kołem stanął! Nie warząchwiąby jego po łbie, oj! dolóż moja! ino kłonicą. Słońce jeszcze wysoko, a on już z pola schodzi i zreć woła! Mówię mu jak komu dobremu grzecznie; ty złodziejski potrecie, to gospodarz jeszcze w polu, a ty już do dom? Ale: sufraganie! mu nie mówiłam, tak mi Panie Boże dopomóż. A żeby jego....
W tém miejscu wójt przywołał do porządku obwinioną, uczyniwszy jéj uwagę w kształcie zapytania:
— Niestulisz-że ty mordy, utrapiona?
Nastała chwilowa cisza; sąd począł się namyślać nad wyrokiem i co za delikatne poczucie sytuacyi! pięciu złotych nie przysądził żadnéj stronie, ale tylko tak dla zachowania swéj powagi, jak i dla przestrogi wszystkim zakochanym parom w całéj Baraniéj-Głowie, skazał skarzących się na odsiedzenie jeszcze dwudziestu czterech godzin w celowém więzieniu i na zapłacenie na kancelaryą po rubli srebrem jeden.
Od Wacha Rechnia i Baśki Żabianki, na kancelaryą po kopiejek srebrem pięćdziesiąt, zapisał pan Zołzikiewicz.
Poczém posiedzenie było skończone. Pan Zołzikiewicz wstał i pociągnął swoje kortowe, koloru piaskowego, w górę, a fioletową kamizelkę na dół. Ławnicy w zamiarze rozejścia się, już brali za czapki i bicze, gdy nagle drzwi zamknięte po napadzie prosiąt, rozwarły się na oścież i ukazał się w nich Rzepa chmurny jak noc, a za nim Rzepowa i Kruczek.
Rzepowa była bledziusieńka jak płótno: jéj śliczne delikatne rysy wyrażały smutek i pokorę, a w wielkich czarnych oczach ukazywały się łzy, ściekające następnie po policzkach.
Rzepa wszedł był hardy, z głową zadartą, ale jak zobaczył cały sąd, tak zaraz stracił minę i dość cichym głosem ozwał się:
— Niech będzie pochwalony!
— Na wieki wieków! — odpowiedzieli chórem ławnicy.
— A wy tu czego chceta? — spytał groźnie wójt, który zrazu zmieszał się, ale już przyszedł do siebie. Sprawę jaką mata? pobiliśta się, czy co?
Nadspodziewanie pan pisarz wtrącił:
— Dajcie im mówić.
Rzepa zaczął:
— Jelemożny sądzie.... A niechto najjaśniejsze....
— Cichaj! cichaj! — przerwała prędko kobieta — dajże mnie mówić, a ty cicho siedź.
To rzekłszy, obtarła fartuchem łzy i nos, i głosem drgającym poczęła opowiadać całą sprawę. Ach! ale gdzież to ona przyszła? Oto przyszła na skargę na wójta i na pisarza, przed.... wójta i pisarza. „Wzięli go, mówiła, obiecowali mu las, byle podpisał, to i podpisał. Dali mu pięćdziesiąt rubli, a on był pijany i nie wiedział, że zaprzedaje dolę swoję i moję i dzieciaka. Pijany był wielmożny sądzie, pijany jak nieboskie stworzenie! — mówiła daléj już z płaczem. Toć pijany nie wié co robi, toć i w sądzie, jak kto po pijanemu przeskrobie, to mu folgują, bo powiadają: nie wiedział co robił. Na miłosierdzie Boże! a toć trzeźwy człowiek nie sprzedałby za pięćdziesiąt rubli doli swojéj! Oj, ulitujta wy się nademną i nad nim i nad dzieckiem niewinném! W co ja się obrócę nieszczęśliwa sama, samiusieńka na świecie bez niego, bez nieboracyska mojego! Oj, Bóg wam za to da szczęście i zapłaci wam za biedaków!“
Tu łkanie przerwało jéj dalsze słowa. Rzepa także płakał i wycierał co chwila nos w palce. Ławnicy posowieli i spoglądali jeden na drugiego, to znów na pisarza i wójta, nie wiedząc co czynić.
Aż Rzepowa znowu zebrała się z głosem i tak mówić poczęła:
— Chłopsko chodzi jak struty. Ciebie powiada, zabiję, dzieciaka zgładzę, chałupę spalę, a powiada, nie pójdę i nie pójdę. A cóżem ja winna nieboga? albo i dzieciak? On już ani do gospodarstwa, ani do kosy, ani do siekiery, ino siedzi w izbie i wzdycha i wzdycha, ale ja sądu czekałam; toć wy ludzie macie Boga w sercu i na naszą krzywdę nie pozwolicie. Jezusie Nazareński, o Matko Boska Częstochowska! przyczyńże Ty się; przyczyń za nami!
Przez chwilę słychać znów było tylko szlochanie Rzepowéj, nakoniec stary jeden ławnik mruknął:
— A, dyć to nie ładno człeka upoić i zaprzedać.
— Bo i nieładno! — odpowiedzieli inni.
— Niech was Bóg i Przenajświętsza Jego Rodzicielka błogosławi — zawołała klękając w progu Rzepowa.
Wójt zasromał się, niemniéj markotny był i ławnik Gomuła; obaj zaś spoglądali na pisarza, który milczał, ale gdy Rzepowa skończyła, rzekł do mruczących ławników:
— Jesteście durnie!
Nastała cisza jak makiem siał, pisarz mówił daléj.
— Wyraźnie stoi napisane, że kto się będzie wtrącał do dobrowolnego kontraktu, będzie sądzony morskim sądem, a czy wiecie durnie co to jest morski sąd? Wy tego durnie nie wiécie, morski sąd to jest....
Tu wydobył chustkę i utarł nos, potém głosem zimnym i urzędowym tak daléj swoję rzecz prowadził:
— Który kpie jeden z drugim nie wiész co jest morski sąd, to wsadź tylko nos w taką sprawę, a poznasz co jest morski sąd, aż cię siódma skóra zaboli. Jak się ochotnik znajdzie za popisowego, to tobie jednemu z drugim wtrącać się do nich wara. Ugoda podpisana, świadkowie są i szabas! To się rozumié w jurysprudencyi, a nie wierzysz, to patrz w procedurze i w zsyłkach. A jeśli i piją przytém, to i cóż? Albo to wy nie pijecie durnie zawsze i wszędzie?
Gdyby sama sprawiedliwość z wagą w jedném a gołym mieczem w drugim ręku, wylazła z za wójtowskiego pieca i stanęła nagle między ławnikami, nie byłaby ich więcéj przestraszyła, jak ten: morski sąd, procedury i zsyłki. Przez chwilę panowało głuche milczenie i dopiéro po niejakim czasie ozwał się Gomuła cichym głosem, na który obejrzeli się wszyscy, jakby zdziwieni jego śmiałością:
— Dyć prawda! konia sprzedasz, napijesz się; wołu sprzedasz, téż; świnię, téż. To już taki obyczaj.
— Toćwa napiliśmy się i wtedy ino wedle obyczaju — wtrącił wójt.
A potém ławnicy śmieléj zwrócili się do Rzepy.
— Cóż, kiejś sobie piwa nawarzył, to go pij.
— Albo to tobie sześć lat? albo ty nie wiész co robisz?
— Łba ci przecięć nie urwą.
— A jak pójdziesz do wojska, to se do dom możesz parobka nająć; on cię ta zastąpi i przy chałupie i przy kobiecie.
Wesołość poczęła ogarniać zwolna zgromadzenie.
Nagle pisarz znowu otworzył usta: uciszyło się wszystko.
— Ale wy nie wiécie — mówił — w co wam się wtrącać a czego nie tykać. W to, że Rzepa groził żonie i dzieciakowi, w to, że obiecywał spalić własną chałupę, w to wy się wtrącać możecie i takiéj rzeczy płazem nie puścić. Kiedy Rzepowa przyszła na skargę, niechże od sądu bez sprawiedliwości nie odchodzi.
— Nieprawda! nieprawda! — zawołała z rozpaczą Rzepowa — ja się nie skarżyłam, ja ta nigdy żądny krzywdy od niego nie doznałam. O! Jezusie, o rany słodkie Boga żywego, chyba się świat już skończył!
Ale sąd się zagaił i bezpośrednim jego rezultatem było, że Rzepowie nietylko nic nie wskórali, ale jeszcze sąd, w słusznéj troskliwości o całość Rzepowéj, postanowił ją ubezpieczyć, przez zamknięcie Rzepy w chlewku na dwa dni. Żeby zaś na przyszłość podobne myśli nie przychodziły mu do głowy, postanowioném było przytém, żeby na kancelaryą zapłacił rubli srebrem dwa, kopiejek pięćdziesiąt.
Ale Rzepa rzucił się jak wściekły i krzyknął, że do chlewka nie pójdzie; co zaś do kancelaryjnego, to nie dwa, ale pięćdziesiąt rubli wziętych od wójta rzucił na ziemię wołając: „niech je se ta bierze kto chce!“ Zaczął się rozgardyasz straszny. Stójka wpadł i daléj Rzepę ciągnąć; Rzepa go pięścią, on Rzepę za łeb; Rzepowa w krzyk, aż jeden z ławników wziął ją za kark i wyrzucił za drzwi, dawszy pięścią w krzyż na drogę, inni zaś pomogli stójce zaciągnąć Rzepę za kołtuny do chlewka.
Pisarz tymczasem zapisał: „Od Wawrzona Rzepy rs. 1 kop. 25 na kancelaryą.“
Rzepowa szła do pustéj chałupy, prawie bez przytomności. Nie widziała nic przed sobą i co kamień to się o niego potknęła, a ręce łamała nad głową, a zawodziła:
— Oo! oo! oo!
Wójt że to miał serce dobre, więc idąc zwolna z Gomułą ku karczmie, rzekł:
— Mnie ta cosik téj baby żal. Albo im dołożę jeszcze ćwiartczynę grochu, albo co?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.