Starościna Bełzka/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIX.

Matka wiedziała, czy nie, radziła pokątnie; przed synem jednak musiała niewiadomość udawać, a groźbą wrażenia, jakie ta wieść na niéj uczynić miała, skłaniano Stanisława do wszystkiego.
P. Mniszchowa i cały dwór poufaléj Potockich otaczający, należał do rady: co daléj poczynać? Sprowadzenie Komorowskich do Krystynopola i pochwycenie podstępem w drodze synowéj nie udało się, potrzeba było innego chwycić się środka, aby rozwód żądany ułatwić.
Starosta zanidecki czuł już, co się w koło niego działo, a nie będąc bez winy (sam list, z którego dajemy wyjątki dowodzi bardziéj słabości, niżeli uniewinnienia) — jak po żarzących chodził węglach.
Domyślał się, co go czekać mogło, przewidywał, że cały gniew wojewody nań spadnie, można więc sobie wystawić, z jaką bojaźnią udał się na rozkaz pański, gdy go do gabinetu wezwano.
Potocki trzymał się rady duklańskiéj pani, począł od surowych wymówek, wyrzucił na oczy ochmistrzowi to, co zdradą jego nazywał, i za warunek przebłagania zasłużonego gniewu położył, aby dopomógł do naprawienia złego. Oznajmił mu, że Szczęsny poznając swój błąd, zgodził się na rozwód, że nie chodziło o nic, tylko o pochwycenie Gertrudy i osadzenie jéj w klasztorze, gdzieby rekluzyą i strachem łatwiéj na niéj przyzwolenie do rozwodu wymódz było można.
— Pojedziesz waćpan do Suszna — rzekł wojewoda — z oddziałem ludzi dobranych, opaszesz dwór i wolą lub przemocą zabierzesz mniemaną żonę Szczęsnego. Masz ludzi, powóz, konie, jedź...
Sierakowski, jakkolwiek się lękał gniewu wojewody i utratę przez nich niełaskę zasług, jakie miał w tym domu, choć przelękły i zafrasowany, na tę propozycyę uczuł oburzenie, wstręt uczciwy i znalazł w sobie moc do odrzucenia jéj. Jak stał tak padł do nóg wojewodzie i na klęczkach do niego zawołał:
— W każdym innym razie, życie moje nieść jestem gotów na zawołanie pańskie, ale nie mogę napaść gwałtownie na dom, w którym tylekroć gościnnie byłem przyjęty, gdzie mi nieraz dano prawdziwéj przyjaźni dowody.
I począł się tak silnie wypraszać, tak przemawiać gwałtownie, że na chwilę nawet, zdało się, wojewodę opamiętał.
Franciszek Salezy zastanowił się, umilkł i nietylko nie uraził się odmówieniem posługi rozbójniczéj i niewolniczéj uległości swym rozkazom, ale zdawał się wstydzić swéj myśli; podobała mu się może ta otwartość szlachetna, i w pierwszém poruszeniu nasypaną złotem tabakierkę dał Sierakowskiemu, prosząc go o zachowanie tajemnicy.
Tak tę scenę opisuje Chrząszczewski, z relacyi szwagra swego Sierakowskiego.
Z opowiadania Anonima znowu zdawałoby się, że wojewoda po téj nieskutecznéj próbie, wyspowiadał się nocą przed żoną z nadaremnego kuszenia starosty zanideckiego, który mu pomocy odmówił. W tymże pokoju, jak wzmiankuje autor pamiętnika, spała jedna z panien wojewodziny, i rozmowę małżonków miała podsłuchać. Wojewodzina wzięła to inaczéj i wielki jéj gniew przeciw Sierakowskiemu wzmógł się jeszcze: żądała ukarania niewiernego zuchwalca, ni mniéj ni więcéj śmiercią mu grożąc; zawsze powolnego męża potrafiła wkrótce przeciągnąć na swoją stronę, odmalowaniem mu zdrady starosty, niebezpieczeństwa, jakie im groziło, gdyby pozostał wolny, nawet szkalowania jakiemuby podpadli, gdyby to nieposłuszeństwo płazem mu uszło. Wreszcie zawsze posądzając go o sprzyjanie Komorowskim, obawiała się, żeby im nie dał znać o krystynopolskich projektach.
Wojewoda przekonany miał się zgodzić na ukaranie starosty zanideckiego, i byłaby może ta krwawa historya więcéj jedną liczyła ofiarę, gdyby owa służąca nadedniem wstawszy, o niebezpieczeństwie nie oznajmiła Sierakowskiemu. Ten ledwie miał czas na koń wsiąść przed wschodem słońca i uciekł zaraz z Krystynopola.
A że się snadź obawiał, aby kto inny powolniejszy od niego się nie znalazł na rozkazy p. wojewody, i napaść na dom pp. Komorowskich nie przyszła do skutku, sam ujeżdżając już, dopaść miał do klasztoru bernardyńskiego i braciszka kwestarza uprosił, aby natychmiast jechał do Suszna oznajmić Komorowskim o niebezpieczeństwie, zalecając im, aby z panią Potocką wyjeżdżali co prędzéj do Lwowa, gdzie stała komenda generała Kreczetnikowa i wojska rossyjskie, pod których bokiem mogli znaleźć zasłonę od przemocy.
Anonim zawsze przypuszcza, że wojewodzina była już wcześniéj uwiadomiona, choć zkądinąd; jakeśmy już powiedzieli, mamy dowody, że przed nią całą sprawę tajono do ostatka.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.