Szkice węglem (1884)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Szkice węglem
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom I
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
IV.

Któryby można zatytułować: Zwierz w sieci.

W kilka dni potém, nie wiem dobrze czy w pięć, czy w sześć, w alkierzu karczmy Baraniogłowskiéj siedział wójt Burak, ławnik Gomuła i młody Rzepa. Wójt wziął za szklankę.
— Przestalibyśta się o to swarzyć, kiedy nie mata o co! — rzekł wójt.
— A ja powiadam, że Francuz nie da się Prusakowi — mówił Gomuła, uderzając pięścią o stół.
— Prusak psia jucha chytry! — odparł Rzepa.
— To co, ze chytry? Turek pomoże Francuzowi, a Turek je namocniejszy.
— Co wy wieta. Namocniejszy jest Harubanda (Garibaldi)?
— Musiśta wstali do góry... plecami. A wyśta zkąd wyrwali Harubandę?
— Co go miałem wyrywać? Abo to ludzie nie gadali, że pływał po Wiśle ze statkami i z mocą wielgą? Ino mu się piwo w Warsiawie nie spodobało, bo zwyczajny doma lepszego, to się i wrócił.
— Nie bluźnilibyście po próżnicy. Kużden śwab, to je żyd.
— Przecie Harubanda nie śwab.
— Ino co?
— Ba? co? musi; cysarz i basta!
— Oj, straśnieście mądrzy!
— Wyśta téż nie mądrzejsi.
— A kiejśta tacy mądrzy, to powiedzta, jakta było na przezwisko pierwszemu rodzicowi?
— Jak? juści: Jadam.
— No! to na krzestne imię, ale na przezwisko?
— Czy ja wiem.
— A widzita? A ja wiem. Na przezwisko było mu: „Skruszyła.“
— Chybaście pypcia dostali.
— Nie wierzyta, to posłuchajta:

„Gwiazdo morza, któraś Pana
Mlekiem swojém wykarmiła!
Tyś śmierci szczep, który wszczepił
Pierwszy rodzic, skruszyła.“

— A co, czy nie Skruszyła?
— No juści prawda.
— Napilibyśta się lepiéj — rzekł wójt.
— Zdrowie wasze, kumo!
— Zdrowie wasze!
— Haim!
— Siulim!
— Daj Panie Boże szczęście!
Wypili wszyscy trzej, ale że to było w czasie francuzko-pruskiéj wojny, ławnik więc Gomuła, znowu wrócił do polityki.
— No! napijwa się jeszcze — rzekł po chwili Burak.
— Daj Panie Boże szczęście!
— Panie Boże zapłać!
— No, za wasze zdrowie!
Napili się znowu, a że pili arak, Rzepa więc uderzył wypróżnioną szklanką o stół i odrzekł:
— Ej! dobroć teżto, dobroć!
— Ano jeszcze? — rzekł Burak.
— Nalejta.
Rzepa stawał się coraz czerwieńszy, Burak dolewał mu ciągle.
— A wy — rzekł wreszcie do Rzepy — to choć korzec grochu zarzucita na plecy jedną ręką, a balibyśta się pójść na wojnę.
— Cobym się miał bać? Kiej się bić, to się bić.
Gomuła na to rzekł:
— Jenszy jest mały a odważny, jenszy wielgi i mocny i bojący.
— A nieprawda! — rzekł Rzepa — ja ta nie jestem bojący.
Gomuła zaś na to:
— Kto was tam wie?
— A ja pojedam — odparł Rzepa, pokazując pięść, jak bochenek chleba — że inobym was zajechał w pacierze tą pięścią, to rozlecielibyście się jak stara beczka.
— A może i nie.
— Chceta spróbować?
— Dajta spokój — wtrącił wójt. — Będzieta się bili czy co? ot napijwa się jeszcze.
Napili się znowu, ale Burak i Gomuła tylko że umoczyli usta, Rzepa zaś wypił całą szklankę araku aż mu oko zbielało.
— Pocałujta się teraz — rzekł wójt.
Rzepa aż się rozpłakał przy uściskach i pocałunkach, co było znakiem że już podpił dobrze; poczém zaczął wyrzekać, gorzko wspominając, graniaste cielę, które dwa tygodnie temu, zdechło mu w nocy w oborze.
— Oj! jakiego to cielaka Pan Bóg zabrał odemnie! — wołał żałośnie.
— No, nie smućta się! — rzekł Burak. Do pisarza z urzędu przyszło pisanie, że pono dworski las pójdzie na gospodarzy.
Rzepa odpowiedział na to:
— I po sprawiedliwości! Alboto pan las siał?
Ale potém zaraz znów zaczął zawodzić:
— Oj! co cielak, był to cielak; jakta krowę huknął łbem przy ssaniu, to aż zadem pod belkę poleciała.
— Pisarz mówił...
— Comita pisarz! — przerwał gniewnie Rzepa. Pisarz dla mnie:

„Tyle znaczy,
Co Ignacy...“

— Nie pomstowalibyście! Napijwa się!
Napili się jeszcze raz. Rzepa jakoś się pocieszył i siadł spokojnie na zydlu, a wtém drzwi się otworzyły i ukazały się w nich: zielona czapka, zadarty nos i kozia bródka pisarza.
Rzepa, który czapkę miał nasuniętą na tył głowy, zrzucił ją zaraz na ziemię, powstał i wybełkotał:
— Pochwalony.
— Jest tu wójt? — spytał pisarz.
— Jest! — odpowiedziało trzy głosy.
Pisarz zbliżył się, zaraz też podleciał i Szmul arendarz z kieliszkiem araku. Zołzikiewicz powąchał, skrzywił się i siadł przy stole!
Chwilę panowało milczenie. Nakoniec Gomuła zaczął.
— Panie pisarzu?
— Czego?
— Czy to prawda wedle tego boru?
— Prawda. Musicie tylko podpisać prośbę całą gromadą.
— Ja tam nie będę podpisywał — ozwał się Rzepa, który miał wstręt wspólny wszystkim chłopom do podpisywania swego nazwiska.
— Ciebie się téż nikt nie będzie prosił. Nie podpiszesz, to nic nie dostaniesz. Twoja wola.
Rzepa zaczął się drapać w głowę, pisarz zaś, zwróciwszy się do wójta i do ławnika, rzekł tonem urzędowym:
— O lesie prawda, ale każdy musi ogrodzić swoję część płotem, żeby nie było sporów.
— To-ta płot będzie więcéj kosztował niż las wart — wtrącił Rzepa.
Pisarz nie zwracał na niego uwagi.
— Na koszta płotu — mówił do wójta i ławnika — rząd przysyła pieniądze. Jeszcze każdy na tém zarobi, bo wypada po pięćdziesiąt rubli na głowę.
Rzepie aż się oczy zaiskrzyły po pijanemu.
— A, jak tak, to podpiszę. A pieniądze gdzie są?
— Są u mnie — rzekł pisarz. — A to dokument.
To rzekłszy, wydobył złożony we czworo papier, i odczytał coś, czego chłopi wprawdzie nie rozumieli, ale radowali się bardzo; gdyby jednak Rzepa był trzeźwiejszy, dojrzałby jak wójt mrugał na ławnika.
Potem, o dziwo! pisarz, wydobywszy pieniądze, rzekł:
— No! który pierwszy?
Podpisywali kolejno, gdy zasię Rzepa wziął się do pióra, Zołzikiewicz usunął dokument i rzekł:
— A może nie chcesz? To wszystko dobrowolnie.
— Co nie mam chcieć?
A pisarz na to:
— Szmul!
Szmul ukazał się we drzwiach.
— Ny? co pan pisarz chce?
— Chodź i ty na świadka, że tu wszystko dobrowolnie.
A potém znów powiada do Rzepy:
— Może nie chcesz?
Ale Rzepa już podpisał i żyda usadził nie gorszego od Szmula, potém wziął pieniądze od pisarza, całych pięćdziesiąt rubli i schowawszy je za pazuchę, zawołał:
— A dajta-no jeszcze haraku!
Szmul przyniósł: wypili raz i drugi. Następnie Rzepa wsparł pięści na kolanach i począł drzémać.
Kiwnął się raz, kiwnął się drugi raz, nakoniec zwalił się z zydla, mruknąwszy: „Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu!“ i usnął.
Rzepowa nie przyszła po niego, bo wiedziała że jeśli się upił, to może się jéj co oberwać. Tak i bywało. Na drugi dzień Rzepa przepraszał żonę, całował ją po rękach. Po trzeźwemu nie dał jéj nigdy złego słowa, ale po pijanemu czasem jéj się co obrywało.
Przespał więc Rzepa w karczmie całą noc. Nazajutrz rozbudził się o wschodzie słońca. Patrzy, wyłupia oczy, aż to nie jego chałupa, ale karczma i nie alkierz, w którym siedział wczoraj, ale ogólna izba z szynkwasem.
— Imię Ojca i Syna i Ducha.
Patrzy jeszcze lepiéj, słońce już wschodzi i zagląda przez ubarwione szyby za szynkwas, a w oknie stoi Szmul ubrany w śmiertelną koszulę i w cycełe na głowie; stoi w oknie i kiwa się i modli się głośno.
— Szmul, psia-wiaro! — zawołał Rzepa.
Ale Szmul nic. Kiwnął się naprzód, kiwnął w tył i modlił się daléj.
Więc Rzepa zaczął się macać, jak robi każdy chłop przespawszy noc w karczmie. Namacał pieniądze.
— Jezus, Marya! a to co?
Tymczasem Szmul przestał się modlić i zdjąwszy śmiertelną koszulę i cycełe, poszedł je schować do alkierza, a potém wrócił wolnym krokiem poważny i spokojny.
— Szmul?
— Ny, czego chcesz?
— Coto ja mam za pieniądze?
— Co, głupi, nie wies? Toć się wczoraj z wójtem zgodziłeś, że za jego syna będziesz losował, i pieniądze wziąłeś i kontrakt podpisałeś.
Dopiero chłop zbladł jak ściana: rzucił czapkę o ziemię, potém sam grzmotnął się o nią i jak nie ryknie, aż się szyby w karczmie zatrzęsły.
— No, pasioł won ty sałdat! — rzekł flegmatycznie Szmul.
W pół godziny potém, Rzepa zbliżał się do chałupy, Rzepowa, która właśnie gotowała strawę, usłyszawszy go jak skrzypiał wrotami, prosto od komina pobiegła na jego spotkanie gniewna bardzo.
— Ty pijaku! — zaczęła.
Ale spojrzawszy na niego aż się sama przeraziła, bo ledwo go poznała!
— A tobie co jest?
Rzepa wszedł do chaty i z początku ani słowa nie mógł przemówić, tylko siadł na ławie i patrzył w ziemię. Ale kobieta zaczęła pytać i dopytała wreszcie wszystkiego. „Zaprzedali mnie“ rzekł w końcu. Wówczas ona z kolei uderzyła w lament wielki; on za nią; dzieciak w kołysce zaczął wrzeszczeć; Kruczek we drzwiach wył tak żałośnie, że aż z innych chałup powylatywały baby z łyżkami w ręku, pytając jedna drugiéj:
— Co się tam u Rzepów stało?
— Musiał ją bić, czy co?
A tymczasem Rzepowa lamentowała jeszcze bardziéj niż Rzepa, bo miłowała ona jego, nieboga, nad wszystko w świecie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.