Studnia Mędrców

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Studnia Mędrców
Pochodzenie Legendy o Chrystusie
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1905
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Markowska
Tytuł orygin. De vise männens brunn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron
Studnia Mędrców.

Susza wędrowała po starej Judzkiej krainie. Z okiem zapadłem, obliczem bezlitośnem, deptała pożółkłe trawy i zwiędłe, pokurczone osty.
A było lato. Słońce ogniem ziało na obnażone grzbiety gór, najlżejszy podmuch wiatru unosił chmurę pyłu wapiennego ze spopielałej ziemi, w dolinach kupiły się stada na brzegach wyschłych strumieni.
A Susza chodziła wszędy i badała pilnie, ile gdzie wody pozostało. Zawędrowała aż do Stawów Salomona, spojrzała i westchnęła, bo oto dość jeszcze było wody między skalistemi brzegi. Stamtąd zeszła w nizinę, do sławnej studni Dawida koło Betlehem; aliści i tam wodę znalazła. Tedy ciężkim, wlokącym się krokiem wędrowała dalej, przez wielką drogę wojskową, od Betlehem do Jeruzalem.
Gdy już prawie w połowie drogi stanęła, ujrzała tuż na jej skraju studnię Mędrców i wnet spostrzegła, że mało wiele, a wyschnie zupełnie. Siadła tedy Susza na cembrowinie, z jednego wielkiego głazu wyciosanej, i spojrzała w głąb studni. Zwierciadlana powierzchnia wody, tak zwykle blizka otworu, zniżyła się i opadła, a muł i błoto z dna mąciły jej przezroczą czystość.
A gdy studnia ujrzała w zmąconym swym zwierciadle odbicie ogorzałego niby bronz oblicza Suszy, dał się słyszeć cichy szmer trwogi.
— Chcialabym wiedzieć rzekła Susza — kiedy ostatnia twoja chwila nadejdzie. Chyba nie odnajdziesz tam w głębi żadnej żyły wodnej, któraby cię nowem obdarzyła życiem. A o deszczu, chwalić Boga, niema co mówić przed dwoma, trzema miesiącami.
— Próżne twe obawy westchnęła studnia. — I tak niemasz dla mnie pomocy. Na toby conajmniej rajskiego źródła potrzeba.
— Nie opuszczę cię też, póki nie skonasz — rzekła Susza.
Widziała ona, że starej studni niewiele się już należy i chciała napaść oczy widokiem tego, jak z niej życie kropla po kropli ulatywać będzie.
Rozsiadła się wygodnie na obrzeżeniu studni i słuchała radośnie westchnień, z głębi płynących. Błogo jej też było patrzeć, jak szli do studni spragnieni wędrowce, jak chciwie zanurzali wiadro, a wyciągnąwszy je, znajdowali na dnie samem odrobinę błotnistej, zamulonej wody.
Tak dobiegł kresu dzień. A gdy mrok zapadł, spojrzała znów Susza w głąb studni. Ledwie że dostrzec można było gdzieś na dnie zamierający połysk wody.
— Zostanę tu noc całą — zawołała Susza — możesz się nie śpieszyć. Gdy się dzień nowy zbudzi i widno będzie na tyle, bym znów wnętrze twoje obaczyć mogła, nadejdzie z pewnością ostatnia chwila twoja.
I przysiadła na daszku studziennym.
A tymczasem noc brała w posiadanie krainę Judzką, noc upalna, okrutniejsza i bardziej dręcząca, niż dzień. Nie milkło wycie psów i szakali, a spragnione krowy i osły odpowiadały im przeciągle z dusznych stajen. Chwilami zrywał się wiatr, nie niósł przecież ochłody: gorący był i parny, niby ciężki oddech śpiącego potwora.
Gwiazdy za to jaśniały całym przepychem blasków, a mały błyszczący sierp księżyca rzucał zielonawo błękitną poświatę na szare wzgórza. W poświacie tej ujrzała Susza wielką karawanę, zbliżającą się do wzgórza, na którem właśnie stała studnia Mędrców.
Patrzyła Susza na długi korowód i rosła jej radość na myśl, że oto nowy tłum pragnących ciągnie do studni, a nie znajdzie i kropli wody, by żar pragnienia tego ugasić. Bo taka była mnogość ludzi i zwierząt, że opróżnićby mogli studnię, choćby najpełniejszą była. Aż zdało się jej nagle, że dziwnie jakaś niezwykła, dziwnie niesamowita ta wędrująca nocą karawana. Wszystkie wielbłądy okazywały się najprzód na szczycie wzgórza, które pionowo wznosiło się na horyzoncie, — rzekłbyś, zwierzęta owe wprost z nieba zstępowały. Większemi się też wydawały w miesięcznej poświacie, niż zwykłe wielbłądy i zbyt lekko niosły ogromne ciężary, któremi je objuczono.
Aleć trudno było Suszy nie wierzyć w ich istnienie, bo widziała je przecież zupełnie wyraźnie. Mogła już nawet dojrzeć, że na czele szły trzy dromadery o szarej błyszczącej sierści, że zdobiły je bogate rzędy i czapraki z sutą frendzlą, że siedzieli na nich dorodni i możni jeźdźcy.
Korowód cały zatrzymał się przy studni. Trzy razy ciężko przyklęknęły dromadery i ciężko położyły się na ziemi, a jeźdźcy zsiedli z nich. Juczne wielbłądy zaś stały na miejscu. Przybywało ich wciąż więcej i więcej, aż uczyniła się wreszcie nieprzejrzana gęstwa długich szyi, garbów i dziwacznie powiązanych juków.
Trzej jeźdźcy podeszli zaraz do Suszy i pozdrowili ją, przykładając dłoń do czoła i piersi. Szaty ich były olśniewającej białości, na głowach zaś mieli olbrzymie turbany, zakończone u góry gwiazdą niezwykle iskrzącą się i jasną. Płonęła gwiazda blaskiem tak mocnym i czystym, jakby ją przed chwilą wprost z nieba zdjęto.
— Przychodzimy z dalekiej krainy powiedział jeden z cudzoziemców — i prosimy, byś rzec nam chciała, zali tu oto jest studnia Mędrców.
— Tak ją dziś jeszcze zowią — rzekła Susza, — ale jutro tu już żadnej studni nie będzie. Noc dzisiejsza ostatnia w jej życiu.
— Nietrudno mi to odgadnąć, skoro ciebie tutaj widzę — rzekł cudzoziemiec. — Nie jestże to jednak jedna z owych studni świętych, które nie wysychają nigdy? Bo skądże imię jej pochodzi?
— Wiemci ja, że święta to studnia — rzekła Susza, — ale nic to nie znaczy. Przecież trzej Mędrcy przebywają w raju.
Wędrowcy spojrzeli po sobie.
— Zali naprawdę znasz historję onej starej studni? — zapytali.
— Znam ja historję wszystkich studni, rzek, źródeł i strumieni — odparła z dumą Susza.
— Sprawże nam tę wielką uciechę — prosili cudzoziemcy — i opowiadaj.
Zasiedli tedy dokoła starej nieprzyjaciółki wszystkiego, co rośnie i żyje, i pilnie słuchać zaczęli.
A Susza chrząknęła, usadowiła się lepiej na obrzeżeniu studni, niby opowiadacz bajek na swojem siedzeniu, i tak zaczęła prawić:
— Ongi, przed wielu, wielu laty, mieszkali trzej mężowie, z mądrości swojej sławni, w Medji, w mieście Gabes, które to miasto na skraju pustyni leży, a stąd mi nieraz schroniskiem miłem było. W biedzie żyli mądrzy mężowie oni, co już zgoła niezwykłem było, jako że w mieście Gabes mądrość zażywała czci niemałej, a nawet opłacano ją sowicie. Nie mogło jednak dziać się inaczej rzeczonym trzem mężom, jeden bowiem z nich nad miarę już był stary, drugi trądem dotknięty, trzeci zaś był Murzynem o wydętych wargach. O pierwszym mniemali ludzie, że zbyt jest stary, by mógł ich czegokolwiek nauczyć, od drugiego uciekali, by się nie zarazić, trzeciego zaś wcale słuchać nie chcieli, przekonani głęboko, że, jako świat światem, nigdy jeszcze mądrość z Etjopji nie wyszła.
W ciężkiej niedoli połączyli się z sobą trzej mędrcy. Razem żebrali w dzień u jednych wrót świątyni, a noce na tym samym spędzali dachu. A tak mogli sobie przynajmniej czas skrócać, rozmyślając nad wszystkiem, co im się dziwnem i niezwykłem w ludziach i rzeczach zdawało.
I oto, pewnej nocy, gdy spoczywali obok siebie na dachu, gęsto czerwonym odurzającym makiem obrośniętym, ocknął się najstarszy z nich, a rzuciwszy okiem dokoła, wnet tamtych budzić zaczął.
Błogosławioną niech będzie nędza, która nam na dworze noclegu szukać każe. Zbudźcie się i wznieście oczy ku niebu.
— A była to — ciągnęła łagodniejszym nieco głosem Susza — noc, której nie zapomnieć nikomu z tych, co ją widzieli. Jasność była taka, że niebo, które się zwykle oczom niby sklepienie mocne widzi, zdało się głębią przezroczą i rozkołysaną niby morze. Fale światłości wznosiły się i opadały, a gwiazdy, niby twory żywe, płynęły przez głębiny, to na powierzchni, to wewnątrz tych fal świetlistych.
Wysoko, wysoko i daleko bardzo dojrzały przecież oczy trzech mędrców coś ciemnego. Ukazało się i pruć zaczęło przestrzeń niby kula, bliżej wciąż było i bliżej. A w miarę zbliżania, zaczynało rozświetlać się tak, jak rozświetla się róża — oby Bóg sprawił, by powiędły wszystkie! — gdy z pączka rozkwita. Rosło to i rosło, ciemna osłona opadała zeń powoli, światłość biła z jego wnętrza niby cztery jasne płatki kwiatu. Aż nareszcie spuściło się tak nizko, jako najbliższe gwiazdy, i zatrzymało w przestrzeni. Listek po listku wywijała się z ciemnej osłony światłość różowa, aż z niej zupełnie ciemność opadła i światło, niby gwiazda cudna, śród gwiazd zajaśniało.
Gdy zaś ubodzy mężowie owi zjawisko to ujrzeli, rzekła im mądrość ich, że oto w chwili tej narodził się na ziemi król potężny, a większą będzie moc jego, niż Cyrusa albo Aleksandra. Mówili tedy do siebie:
— Wstańmy a pójdźmy do rodziców nowonarodzonego i opowiedzmy, co oglądały oczy nasze. A ci nagrodzą nas może workiem monet albo-li naramiennikiem złotym.
Wzięli kije podróżne i puścili się w drogę. Szli przez miasto cale aż do bram miejskich, tam przecież stanęli w niepewności, bo oto przed niemi rozciągała się pustynia niezmierzona, która trwogą napełnia ludzi. Aliści ujrzeli, że od gwiazdy nowej słał się wazki pas światła na piasek pustyni. Skrzepiły się serca ich i ruszyli dalej, a gwiazda była im przewodnikiem.
I szli tak noc całą przez piaszczystą równinę, a idąc, gwarzyli o maleńkim nowonarodzonym królu i o tem, jak go znajdą w kolebce złocistej, igrającego drogiemi kamieniami. Skracali sobie długie godziny nocy, radząc o tem, jako staną przed obliczem rodzica jego, króla, i macierzy — królowej, jak im rzeką, że oto synaczkowi ich niebiosa przepowiadają moc i siłę, urodę i szczęście, od szczęścia Salomona większe.
Krzepiła ich myśl, że wybrańcami byli, którym Bóg dał gwiazdę oglądać. I mówili sobie, że rodzice nowonarodzonego nagrodzą ich nie mniej jak dwudziestu workami złota, a może nawet tak szczodrze ich obdarzą, by już nigdy nie zaznali męczarni nędzy.
— A ja — mówiła dalej Susza — przypadłam niby lew na pustyni i czyhałam na wędrowców onych, by spaść na nich z całą męką pragnienia. Uszli mi przecież, bo gwiazda wiodła ich noc całą, rano zaś, gdy pobielało niebo i wszystkie gwiazdy zagasły, ta jedna nie przestała świecić nad pustynią, aż doprowadziła ich do oazy, gdzie czyste źródło i daktyli poddostatkiem znaleźli. Spoczywali tam dzień cały, skoro zaś noc zapadać zaczęła, a promień gwiaździsty znów im drogę na piasku pustyni znaczył, powstali i dalej poszli.
— Ludzką miarą mierząc — ciągnęła Susza — szczęšliwa była to wędrówka. Wiodła ich gwiazda tak, że ani głodu, ani pragnienia nie zaznali. Wiodła ich tak, że omijali ostre kolące osty i głębokie zaspy lotnego piasku, że ujść zdołali palącym promieniom słońca i strasznym wichrom pustyni.
I coraz mówili trzej mędrcy do siebie:
— Bóg nas strzeże i błogosławi drodze naszej. Zwiastunami Jego jesteśmy.
— Ale powoli udało mi się przecież opanować ich — prawiła Susza dalej.
Dni kilka minęło i stały się serca tych wędrowników gwiaździstych pustynią bezwodną i piaszczystą jak ta, przez którą wiodła ich droga. Wypełniła je bezpłodna duma, wysuszyła trawiąca chciwość.
— Zwiastunami boskimi jesteśmy — powtarzali trzej mędrcy. — Nie za hojnie wynagrodzi nas rodzic nowonarodzonego króla, jeśli nas obdarzy karawaną, objuczoną złotem.
Zawiodła ich nareszcie gwiazda nad sławne wody Jordanu i dalej, ku wzgórzom krainy Judzkiej. Aż zatrzymała się nocy jednej nad maleńkiem miasteczkiem Betlehem, co się na pagórku skalistym, śród drzew oliwnych wznosiło.
Zaczęli tedy trzej mędrcy rozglądać się, a szukać zamków warownych, wieżyc i murów i wszystkiego, co musi być w mieście godnem, by król w niem miał swą stolicę. Aliści nic podobnego ujrzeć nie mogli. Co gorsza, promień gwiaździsty nie wiódł ich nawet w miasto, ale zatrzymał się nad skalną jaskinią, na skraju drogi. Łagodne światło rozjaśniło jej wnętrze i ukazało trzem wędrownikom maleńką dziecinę, na łonie matki do snu kołysaną.
A chociaż trzej mędrcy ujrzeli, że promienie gwiaździste zwinęły się niby korona nad główką dziecięcia, zostali przecież u wnijścia. Nie weszli do jaskini, by maleńkiemu potęgę i panowanie przepowiadać. Cofnęli się śpiesznie i, nie zdradziwszy niczem obecności swojej, uszli czemprędzej od dziecięcia i powrócili na wzgórze.
— Zaliśmy wędrowali do żebraków, tak nędznych i ubogich, jak my sami? — mówili. — Zali nas Bóg tu przyprowadził, abyśmy żarty stroili i synowi pasterza owiec sławę i potegę przepowiadali? Toć dziecko ono może ino trzody paść tu w dolinie i niczego mu po nad to innego nie dożyć.
Susza urwała, spojrzała na słuchaczy swoich i pokiwała głową, jakby rzec chciała: i cóż, czy nie słusznie mówię? Najdzie się niejedno, od piasku pustynnego suchsze, aleć pono nic bezpłodniejszego nad serce ludzkie.
— Niedaleko zaszli trzej mędrcy, aliści opamiętali się, że chyba błądzą i nie za gwiazdą idą — opowiadała dalej Susza. — Spojrzą w górę, by odnależć gwiazdę i drogę dobrą, ale gwiazdy, która ich z Wschodniej krainy aż tu przywiodła, niemasz już na niebie.
Trzej cudzoziemcy poruszyli się gwałtownie, a głębokie cierpienie przyćmiło ich lica.
— Co się zaś teraz stało — ciągnęła opowiadająca dalej, — to według sądów ludzkich radosnem nazwaćby należało. Pewnem jest, skoro oni trzej mężowie nie ujrzeli już gwiazdy nad sobą, uczuli wnet, że zgrzeszyli przed Bogiem. I stało się im jako ziemi jesienią, gdy pora deszczów nadchodzi (i aż wzdrygnęła się Susza). Zadrżeli z przerażenia, jako ziemia w czas błyskawic i gromu, ukorzyły się serca ich, a skrucha — niby ruń zielona — wystrzeliła z duszy.
Trzy dni, trzy noce wędrowali po całej krainie Judzkiej, by odnależć dziecinę, której pokłon oddać mieli. Ale gwiazda nie ukazywała się im wcale, błądzili tedy coraz bardziej, a żałość i smutek wypełniały im dusze. Nadeszła trzecia noc i zastała ich u tej właśnie studni, przy której pragnienie ugasić chcieli. Onej godziny odpuścił im Bóg grzech ich, że, pochyliwszy się nad wodą, w głębi jej ujrzeli odbicie gwiazdy, która ich tu ze Wschodu była przywiodła.
A podniósłszy oczy w górę, dostrzegli ją znów na sklepieniu niebieskiem. I doprowadziła ich gwiazda aż do groty pod Betlehem, i padli w niej na kolana przed dzieciątkiem i rzekli:
— Oto przynosimy ci czary złote, pełne kadzidła i mirry. I witamy w tobie króla najpotężniejszego, jaki kiedykolwiek żył na ziemi od jej stworzenia i żyć do końca jej będzie.
A dzieciątko kładło dłoń swoją na pochylone ich głowy. Gdy zaś powstali, ujrzeli, że obdarowani zostali, jakby ich król żaden obdarować nie zdołał. Bo oto stary żebrak odmłodniał, trędowaty uzdrowion był, a murzyn stał się dorodnym białym mężem. A wieść powiada, że tyle w nich było majestatu i wspaniałości, że każdy z nich po powrocie jako król we własnej krainie zapanował.
Umilkła Susza, a trzej wędrowcy sławić ją zaczęli.
— Piękna była opowieść twoja — mówili. — Dziwno nam jednak, że trzej mędrcy nic nie czynią dla studni, w której odbicie gwiazdy swej ujrzeli. Zali mogli zapomnieć o takiem dobrodziejstwie?
A drugi mówił:
— Zali studnia owa nie powinna istnieć tu po wsze czasy, by przypominać ludziom, że szczęście na wyżynach dumy utracone, jedynie w głębinach pokory odnależć można?
— Zali umarli gorsi są od żyjących? Zali nie znają wdzięczności ci, co się w raju żywotem wiecznym cieszą? — pytał trzeci.
A gdy tak mówili, Susza z krzykiem porwała się z miejsca. Poznała teraz cudzoziemców, ujrzała, kim byli wędrowcy owi. I jak szalona pognała precz w pustynię, by ich nie widzieć i nie słyszeć. A trzej mędrcy zawołali na sługi swoje i ci przywiedli wszystkie wielbłądy, które worami z wodą objuczone były, i wodą tą, z raju przywiezioną, wypełniono po brzegi nieszczęsną zamierającą studnię.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Maria Markowska.