Starościna Bełzka/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.

Tenże pisarz dodaje, że gdy nazajutrz dopatrzono się ucieczki Sierakowskiego, tém więcéj go posądzając o zdradę, wojewoda rozgniewany wszystkie jego pozostałe rzeczy wyrzucić precz z pałacu i na stosie spalić kazał.
A że nie było chwili do stracenia, projekt zaś porwania gwałtownie synowéj trwał ciągle. Wzięto się do wyszukania ludzi, którzyby się téj sprawy podjąć chcieli.
Półkownikiem kozaków nadwornych był w Krystynopolu był[1] niejaki Aleksander Dąbrowski, którego kilku braci zostawało także w służbie wojewody; podkoniuszym czy podstajennym Wilczek, którego już raz z powozem i pewną dyspozycyą do Suszna wyprawiano. Na tych dwóch służalców padł wyrok nieszczęsny, a ludzie ci zwiedzeni nagrodą obiecaną, zapewnieni o bezkarności protekcyą wojewody, dobrawszy sobie podobnych, niejakiego Winnickiego, strażnika leśnego, Grabowskiego, stolnika kozaków nadwornych, i dwóch sprytnych Żydków, podjęli się nowéj wyprawy na Suszno.
Podanie powiada, że sam wojewoda dosyć ostrożny ani namawiał, ani posyłał ludzi, ale póty chodząc po domu publicznie utyskiwał, póty powtarzał: — „Mam tylu sług, widzą wszyscy jak się gryzę, a żaden się nie domyśli, w czémby mi dopomódz, żeby tę awanturnicę zamknąć w klasztorze“... dopóki nareszcie Dąbrowski i Wilczek sami mu się nie zaofiarowali w nadziei wielkiéj jakiéjś nagrody.
Jakkolwiek się to stało, zrobiło się śpiesznie i jednego dnia uradzona była, a nocą wykonana napaść, w chwili, gdy już starostwo nowosielscy zabrawszy córkę z sobą, z Suszna na Nowosiółki uciekali do Lwowa.
Tak chcą autorowie dwóch pamiętników, ale z manifestu Komorowskich okazuje się, że nieco wcześniéj w obawie napadu na Nowosiółek się wynieśli... Podanie znowu powiada, że dla połamanego powozu czy sani do Lwowa nie dojechali, i ostatniego dnia zapust w Nowém Siele zatrzymać się byli zmuszeni.
Sama starościna Komorowska świeżo była po słabości (poronieniu) chora jeszcze, jednakże ratując córko, któréj zdawało się zagrażać niebezpieczeństwo, ważyła się na tę podróż, którą dla spadłych śniegów odbywano saniami.
Dąbrowski, bracia jego, Winnicki, Wilczek, Grabowski, banda kozaków dworskich, a między nimi dwaj przedniejsi: Satyrko i Szpilka, z dwoma zręcznymi Żydkami przeprowadzającymi ich, Abramikiom Jodką i Rudym Wolfem Szmujlowiczem, w licznéj dosyć zgrai, twarze obmazawszy sadzami dla niepoznaki, nie wiem z czyjego pomysłu i rady, postanowili udawać rossyjskich kozaków szukających konfederatów, których właśnie wówczas po okolicy ścigano.
Krok to był niesłychanie zuchwały... ale na owe czasy mniéj niż się nam wydaje... Na drodze banda ta dowiedziawszy się przez Żydków wysłanych na szpiegi, że Komorowskich nie było już w Susznie, domyśliwszy się, że w Nowosiółkach ich znajdą, udała się w tym kierunku za nimi.
Niedawno żył jeszcze w Niestanicach chłop, który był naocznym świadkiem ślubu odbytego w tamtejszéj cerkwi unickiéj; służył on natenczas na dworze Jakóba Komorowskiego za kozaka, gdy starostwo nowosielscy unikając zemsty Potockiego, uciekli z Suszna do Nowego Sioła (koło Kulikowa). Ten opowiadał, że pozostały w Susznie rządca, bliżéj będąc Krystynopola, dowiedział się od swoich o wyprawie przygotowującéj się na dom swych państwa, i tego kozaka właśnie wyprawił do Nowosiółek z ostrzeżeniem... ale on po drodze zabawiwszy się na weselu w Dobrotworach, opóźnił się z przybyciem, i przyjechał do państwa, gdy się już nieszczęście spełniło[2].
Tymczasem w spokojnym dworku nowosielskim Komorowscy się rozgospodarowywali. Nie byli oni bez dworu i ludzi, mieli z sobą przyjaciela i sługę zarazem p. Łukasza Trzaskowskiego, p. Karola Magierowskiego, dworzan Szymona Wyszatyńskiego, Bielańskiego, Sachnowskiego, Soczyńskiego, trzech trębaczy od kapeli, Jacka, Szymona i Łukasza, czterech muzyków, Jacka Demiana, Szymona i Grzegorza, kilku kucharzy i kuchtów (5) i czterech ludzi od koni... Dwór był jak w podróży dosyć liczny, ale na obronę od zbrojnéj a niespodzianéj napaści niewystarczający.
Tu to odbyła się straszliwa scena, na któréj wspomnienie dziś jeszcze niepodobna się nie wzdrygnąć.
„Drugiego dnia (13 lutego), opowiada współczesna relacya, w dzień popielcu samego o godzinie dziesiątéj w nocy stał się tumult i najazd na własny dom jwimp. starosty nowosielskiego, który w szczególności każdemu obywatelowi tyle jest prawami ubezpieczony, pomimo wszystkie ludzkie i bozkie przykazania, z niepraktykowaną bezczelnością, obalający równość stanów, stał się gwałt i najazd. Więcéj półtora sta osób ludu zbrojnego, pod hasłem niesłusznie i fałszywie przybraném niby wojska rossyjskiego, szukającego konfederatów, dom cały otoczyło, i kilkunastu z bandy w strój niezwyczajny przybranych, twarze czernidłem zamazane mających, wpadli do pokoju, w którym siedzących przy stoliku jw. państwa starostów nowosielskich i ich córkę starościnę bełzką znaleźli. Naprzód z broni ognistéj dając kilka wystrzałów, czego znakiem jest wizya grodowa, która kule w ścianach znalazła (dekret powiada, że poznano mimo twarzy zaczernionéj Wilczka, który pierwszy wystrzelił) — lokajów i hajduków, natenczas stół do wieczerzy zastawujących bić i rozpraszać zaczęli, do jmpp. starosty nowosielskiego, chroniącego się z żoną i córką do drugiego pokoju ciągnącego, mimo samego ucha strzelili, przytomnego naówczas p. Trzaskowskiego tumult ten w drugim pokoju u drzwi utrzymującego wybiwszy gwałtownie drzwi flintami okrutnie zbili, powtarzając ciągle:
— „Kondraty! (Konfederaty) rubi! wiaży! koły!“
Samą panię starościnę nowosielską w słabości poronienia natenczas będącą, na ziemię obaloną z karabinami bić zapędzali się, którą ledwie własném ciałem osłaniając p. Trzaskowski od śmierci ochronił. To czynią jedni, drudzy łóżko pawilonem zasłonione karabinami dziurawili, a wtém postrzegłszy starościnę bełzką, zalęknioną, w kącie razem z kobietami innemi stojącą, pytać się językiem rossyjskim zaczęli: kto ona jest? — od któréj odebrawszy odpowiedź, że jest córką najstarszą starostw nic im niewinną, krzyknęli zaraz po rossyjsku: Woźmite jejo, ona znajet o kontradach... W tym momencie gwałtownie, sposobem najezdniczym, bez futra i najmniejszego opatrzenia, porwali ją i uciekli...
„Ludzi w Kulikowie miasteczku, pod pozorem dońców podwodę biorących, okrutnie zbili, samą starościnę słabą, brodzącą po pas w śniegu przy kilkudzisięciu razach upadnienia na ziemię, do ucieczki przymusili, która do pobliższego poddanego swojego chałupy dostawszy się, ze strachu osłabła, w strój chłopski przebrawszy się z nim do Lwowa przyjechała. Zgoła dom cały mocą i siłą oczywistego nieprzyjaciela przewrócony i zgwałcony został. Prócz tego kilkudziesiąt ludzi zbrojnych na traktach potém widywano, równie na wzięcie samego p. Komorowskiego, jak i córki jego czatujących.“
Ten opis drugi pod ręką mamy, jest on nieco dla Potockich przychylniejszy, choć równie ich potępiający, wreszcie relacya Anonima, pamiętnik Chrząszczewskiego i dekret w sprawie téj ferowany, zgadzają się prawie zupełnie co do szczegółów wypadku.
Obaj jednak pisarze pamiętników wzmiankują, że starościna bełzka do drugiego pokoju w chwili popłochu uciekłszy, skryła się tam pod łóżko, z pod którego koniec tylko jéj zielonéj kitajkowéj spódniczki wyglądał. Kozak któryś, Satyrko czy Szpilka, sądząc, że chustka na ziemi leżała, pociągnął za nią, i w ten sposób dobył z kryjówki, w któréj daremnie schronienia szukała...
Biedna ofiara w trzaskący mróz pochwyconą została w jednéj koszuli i spódniczce, bez żadnéj więcéj odzieży.
Powtórzymy tu wyrazy dekretu o napaści i zgonie Gertrudy Komorowskiéj.
„Wśród srożejących się rewolucyj czasowych jako też wszczętych naówczas zawichrzeń w Rzeczypospolitéj, zebrała się pewna hałastra zbrodniarzy i do takowéj przyłączyli się urodzeni i wolni Dambrowski, Wilczek, Szpilka, tudzież Żydzi Wolf i Abramko, którzy to wszyscy tę hałastrę składający, gotowi na wszelki zamach, knując zbrodnię niesłychaną co do swéj okropności, a barbarzyńską co do dzikości, pragnąc zaś utrudnić poznanie siebie i zarazem wywinąć się od kary i sprawiedliwości, twarze swoje poczernili, językiem ruskim rozmawiali, lecz jako nader czujna przeciw gwałtownym zamachom przezorna sprawiedliwość zwykła jak najskrytsze zbrodnie z samych nawet kryjówek ciemności wystawiać na jasny widok, tak indygacye okazują, iż wymienione wyżéj osoby przyłączyły się do owéj niecnéj hałastry, a nadto też inkwizycye dowodzą, iż rzeczona hałastra, tudzież jéj wspólnicy w dniu 13 lutego 1771 r. napadli nocną porą gromadnie i z bronią na Nowe Sioło i tamże otoczyli mieszkanie folwarczne, gdzie przebywali jjww. Komorowscy razem z córką i w. Trzaskowskim, nie spodziewając się, aby ich coś złego spotkać mogło, a rozwarłszy drzwi pierwszéj izby z rusznic wystrzelili, który to wystrzał uskutecznił w. Wilczek już wtenczas nawet poznany; następnie wpadli do téjże izby, daléj wyłamawszy przemocą i gwałtem drzwi do drugiéj izby, wpadłszy tamże, wystrzeliwszy z rusznic na łóżko, kanapę jedwabną podziurawili, w. Trzaskowskiego w gościnie przebywającego i jw. Komorowską k. s. przed wściekłością rabusiów zasłaniającego, wystrzałami z rusznic poranili, jeden zaś ze zbrodniarzy z imienia i nazwiska nieznany do piersi w. Trzaskowskiego pistolet kulami nabity przyłożył, lecz mu takowy wyrwał w. Trzaskowski. Następnie ciż niegodziwi mordercy w. z Komorowskich Potocką, starościnę bełzką, strwożoną w kącie za łóżkiem ukrywającą się porwali i z porwaną, futrami nieokrytą, wśród mroźnéj pory uciekli, rodziców nieszczęśliwych smutkiem i trwogą wskróś przejętych pozostawili, w. zaś z Komorowskich Potocką, po rozmaitych miejscach włóczyli, wreszcie nad strugę przy wsi Rekliniec płynącą przybyli, gdzie tęż w przerębel w lodzie przez w. Dambrowskiego zrobioną wepchnęli, a wyzuwszy się z wszelkiego uczucia nietylko ludzkości, ale nawet ze zmysłu najdzikszym zwierzętom wlanego, z sercem do okrucieństwa zahartowaném, niewinnością, tudzież błaganiem i jękami proszącéj się nieporuszeni, najszlachetniejszą z urodzenia, już w młodocianym wieku odznaczającą się najświetniejszemi przymiotami i rokującą najwyższą pociechę rodzicom ww. Potockiego... z łona tychże rodziców porwaną w najstraszliwszy sposób pod lodem zatopili i najokropniéj zgładzili...“




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędnie powtórzone orzeczenie był.
  2. List p. Kor. Ujejskiego 17 paźdz. 1856


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.