Syn marnotrawny (Kraszewski, 1878)/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Syn marnotrawny
Tom I
Podtytuł Opowiadanie z końca XVIII wieku
Wydawca Redakcya Biblioteki Warszawskiéj
Data wyd. 1878
Druk Drukarnia Józefa Bergera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.

Pan wojewoda był potomkiem starego, dobrego, szlacheckiego domu, który, gdy tego zaszła potrzeba, wywiódł się od jakiegoś króla Gotów, brzmieniem swojego nazwiska; ale, w historyi kraju, dom ten nigdy znacznego i wybitnego nie uzyskał stanowiska. Gocka ta krew w żyłach przodków wojewody płynęła jakoś spokojnie i do wielkich czynów a śmiałych wystąpień nie zagrzewała. Ludzie byli zacni, możni, na majątku rośli, na znaczeniu w województwie zyskiwali, zresztą żyli dla siebie więcéj i na ustroniu.
Odznaczała ich ta dobroduszność, która była przyczyną zguby ostatniego pana wojewody. Mając syna i córkę dorosłych z pierwszego małżeństwa, w późnym wieku ociężały, z nogami, w których już pedogra (naówczas jéj aparycyi sobie winszowano, jako znaku długiego życia) założyła mieszkanie, dał się młodziuchnéj wziąć panience i wystrychnąć na męczennika. Widzieliśmy już potrosze czém panienka była, ta może byłaby sobie innémi drogami szukała szczęścia z piękną twarzyczką a małém mieniem, gdyby nie matka, kobiéta w przewrotności i zepsuciu ją przewyższająca.
Była to saskich owych dobrych czasów wychowanica, w których się Augusta II tradycye żywe jeszcze utrzymywały. Matka Denhoffowéj, pani Bielińska była dla innych wzorem. Za jéj przykładem szła ta pani i sama rozpoczęła konkury około bogatego, niedołężnego wojewody, obrachowawszy dobrze piękność córki, jego słabość, licząc i na to, że nie mógł być długowiecznym. Wojewodzie ożenienie z młodziuchną, sławną z piękności i żywego temperamentu Dosią, ani się śniło, gdy mu matka sama stręczyć ją i w najrozmaitszy sposób zbliżać go do niéj zaczęła.
Wiedziała dobrze o zalotności Dosi, o mnogich jéj konkurentach, o szalonéj miłości wojewodzica, którego raz sama, zastawszy w córki pokoju, odprawiła z domu. Wszystko to nie powstrzymało jéj, owszem może przyśpieszyło swatanie gwałtowne wojewodzie.
Pomiędzy matką a córką na cztery oczy niemało się scen odegrało gwałtownych, w końcu Dosia, gdy się świat tego najmniéj spodziewał, jednego poranku, pocichu u Ś. Krzyża zaślubioną została wojewodzie.
Starzec dał się opanować, ująć, związać; taił się przed własnym synem dostrzegłszy, iż był małżeństwu przeciwnym; ukrywał przed córką. Fakt spełniony Warszawa przyjęła zdumieniem, niedowiarstwem, niektórzy oburzeniem, bo o stosunkach panny z wojewodzicem wiedziano, reszta śmiechem.
Co się tam późniéj w pałacu wojewody działo, który, kochając syna, koniecznie go chciał miéć przy sobie, gdy młoda macocha pozbyć się go usiłowała; o tém mówiono wiele, rożnie, nikt szczegółów nie wiedział.
Złośliwsi utrzymywali, że tragiczne sceny poprzedziły wygnanie syna marnotrawnego, że raz podana mu z rana czekolada, gdy ją dał pieskowi, zabiła go na miejscu; że wojewoda obwiniał go o zbrodniczą zdradę i zamach na spokój i szczęście jego domowe, i t. p. Skończyło się na tryumfie młodéj macochy, na wygnaniu syna, z zastrzeżeniem, ażeby się ojcu na oczy ukazywać nigdy nie śmiał: na wydziedziczeniu.
Lecz, od chwili, gdy się to spełniło, wojewoda, który swego pierworodnego kochał, wpadł w rodzaj smutku i melancholii, z których go nawet pieszczoty i nadskakiwania ślicznéj pani wywieść nie mogły. W opiece jéj i matki, które dom cały, służbę, wszystko co otaczało starca, pochwyciły w ręce swoje, dopuszczając do niego tylko tych, których wybierały, wojewoda zdziecinniał: postradał resztę woli, energii i rozumu.
Pilnowano go tak, iż słowa prawie wymówić nie mógł, któregoby mu nie podyktowano; robił to tylko, co dozwolono: zostawał pod najściślejszym nadzorem. A że pedogra często przykutym go do krzesła trzymała, matka i wojewodzina przyjmowały same gości i zabawiały się swobodnie.
Starościna, matka Dosi, średnich lat kobiéta, chcąca być młodą, miała wszystkie wady owych pań z czasów Augusta II, dla których życie było pasmem rozrywek. Kosztowała je wiele za młodu, potém ruina majątku zmusiła ograniczyć się bardzo; teraz gdy dostatek powracał, chciała go używać w całém znaczeniu tego wyrazu. Córka była dla niéj narzędziem. Bawić się potrzebowała ciągle. Z resztkami piękności szukała gwałtownie adoratorów, żyła wrzawą, ruchem, zgrają, którą się otaczała, lubiła grać, potrzebowała jeść wytwornie. Wszystkie te gusta miała téż córka w wysokim stopniu, a matka raz wydawszy ją za mąż tak szczęśliwie, nietylko nie hamowała jéj fantazyi, ale się niemi cieszyła. Żadne względy na téj drodze wstrzymać ich nie mogły.
Nieszczęśliwy starzec był tak ślepy a tak łatwo go jedném pogłaskaniem po twarzy i podaniem rączki ukołysała, gdy był zburzonym, piękna Dosia, iż mogły dwie kobiéty robić z nim co chciały. Powoli, stopniami, stare sługi rozpędzone zostały, aby żadne słówko żalu po przeszłości nie doszło uszów jego.
Na samym ostatku pozostał Filip Makowski, który wojewodzicowi od młodych lat służył, był z nim razem w szkołach, nie opuszczał go nigdy. Gdy inni dali się gracyami na wieś powywozić, pensyami poodpędzać, pod pozorem, że starzy byli i nieudolni do żwawéj służby w domu, Filip nie dał się wysadzić, a wojewoda nawet oparł się wprost odprawieniu go i powiedział, że chyba chcą śmierci jego, jeśli mu Filipa odbiorą.
Starościna i wojewodzina nie zwątpiły iż na swojém postawią, ale tyle już i to szybko dokonały, że uważały pośpiech zbytni za niebezpieczny, za nazbyt bijący w oczy. Odłożono sprawę Filipa na trochę późniéj. Wojewodzina ją zwolna przygotowywała na różny sposób: najprzód udając wielką czułość dla starca, który się męczył i potrzebował odpoczynku, potém znajdowała że mu się ręce trzęsły, że nie miłą woń z sobą wnosił do pokoju, że się zapominał i t. p. Wojewoda słuchał nie odpowiadając, ale służyć sobie nie dawał nikomu oprócz niego.
Dwie kobiéty instynktem czuły w nim wroga, wiedziały że wychowywał, wynosił na ręku wojewodzica, że po nim płakał, że zagniewane serce ojca usiłował rozbrajać dla syna... podejrzywano go o różne zdrady...
W tych domowych zajściach, które zaraz po ożenieniu, gdy wojewodzica ojciec jeszcze trzymał przy sobie, odegrały się między czterma murami, Filip podobno grał jakąś rolę, któréj mu pani przebaczyć nie mogła.
Na ostatku był to szpieg domowy niebezpieczny, a panie obie miały mnóstwo tajemnic, których nie życzyły sobie rozgłaszania. Nie sposób było prawie zapobiedz, aby Filip późno przychodzących do starościny i wojewodziny gości poufałych nie widział. Nie zbywało na nich, bo obie panie miały nadzwyczaj rozległe stosunki. Francuz Labuś, średnich lat, sekretarz jakoby starościny mieszkał przy niéj w pałacu. Wojewodzina miewała konferencye z różnymi młodymi elegantami, kończące się częstokroć tak późno, iż ich nawet najpilniejsze sprawy nie mogły wytłómaczyć. Wszystko to Filip zdrajca mógł wiedzieć, pochwycić i powiedzieć o tém staremu, który jak ślepy był także zazdrosny. Żona mu wmówiła co chciała, ale podejrzenia wracały, i, co najosobliwsza, nigdy nie były słuszne. Wojewoda czepiał się ludzi niewinnych, a bijących w oczy skandalów, nie widział.
Największą jednak Filipa winą było to, że kochał panicza, że go bronił, i że serce ojcowskie do łaskawości dlań skłaniał. Nie można go było jakoś schwytać na uczynku, gdyż młoda pani byłaby użyła środka, już wypróbowanego: albo on, albo ja!
Sama groźba, iż żona go mogła opuścić, równała się śmierci dla wojewody. Kochał ją! kochał ją miłością starca rozpaczliwą, dziką, straszną: nie mógł żyć bez niéj. Łagodne słowo wymogło na nim wszystko, groźba przerażała; łaska pani, pogłaskanie, pocałunek, w wielkich razach, złożony na czole, wprawiały w szał wojewodę.
W salonie nie spuszczał z niéj oka; stawał się śmiesznym, bo, gdy na nią patrzał, usta mu się mimowolnie roztwierały, zwisała warga dolna, oczy wychodziły na wierzch, ręce się trzęsły. Zdawał się zdala chcieć pochwycić każde jéj słowo, napierać się jak dziecko, aby się ku niemu zwróciła; niekiedy niecierpliwość starca dochodziła do gwałtownych oznak niepokoju: tupał choremi nogami, rękami bił o krzesła poręcze, a jeżeli mógł chodzić i pedogra mu niezbyt dokuczała, jak cień się snuł za nią: dla jednych było to pobudką do śmiechu, dla innych prawdziwym smutkiem i upokorzeniem. Zkądinąd bowiem był to człowiek nie bez dobrych przymiotów, serca szlachetnego, głowy otwartéj gdy z namiętności ochłonął. Matka i córka obchodziły się z nim wcale inaczéj w salonie, gdy osób było wiele i oczu, a inaczéj sam na sam lub w kółku małém, dla którego stosunki domowe nie miały tajemnic. Przy ludziach był przedmiotem poszanowania, starań i czułości, powoływano się na niego, okazywano mu uległość, niemal i posłuszeństwo; żona pieściła, matka jéj troskliwą była nad wyraz o zdrowie, prawiono mu słodycze. Gdy goście odeszli, często grubiańsko się z nim obchodzono, i nie słuchano wcale, zdając go na Filipa, odpowiadając opryskliwie, albo nie myśląc nawet wcale odpowiadać. Żona dawała mu do zrozumienia, że ją męczył i nudził i że jéj sprawiał obrzydliwości.
Obcierała rękę, gdy ją pocałował, krzywiła się i kończyła półgłosem:
— Dałbyś bo jegomość pokój z temi karesami... kiedy choroba do krzesła przykuwa. Co to już o tém myśleć. Otrzyjże gębę, bo ślina ciecze. Pfe! i t. p.
Przy gościach w żywe oczy mu wmawiano rozmaite dyspozycye o których nigdy nie myślał, a którym zaprzeczać nie śmiał. Korzystano potém z tego robiąc co się podobało i łając starego, że się zapominał. Za wszystko to wynagradzała chwilka w salonie, albo, gdy bardzo był rozdrażniony, pogłaskanie pod brodę. Obawiano się o jego zdrowie i życie, bo jeszcze zapisy nie były doprowadzone do skutku, wiele interesów nie pokończonych, i życie jego potrzebném było. To téż codzień przychodził doktor Becker, który między innemi, nie zapominał zalecać, aby się w zbytnie czułości z żoną nie wdawał, bo każde podobne rozczulenie jest, jak się wyrażał, ćwieczkiem do trumny. Stary wojewoda byłby wszakże i trumny się nie uląkł, gdyby tylko Dosia dlań trochę milszą być chciała. Mógł on sprawiedliwie powiedzieć, jak to staropolskie przysłowie: „Chwałaż Bogu, goście, to się i gospodarz przy nich pożywi.” W istocie żywił się tylko przy nich, ale nie zawsze do gości wychodzić mu było wolno. Gdy mógł zawadzać, naówczas i doktor niepozwalał... i na korytarzach były przeciągi, i tysiączne do wyjścia przeszkody. Zostawać musiał sam w swoim pokoju, do którego mało kogo, i to tylko za zezwoleniem pani, dopuszczano, a że się nudził, grywał z Filipem w arcaby albo w maryasza na zdrowaśki za dusze zmarłe.
I tego dnia w pałacu była kompania liczna, wojewoda zawsze należał do partyi dworskiéj, którą w czasie tego sejmu, pieczeniarzami nazywano; trzymał z królem, od którego miał dwie wstęgi i któremu wiernie służył wpływem swoim, dopóki ten wpływ posiadał.
Na pokojach więc widywać było można najczęściéj i prawie wyłącznie to, co z dworem trzymało: adyutantów króla, szambelanów, przyjaciół, niekiedy osoby do familii należące, marszałkostwo Mniszchów, nawet panią Krakowską i nieodstępnego jéj towarzysza wojewodę Mokronoskiego. Pani starościnie i wojewodzinie stosunki te najlepiéj się uśmiechały, bo obie łakome były na korzyści, jakie z nich płynęły, a miały ciągle coś do wyrabiania dla siebie lub dla drugich: wszystkie inne sprawy były im zresztą obce.
Miewał téż wojewoda za lepszych czasów odwiedziny ambasadora, u którego bywał na zwykłych obiadach niedzielnych, odwiedzał go De Cachi, austryacki reprezentant, który najlepiéj bezczynność austryacką reprezentował; Buchholtz i jego teść starosta hamersztyński, z którego mało gdzie się nie wyśmiewano, tak go Stackelberg, wiecznie drwiąc z niego, śmiesznym uczynił.
Pani starościnie i młodéj pani szło o utrzymanie tych stosunków i dlatego wojewodę czasem do salonu wpuszczano i dawano obiady paradne; znaczniejszą jednak część czasu zawadzał stary i kazano mu być chorym.
Tak właśnie i tego wieczora, na który wprowadzimy czytelnika, wojewoda dopuszczonym nie był. Markotny i kwaśny siedział sam w swoim pokoju, a choć apartamenta, w których przyjmowano, dosyć były odległe, aż tu dochodziły, gdy drzwi otworzono, odgłosy rozmowy i śmiechów, biegania sług, turkot powozów. Wojewoda wsparty na ręku przy stoliczku, na którym stała szklanka jakiegoś napoju, zdawał się drzemać z nudów, gdy stary Filip wszedł na palcach pocichu. Chód jego tak znał wojewoda, a przybycie tak zgadywał, że się zaraz odwrócił. W pokoju było dość ciemno. W kącie, na gierydoniku paliły się dwie woskowe świece żółte pod umbrelką.
Filip wsunął się rozglądając, utarł knoty narosłe świec w lichtarzu, rozglądnął się, przystąpił do krzesła, pochylił ku panu jak ku dziecięciu, z czułością macierzyńską.
Wojewoda spojrzał ku niemu... i nic nie mówiąc, palcem wskazał w stronę, zkąd go dochodziła wrzawa.
Zabawa, któréj nie dzielił, na któréj była żona, zazdrością wyżymała mu serce.
Kiwnął głową i smutny sparł się na ręku; Filip ramionami ruszył, mówić sam, a zwłaszcza poczynać nie śmiał.
— Kto tam jest? — zapytał stary.
— Albo to zliczyć — odparł sługa — co moment kareta zajeżdża.
— Kobiéty są?
— A jakże! — rzekł Filip.
— Kto?...
— Starościna Olbromska, generałowa Grabowska, Tomatysowa... a, kto zliczy...
Wojewoda trochę się rozchmurzył, bo wolał kobiéty, niż mężczyzn.
— A z mężczyzn, z zamku jest kto?
— Jest dużo — rzekł Filip.
— Co robią?
— Pewnie już do kart siądą, bo i Tomatys jest, a on zaraz założy bank, byle się trochę ludzi zebrało.
I karty wojewoda tolerował, a wolał je niż inną zabawę.
— Wieczerza będzie suta — dodał Filip — stół nakryty na pięćdziesiąt osób.
Stary, który jeść lubił, westchnął na wspomnienie wieczerzy i przysmaków, których mu na utrapionéj dyecie kosztować nie było wolno.
— Co robić? — dodał, zwolna się rozgadując, zawsze pocichu, do ucha pochylony Filip. — Mieli i my nasze czasy za nieboszczki pani!
Ręką dał znak wojewoda, że mu to wspomnienie przykrém było, Filip popatrzył i na moment zamilkł. Przysunął się potém jeszcze bardziéj do ucha wojewody i ledwie dosłyszanym głosem szepnął:
— Póki panicz był, inaczéj u nas wyglądało, inaczéj!
Stary głowę nagle odwrócił i pogroził mu palcem.
— Niby to jegomości tak jego nie żal jak mnie! niby ja jegomości nie znam! — mówił Filip — niby ja nie wiem, że panisko moje, choć odpędziło precz, a żałuje i tęskni.
Obruszył się wojewoda i mrucząc, zagroził znowu.
— Co? nawet mnie ma być mówić już nie wolno! — ciągnął nieustraszony Filip. — Niech się sobie jegomość i gniewa, ja ust nie zamknę. Jam go na ręku wynosił, ja go kocham. Mówią na niego, że łotrował, albo to się młodość nie musi wyszumieć? A my to lepsi byli? A pamięta pan tę Włoszkę w Dreźnie....
Stary tupnął nogą mocno: zabolała go, syknął.
— Ja, uchowaj Boże! — rzekł Filip, schylony nad nim — na panią wojewodzinę nie mówię nic. Znam respekt, pani moja jest, ale jéj matka!... Ona to narobiła téj kaszy, ona do tego nas przywiodła, że panicz musiał iść precz. A pletli, a łgali. Nieprawda! taki zły nie był.
Staremu z jednego oka łza pociekła, otarł ją ręką nabrzękłą, kułakiem, bo palców roztworzyć nie mógł.
— Cicho bądź! co mi serce krwawisz.... — odezwał się płaczliwie.
Filip posłuchał i zamilkł, miał już odéjść, gdy go za klapę od kontusza chwycił wojewoda i do ucha mu zamruczał:
— Ty wiesz, gdzie on jest? co z nim się stało? co? mów!
Zawahał się Filip.
— Gadaj! — nalegał stary.
— A cóż? włóczy się gdzieś biédactwo, niemając gdzie głowy przytulić. Może nędzę cierpi.
— Zaś! — bąknął wojewoda.
— No, a zkądże ma wziąć na życie? niéma nic, a skórynkami suchemi nie nawykł się żywić, musi cudze kąty wycierać i na łasce się sustentować.
— A zkądże ja mu co wezmę, choćbym chciał — odparł wojewoda — kiedy od ostatniéj choroby kasa u jejmości.
Filip ręką zamachnął.
— A po co pan oddał klucze?
— Kiedym był w gorączce, wzięli mi z pod poduszki — jęknął wojewoda.
— Jakby to się o nie upomnieć nie można.
Stary rękami począł pokusę odpędzać i głowę sparł na dłoni.
Filip odszedł na palcach, przesunął się po pokoju tam i nazad, niby coś poprawiając, ustawiając, przygotowywając dla pana, lecz widać było, że o czém inném myślał. Wreszcie jakby go niecierpliwość wzięła i czasu się obawiał stracić, przybliżył się, pochylił znowu i szepnął:
— On tu jest!
Usłyszawszy to wojewoda, pomimo bezwładności, tak się strasznie żachnął i rzucił, że Filip przestraszony rękami obiema go wstrzymał...
— Gdzie? jak? — wyjąknął bełkocząc.
— Niechno się pan lemoniady napije a uspokoi — dodał Filip. — Po co zaraz tak się burzyć.... Wszak to zaszkodzi...
Chociaż stary odtrącał szklankę, zmusił go Filip, trzymając mu ją przy ustach do napicia się.
Zaledwie łyknąwszy, wojewoda zwrócił ku niemu błagające oczy, ale myśl mu przyszła zapewne, że ktoś nadejść może, gdyż natychmiast wzrokiem ukazał na drzwi, przez które czasem jejmość lub jéj matka, dla przekonania się, iż nikt nie wszedł bez pozwolenia, w czasie uczt i balów, wbiegały.
Filip się uśmiechnął, dając znak, że nateraz niéma się co obawiać.
— Jest tu, w Warszawie: przypadkiem się dowiedziałem: za pieniędzmi biega, biedaczysko.
Stary załamał ręce nabrzękłe, których palce sine ledwie mogły się rozkurczyć, pod silném wrażeniem, jakiego doznawał: zabolały go i jęknął.
Przez chwilę siedział milczący, ze łzami na oczach, potém począł coś żywo szeptać na ucho Filipowi, który mu głową potakiwał. Dali sobie nawzajem znak milczenia, wojewoda zakrył twarz rękami i pozostał tak nieruchomy. Ledwie Filip miał czas odejść od niego kroków parę, gdy z trzaskiem otwarły się owe drzwi, choć chodu ku nim słychać nie było, i na progu ukazała się pani starościna, kobiéta średniego wzrostu, dosyć otyła, z oczyma czarnemi, głęboko już zapadłemi, wybielona straszliwie i wyróżowana, strojna, cała we wstęgach, falbanach, koronkach i fantazyach.
Twarz jéj, nosząca piękności ślady, tak była ostrego i niemiłego wyrazu jak córki; fałsz czytać się na niéj zdawał cyniczny. Oczyma najprzód zmierzyła pokój i jego zakątki, podejrzliwie wpatrywała się w starego sługę, i zawołała:
— Jeszcze nie w łóżku? A po co wojewoda siedzi tak długo, nogi spuszczone brzękną. Po co? Z gości tu nikt nie przyjdzie.
— Dajżebo mi asindźka, choć wypocząć po leżeniu, bo mi dojadło — odezwał się wojewoda jękliwie.
— A cóż to ja ze złego serca radzę? Ot! to piękna wdzięczność za to, że się koło jegomości ma staranie.
Zwróciła się do Filipa.
— Jeżeli wojewoda nie jadł, niech potrawkę i jaja przyniosą — rzekła — ale więcéj nic! tak doktor dysponował. A potém pozamykać i do łóżka.
Dobranoc!
Wojewoda kiwnął głową, starościna wyszła.
Salony były tego dnia pełne i wrzawliwe. W gabinecie obok wielkiéj sali bawialnéj, Tomatys z krzyżykiem maltańskim u fraka, ciągnął bank u stolika, do którego trudno się było docisnąć. Duchowny jakiś w fioletach, z twarzą zgniłéj cery, pofałdowaną, odrażającą, przed którym leżały dwa rozłamane rulony dukatów, poniterował namiętnie. Kilku mężczyzn w mundurach gwardyi, jeden w jakimś cudzoziemskim, stojąc stawili na karty. Kilka pań wystrojonych, do gorsu, z piórami na głowie, z których jedna młodziuchna i uderzającéj piękności siedziały oczy trzymając wlepione w Tomatysa.
Pan hrabia, bo tak go nazywano, ciągnął z flegmą i obojętnością rutynowanego szulera. Nieopodal od niego śliczna jego żona cała w brylantach, z uśmieszkiem na ustach, rozmawiała zpoza wachlarza, który trzymała przy ustach, z bardzo wyelegantowanym, młodym mężczyzną, jak gdyby tłum ich nie otaczał i nikt podsłuchać nie mógł. W istocie wszyscy tak zajęci byli kartami, że gdy Tomatysowa upuściła umyślnie chusteczkę, a kawaler podnosząc ją, wsunął bilecik, nikt, oprócz téj, dla któréj był przeznaczony, nie postrzegł manewru. Szepty potrwały jeszcze chwilę, młodzieniec przeprowadził piękną panią, spoglądającą pogardliwie, z góry na tłum, przelewający się przez pokoje, aż do progu sali i pożegnany nader znaczącym uśmiechem wrócił probować szczęścia z mężem téj, któréj wdzięki nieco zwiędłe już, czarowały go.
Ponad stołem gry, to cisza panowała dziwna, jakby wszyscy oddech nawet zaparli, to wybuchały okrzyki. Spierano się i wywoływano głośno. Tomatys ciągnął na nic nie zważając, mankiety tylko odrzucał niekiedy, aby mu nie zawadzały, i ręką okrytą pierścieniami, brylantami świecącą, sięgał do kieliszka z burgundem, stojącego przed nim.
W sali formowały się grupy, zajęte rozprawami najrozmaitszemi. Sama pani strojna cudownie, jaśniejąca pięknością, którą tego wieczora walczyć mogła z najsłynniejszemi Elżbietami, a nawet z najpiękniejszą Zofią Wittową, będącą bożyszczem młodzieży, przechadzała się to z paniami, to z mężczyznami, to przysiadała do poważniejszych, które z sobą rozmawiały na kanapach. Niezbywało jéj na adoratorach, z kolei przysuwających się na chwileczkę poufnéj rozmowy: młodzież snuła się za nią.
Obejście się jéj z nimi było nadzwyczaj śmiałe, wyzywające i zalotne; przybrała maniery tych wielkich pań owego czasu, które śmiałością zastępowały wdzięk skromny, cynizmem niekiedy, młodość i ponęty, na jakich im zbywało. Śmiano się głośno, z więcéj niż dwuznacznych słówek. Mężczyźni pozwalali sobie wiele, wiedząc że dla trochy dowcipu, wszystko im będzie przebaczone. Wojewodzina była właśnie pod oknem, na wesołych jakichś szeptach z ledwie dwudziestoletnim książęciem... powracającym z Paryża i woniejącym perfumami Palais-Royal, gdy we drzwiach sali ujrzała wchodzącego powoli, ostrożnie, z wielką jednak powagą, pana starostę Daliborskiego.
On jéj szukał oczyma po sali. Szepnęła coś na ucho książątku, które namiętnie rączkę jéj pochwyciło i do ust przycisnęło i, prześlizgując się zręcznie pomiędzy gośćmi, pośpieszyła na spotkanie niespodzianego przybysza. Zdumienie i niespokój widać było na jéj twarzy.
Daliborskiego po drodze witali nader żywo i uprzejmie, prawie wszyscy, jedni podając mu ręce, drudzy klepiąc po ramieniu. Z kątów sali wykrzykami niektórzy się doń odzywali. Przyjęcia lepszego, zaprawdę, nigdy się spodziewać nie mógł. Oznaczało ono dobitnie jak przedziwne miał stosunki w stolicy.
Generał Stępkowski podszedł ku niemu, uściskał go w obliczu wszystkich, ucałował jak brata. W wielu sprawach i nieraz byli sprzymierzeńcami, a przy sprzedaży województwa, Daliborski kooperował czynnie. Starosta, jak tylko zobaczył zbliżającą się ku sobie piękną panią, która z niejaką trwogą podchodziła ku niemu, rzucił nawet Stępkowskiego, aby dobiedz co rychléj do jéj rączki.
Nie dosłyszanym głosikiem spytała go przy powitaniu.
— Interes?
— Tak jest.
— Pilny?
— Bardzo!
Krótka ta słów zamiana wywołała przelotny rumieniec i wojewodzina poczęła rozmowę pustą, wesołą, nic nie znaczącą, głośno. Manewrowała jednak ciągnąc za sobą Daliborskiego tak zręcznie, że się znaleźli wkrótce w gabinecie w którym grano. Tu rozmówić się było niezawodnie najbezpieczniéj. Wrzawa pokrywała głos, a uwaga zwróconą była na kupkę złota i nikt nie spojrzał nawet na tę parę, która się naprzód wcisnęła ku stolikowi, potém wkrótce na stronę. Tu stało wielkie tremo, w którém zarazem piękna wojewodzina od stóp do głów przyjrzeć się mogła swéj wdzięcznéj postaci, a Daliborski miał ją podwójną przed sobą.
— Co za interes? — zapytała.
— On tu jest!
Wojewodzina zagryzła usta silnie, drgnęła; obejrzała się, czy kto na nią nie patrzał i nie czytał z jéj twarzy, natychmiast stając się obojętną.
— Cóż to znaczy? — spytała.
— Niewiem! Pomimo żem go pilnować kazał, mimo że się kocha szalenie w młodziutkiém i niewinném dziewczęciu, które pono téż za nim szaleje, prysnął mi nagle, bez żadnéj zrozumiałéj przyczyny.
Wojewodzina stała zamyślona gryząc wachlarz, którego strzępki już spadały na ziemię. Oczy jéj stały się płowe, straszne, iskrzyły jakimś blaskiem i barwą niezwyczajną. Słychać było jak korkiem trzewika biła w posadzkę.
— Ślicznie go pilnujecie! pomagacie mi dobrze — poczęła półgłosem — C’est parfait! niéma co mówić.
— Ale mógłżem? — przerwał Daliborski.
— O! gdy kto chce, może zawsze — odezwała się wojewodzina — na to niéma wymówki.
Głos jéj uwiązł w gardle ściśniętém... musiała odetchnąć silnie, aby módz mówić daléj.
— On tu jest nie bez przyczyny. To groźba dla mnie. Znam go; zdolnym jest do wszystkiego: napaść na ulicy, awania, potwarz, wkradnięcia się do mego domu, dostanie do ojca: wszystko możliwe teraz...
Mówiła szybko, gorączkowo, z gniewem tłumionym, zamiast wdzięczności okazując staroście niechęć największą.
— Ja z tém przybyłem umyślnie.
— Cóż mi z tego! — odparła wojewodzina.
Zamilkła, widząc że na nią zdala spoglądano, zawahała się, spróbowała śmiać, aby skłamać wesołość, ale pierś jéj podnosiła się zburzona; niemogła wstrzymać: buchała z niéj złość.
W téj chwili starościna, któréj oczy zdala śledziły córkę, przybliżyła się, domyślając, że coś stać się musiało.
Córka szepnęła jéj cóś do ucha, rzucono słowo jakieś Daliborskiemu, który, po oddaleniu się szybko dwóch kobiét, zwrócił ku stolikowi.
Podjął był kartę leżącą na ziemi, i nie patrząc na nią, wsunął na stół okrywając złotem, dobytém z kieszeni: ustąpiono mu się nieco. Daliborski i tu grając komedyą, w czasie gdy Tomatys ciągnął, rozpoczął rozmowę, jakby go los stawki nie obchodził wiele. Musiał go ktoś łokciem potrącić, aby mu dać znać, że wygrał. Starosta ciągnął daléj... rozmowę, i zostawił podwojone pieniądze. Z wielką zazdrością pięknych pań przeszedł tak trzy razy, a że talia była skończona, złoto obojętnie schował do kieszeni.
Zabłąkał się potém w salonie od grupy przechodząc do grupy, wsunął do pokoju bocznego, do sieni, w korytarz i znalazł się, widać oswojony dobrze z miejscowością, w garderobie wojewodziny.
Tu paliła się tylko mdłém światłem jedna lampa alabastrowa u sufitu zwieszona. Wielkie zwierciadło w ramach porcelanowych obrzucone zasłoną koronkową, stało naprzeciw drzwi, parę sof po bokach, berżerka i krzesła. W pokoju nie było nikogo, lecz natychmiast prawie wbiegła wojewodzina. Zbliżyła się do stojącego starosty zdyszana, ledwie mogąc mówić ze wzruszenia.
— Jestem przekonana, że znowu się coś knuje przeciwko mnie. Musiałam natychmiast nakazać w domu nadzwyczajną pilność, aby nikogo nie dopuszczano do wojewody i oko miano na Filipa. Filip dziś był na mieście.
Chodzić zaczęła żywo po pokoju.
— Jego nienawiść dla mnie równa się mojéj — zawołała — wiem, że na wszystko gotów; ja téż wszelkiemi sposobami bronić się muszę.
— Mnie się zdaje — odezwał się dosyć chłodno, nieco obrażony Daliborski — że tu poprostu idzie o pieniądze. Nie może wykraść panny, niemając ich.
— A scheda? a proces? Więc nieużyliście tego środka? — ze śmiechem złym zawołała wojewodzina.
— I owszem — odparł Daliborski — ale przeciwko ojcu, niéma siły coby go popchnęła, nawet namiętność dla téj dziewczyny.
— A waćpan, człowiek rozumny i doświadczony, wierzysz w to, że on ojca kocha. On! on! co nigdy nie kochał nikogo!
— Prócz pani — wtrącił Daliborski.
— Mnie! — impetycznie i bez wstydu zawołała kobiéta. — Mnie chciał mieć, ale nie kochał. Za grosz w nim serca!...
Uśmiechnął się Daliborski: wojewodzina patrząc na wystygnięcie jego, burzyła się coraz więcéj. Był to rodzaj pojedynku: starosta chłodem walczył, ona ogniem. Dał się jéj wygniewać, wiedząc, że na ostatku pomocy jego potrzebować będzie.
Tak się stało, gniew się w łzy rozpłynął: załamała ręce.
— Cóż począć? co robić!? Ja niemogę żyć, póki on tu jest.
Starosta wytrzymawszy dosyć długo, zbliżył się z cichym szeptem, którego musiała słuchać cierpliwie. Uspokoiło ją to nieco, podała mu rękę, a że długo nie mogła z salonu być oddaloną, wróciła doń. Wyszli razem z garderoby: służba żeńska widziała to, lecz wojewodzina wcale nie dbała o ludzkie oczy i sądy.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.