Spekulacye pani Milskiej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Spekulacye pani Milskiej
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom V
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1893
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Indeks stron


SPEKULACYE PANI MILSKIEJ.



W częstych wędrówkach po twardym bruku warszawskim, po poddaszach, suterynach i piętrach, poznałem panią Milską.
Będzie temu lat może dziesięć, może dwadzieścia, trudno spamiętać; bo lata wogóle tę mają właściwość szczególną, że pojedynczo wloką się ciężko jak żółwie, a razem wzięte, lecą jak ptaki... Czas jak chłop: sześć skib ciężkich odorze, a z tego jeden lichy zagonek się robi, z dziesięciu takich zagonków jedno poletko małe, że prawie nie ma na co spojrzeć, a przecie na nie sześćdziesiąt skib się złożyło, wyoranych z trudem, w pocie czoła. Któż liczy te skiby, te zagony, te pólka?... I życie to orka ciężka, dzień się wlecze, dłuży, końca zdaje się nie ma, a obejrzysz się po za siebie w przeszłość... to aż się przerazisz, na coś tyle tych długich dni zmarnował i gdzie się one podziały?
Więc poco lata rachować? Dziesięć, piętnaście, czy dwadzieścia, to taka drobna różnica!...
Spotkałem panią Milską na schodach, dążąc na poddasze, gdzie pewien mój przyjaciel, młody malarz, miał wspaniałą pracownię, z górnem oświetleniem... przez dymnik.
Młody mistrz — uboga pracownia, ale że artyście przypadała do gustu, więc mieszkał w niej, malował, śpiewał, pijał herbatę, jadał suche bułki, a niekiedy serdelki, wogóle żył jak pan, uśmiechając się ciągle.
Pracownię można znaleźć w najbogatszej dzielnicy miasta, ale to będzie tylko pracownia, ta zaś była pracownią z modelami.
Skakały po dachu wróble, łaziły koty, co trzy tygodnie, rankiem, zjawiał się kominiarz. Pyszne modele!... Ptaki, koty, człowiek w charakterystycznym stroju.
A jaki widok z dymnika! Dachy, dachy i dachy! Płaszczyzny w różnych stosunkach, pod rozmaitemi kątami nachylenia; z holenderskiej dachówki, żłobkowane, gładkie, blaszane, czerwone, zrudziałe, czarne, brunatne, smołowcowe, zapleśniałe, porosłe mchem, bardziej spadziste, mniej spadziste, podlepiane wapnem, bielone, malowane świeżo na kolor krwi.
Istny taniec płaszczyzn, symfonia dachów!
Gdzieniegdzie wyskakiwało z nich okienko w drewnianej budce, dymnik, gdzieniegdzie bieliła się nowa drabina, lub deska dla kominiarzów.
A jaka rozmaitość! Dachy bywały czasem mokre, czasem suche, niekiedy ubielone śniegiem, gdy zaś śnieg dłużej poleżał, a przy ciężkiem powietrzu dym z kominów tułał się po ich powierzchni, to pozostawiał po sobie na śniegu pasy brudne, w najrozmaitszych odcieniach. Inaczej te płaszczyzny dachowe wyglądały dniem, inaczej nocą; w oślepiającem świetle słonecznem, przy łagodnym blasku księżycowym, przy złoto-różowym wschodzie, przy krwawym zachodzie słonecznym, przy oślepiającem świetle błyskawic burzy nocnej. I jeszcze tej rozmaitości nie koniec; bo nad dachami sterczały kominy, wysokie, nizkie, odnowione, odrapane, czyste, brudne, z blaszanemi przystawkami, bez przystawek, istne muzeum kominów. Gdy księżyc w nocy zajaśniał, gdy blaski swoje na dachach porozkładał, to rysowały się na płaszczyznach cienie fantastyczne, dziwaczne, niekiedy bardzo osobliwe.
A koty! Co tam było kotów i jakich kotów, jakie one wyprawiały harce, jakie wrzaski, jęki, płacze... jakie bitwy z sobą staczały!..
Śliczna pracownia, a jaka tania! Artysta płacił za nią tylko trzy ruble miesięcznie. Za wszystko: za mieszkanie, za widok na dachy, za kocie symfonie, za świergotanie wróbli, za dymu zapach, co się z kominów dobywał... Żadnych za to dodatkowych opłat nie ściągał gospodarz i wszystkiego pozwalał używać darmo, ile dusza zapragnie.
Szedłem do szczęśliwego lokatora pracowni przez schody drewniane, wydeptane, wązkie, bo dom był staroświecki, stawiany wówczas jeszcze, kiedy ludzie nie grymasili jak dziś i nie pragnęli marmurów.
Na tych schodach, chociaż była dziesiąta rano, panował mrok, jakby o szarej godzinie. Przeszedłem szczęśliwie pierwsze piętro, ale na drugiem natrafiłem na przeszkodę.
Całe przejście zastawione było gratami. Kanapa zielona, białemi obita ćwieczkami, takież fotele, krzesła, sofa, szeslong, wszystko to, mocno sfatygowane i dotknięte zębem czasu, tamowało przejście.
Wśród gratów uwijała się istota rozczochrana, bosa, wątła, niby dziewczyna już, niby dziecko jeszcze i ze wszystkich sił grzmociła kijem szacowną kanapę, na której zapewne kilka pokoleń ludzkich odsiedziało swój czas. Z kanapy, oprócz łoskotu i metalicznego jęku sprężyn, wydobywał się tuman kurzu. Przez niego to, niby przez obłok, w otwartych drzwiach mieszkania dojrzałem postać niewieścią.
Twarzy nie mogłem widzieć dobrze, ale po wzroście, po tuszy, po powłóczystym szlafroku, różowym, o ile mogę pamiętać, po białym czepeczku, mogłem się domyśleć, że mam przed sobą osobę poważną i wspaniałą.
Ujrzawszy moje zakłopotanie, odezwała się pierwsza:
— Proszę bardzo, niech pan przejdzie... Józiu, postaw dwa krzesełka z pod ściany na szeslongu, to się zrobi miejsce dla pana.
Bosy kopciuszek rzucił kij, czy trzepaczkę, kocim susem wskoczył na sofę, z sofy na szeslong i wykonał rozkaz w mgnieniu oka.
— Teraz niech pan przechodzi — rzekła dama; — przepraszam za ten nieporządek, ale cóż robić? Meble są na to, żeby je od czasu do czasu trzepano.
W milczeniu ukłoniłem się i chciałem przejść, i prawdopodobnie byłbym przeszedł i wspaniałej damy nigdy w życiu więcej nie widział, gdyby nie ta drobna okoliczność, że kopciuszek, a właściwiej kocmołuszek, postawił przy samej ścianie szczotkę do zamiatania. Nie dostrzegłem tego w półzmroku, jaki na schodach panował, nastąpiłem na szczotkę i kijem od niej zostałem uderzony w kość policzkową tak silnie, żem aż krzyknął z bólu.
— Ach, mój Boże! — zawołała dama — co za wypadek!... Widzi pan, jakie to teraz sługi niegodziwe!... Bardzo pan cierpi?
— Trochę.
— Ach, mój Boże! jakżeż mam pana przeprosić za tę niezdarę?
— Stało się. Pójdę na górę i przyłożę zimnej wody na twarz.
— U tego malarza?
— Tak.
Ruszyła ramionami z wyrazem politowania.
— Alboż on może mieć wodę? Zresztą woda na nic, najlepszy jest w takim razie nóż.
— Nóż?
— Spodziewam się... ja zawsze tak leczę stłuczenia. Proszę pana do pokoju... Bez ceremonii... Z mojej winy wypadek, ja powinnam pana ratować.
— Poradzę sobie sam.
— Eh, mój panie — rzekła z pewnem zniecierpliwieniem, — ja wiem, co mówię. Jestem kobieta doświadczona i mam dorosłe dzieci... Proszę pana.
Wszedłem do pokoju pustego prawie. Stał w nim tylko fortepian, stół z przed kanapy i parę małych stolików. Szczęśliwe graty drewniane, których nikt nie trzepie.
— Proszę do okna, do światła... Jezus Marya! — zawołała — śliczne rzeczy, guz jak kartofel!... będzie i siniak, jeżeli się zawczasu nie zaradzi. W tej chwili... w tym momencie... Józia, utrapieńcze ty jeden... ślamazarności wcielona... dawaj tu krzesełko!... Ktoby się spodziewał, ktoby się spodziewał!
Wybiegła do drugiego pokoju i po chwili przyniosła koszyczek z nożami.
— Pod samem okiem! Ależ ta waryatka mogła pana kalectwa nabawić.
Ośmieliłem się zwrócić uwagę, że waryatka nie jest winna w tym razie.
— To moja własna nieostrożność.
— Pańska?! a dlaczego ta idyotka postawiła szczotkę na tem miejscu?
Narzekając ciągle na niegodziwość Józi, poczciwa dama przykładała mi nóż po nożu do twarzy. Miałem sposobność przypatrzeć się jej. Była to kobieta niemłoda, niegdyś zapewne bardzo przystojna. Twarz nie pomarszczona, dość pełna, włosy cokolwieczek dopiero siwiejące, oczy ciemne, pełne życia, ręka dość delikatna, składały się na całość, robiącą sympatyczne wrażenie.
— Nie, panie, — odezwała się po krótkiej chwili milczenia — nóż nie pomoże... to jest duże stłuczenie, trzeba przyłożyć arnikę.
— Posłucham pani rady i jak tylko wrócę do domu...
— Ależ nie, to pomaga na razie... ja mam arnikę u siebie.
— Dziękuję pani dobrodziejce...
— Przepraszam; nie mam przyjemności znać pana, ale widzę, żeś dzieciak... Ostatecznie nie zjem pana przecie... Stała się krzywda z mojej przyczyny, a raczej z winy tego roztrzepańca... więc powinnam się panem na razie przynajmniej zająć...
Cóż było robić? Poddałem się i trzymając na twarzy gałganek umoczony w zbawczej arnice, siedziałem przy oknie; na drugiem krześle usiadła dama, a kocmołuszek akompaniował naszej rozmowie szalonem staccatem na nieszczęsnej kanapie.
— Pan szedł na górę?
— Tak, pani.
— Do malarza?
— To mój przyjaciel... znamy się oddawna...
— Ach... czy w pańskim wieku można mieć pojęcie, co to znaczy dawno?
— Przynajmniej względne.
— Chyba... I ja tego malarza znam.
— Poczciwy chłopak.
— Skończony łobuz!
— Artysta...
— Podobno wszyscy oni tacy... ale i nieprzyjaciel przyzna, że ma talent. Panie, jak on maluje koty! jakie koty!... co za koty!... jak żywe, tyle tylko, że nie miauczą.
— Z kotami mieszka... Dawno go pani zna?
— Już dwa lata. Nie mówił panu o tem?
— Nie.
— Ja zawsze powiadam, że on musi z Wilna pochodzić. Skryty jest. On daje mojej starszej córce lekcye rysunków... Dziewczyna ma talent, a jaka pracowita! Czy pan da wiarę, że wyrysowała już chyba ze trzy tysiące kotów! Ołówkiem nie ołówkiem, kredką nie kredką, pastelami nie pastelami; teraz robi wielką kocicę z kociętami i niech pan sobie wyobrazi, na olejno! Podobno będzie to coś cudownego... I co za szczególny zbieg okoliczności, bo na imię ma też Kocia!
— Konstancya?
— A tak, zdrobniale Kocia... Lepiej panu?
— Lepiej, dziękuję pani, pójdę już...
— Jeszcze trochę pan potrzymaj ten kompres... ale poznajmyż się; z kim mam przyjemność?
— Jestem... ***.
— A to osobliwsza historya! Moja serdeczna przyjaciółka, koleżanka z pensyi, Zofia ***, wyszła była zamąż za człowieka tego samego nazwiska...
— To właśnie moja matka.
— Więc pan jesteś synem mojej serdecznej, kochanej Zosi?
— Tak, pani.
— No, przynajmniej raz w życiu to czupiradło, Jóźka, zrobiło coś rozumnego, postawiwszy na pańskiej drodze szczotkę. Siniak będzie, bo będzie, ale ja mam przyjemność poznać syna Zosi... mojej drogiej Zosi. Jakże imię?
— Ludwik.
— Śliczne imię! Mój Boże, co za szczęśliwe zdarzenie. Pan musiałeś o mnie coś słyszeć od matki; pewnie mnie wspominała niekiedy. Ja jestem Milska... Łucya Milska.
— O! bardzo często słyszałem...
— Mam wielką ochotę nie puścić pana ztąd, dopóki nie opowiesz mi wszystkiego o twojej matce. Tyle lat, mój Boże, gdzież ona teraz mieszka? jak się miewa? co robi?
Zasypała mnie gradem pytań, tak, że nie zdążyłem nawet odpowiadać. Gdym wychodził, jeszcze zatrzymała mnie w przedpokoju, w sieni, gdzie znów o mało co nie nastąpiłem na ową nieszczęsną szczotkę, w tem samem miejscu postawioną przez Józię.
Przyrzekłem, że przyjdę w niedzielę wieczorem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wprost od pani Milskiej poszedłem do malarza, na poddasze. Wejście do jego pracowni było dość niewygodne, ze schodów frontowych trzeba było iść przez korytarzyk nizki, prawie ciemny, załamujący się kilkakrotnie, gdyż pracownia znajdowała się w tylnej części domu i dlatego miała taki cudowny widok na dachy.
Zastałem artystę przy pracy; malował... kota.
Usłyszawszy o mojej przygodzie i zawarciu znajomości z panią Milską, zawołał:
— Pyszna kobieta... winszuję ci.
— Czego?
— Znajomości. Spotkamy się tam nieraz, ale słuchaj, ponieważ masz bywać u pani Milskiej, zastrzegam sobie jeden warunek...
— Jaki?
— Są tam dwie panny. Obie śliczne dziewczyny, młodsza Mania i starsza Kocia. Otóż racz przyjąć do wiadomości i pamiętać o tem raz na zawsze, że ja Koci daję lekcye rysunków...
— Mówiła mi to już pani Milska, ale cóż ztąd?
— Nic; idzie mi tylko o to, żebyś ty jej lekcyj nie dawał.
— Ależ, człowieku! ja nietylko kota, ale nawet kociego ucha nie umiem wyrysować!
— To ci się chwali. Mani możesz dawać lekcye geometryi wykreślnej, gry na flecie, gramatyki porównawczej, sanskrytu, kroju paryzkiego, buchalteryi włoskiej, czego ci się podoba; tamtej nic... Zgoda?
— Ależ ja wcale nie mam intencyi...
— No, to dobrze; nie ma o czem mówić.
— Jednak, wiesz co, Julku? skryty jesteś.
— Ja?!
— Nie wspominałeś mi nigdy, że masz uczennicę, że...
— Alboż pytałeś mnie o to?
— Trudno miałem pytać, nie wiedząc.
— Trudno miałem odpowiadać nie pytany. Jak uważasz tego burego kota? — zapytał, wskazując na stalugi.
— Solidny — odrzekłem.
— To mało. On nie jest solidny, on jest uroczysty, majestatyczny, wspaniały. Co najmniej, to koci hrabia, lub baron.
— Zapewne; ale, mój kochany, powiedzże mi, kto jest właściwie ta pani Milska?...
— Jak to kto? Przecież ją widziałeś...
— I słyszałem często jej nazwisko u nas, w domu, ale swoją drogą nie znam jej.
— Jest kobieta uczciwa.
— Nie wątpię. Zapewne kapitalistka...
Julek rzucił pendzel i zaczął się śmiać głośno.
— Masz racyę! Pani Milska, Kocia, panna Mania, ich brat Piotrek, pucołowaty bąk z czwartej klasy, rozczochrana Jóźka, co podstawiła ci szczotkę pod nogi, ty, ja i wreszcie ten kot malowany — to wszystko kapitaliści. Wiesz, przyszła mi genialna myśl! Połączmy nasze majątki i budujmy koleje żelazne. Gotów jestem zrobić wam ten honor i zostać prezesem rady zarządzającej, ma się rozumieć ciebie forytuję na wiceprezesa.
— A Kocię na prezesową?
— Nie dotrzymujesz słowa... Kocia jest z naszych gawęd wyłączona. Kocia jest Kocią...
— Bardzo dobrze; więc pani Milska jest wdową?
— O tyle, o ile nią może być kobieta, która męża straciła i powtórnie za mąż nie wyszła.
— Jakie stanowisko zajmował nieboszczyk pan Milski?
— Niewysokie, ale za to niepewne. Dzierżawił folwarczek koło Rawy; wojował z deszczem, z gradem, z pomorkiem, z ratą dzierżawną, z żydami, i to mu tak ślicznie robiło na zdrowie, że umarł naturalną śmiercią, mając czterdzieści pięć lat życia i zostawił wdowę z trojgiem dzieci wprawdzie, ale bez żadnego funduszu. Bo, widzisz, na świecie idzie jedno za drugie, tak, ale — bez tamtego, owak — ale z tem... Taka to kapitalistka jest pani Milska.
— Jednak, o ile uważam, zajmuje dość obszerne mieszkanie.
— Zajmowała ona już i obszerniejsze. Panienki otrzymały edukacyę przyzwoitą, a bąk chodzi do szkoły.
— I czyimże to kosztem? Czy mają bogatych krewnych?
— Owszem, mają aż dwa gatunki.
— Dwa?
— No, tak; bo wogóle krewni dzielą się na dwa gatunki: takich, co chcą dopomagać wdowie i sierotom, ale nie mogą, i takich, którzy mogą, ale nie chcą. Wobec tego nietrudno odgadnąć, że pani Milska utrzymuje się własnym kosztem.
— Wydaje mi się to zagadkowem, jeżeli nie podejrzanem.
Malarz zarumienił się.
— Słuchaj — rzekł — to dom uczciwy... jeżeli ja daję pannie lekcye rysunków, to już dosyć!
— A cóż to ma za związek jedno z drugiem?
— Daję ci słowo uczciwe, że ma. Milska jest taka kobieta, że ją najsurowszy Katon mógłby na środku forum w rękę pocałować. Jeżeli nie chcesz mi robić przykrości, to, proszę cię, nie wspominaj o żadnych wątpliwościach, bo nie ma ich i być nie może.
— Wierzę ci najzupełniej... ale ciekawy jestem, w jaki sposób, mówię to bez żadnej złej myśli, w jaki sposób można porządnie mieszkać, żyć, kształcić dzieci, nie mając ani majątku, ani żadnych stałych dochodów?
— Widać, że można...
— Dziwna rzecz...
— Pani Milska ma swoje spekulacye.
— Chyba nie gra na giełdzie i nie bawi się w antrepryzy.
— No nie; a przecież ręki nie wyciąga i łaski niczyjej nie potrzebuje. Słuchaj, ona mi płaci za lekcye rysunków. Uważasz, mnie! a doprawdy, jabym wszystkie podłogi, ściany, piece, sufity w jej mieszkaniu najpiękniejszemi kotami zamalował. Przykro mi pieniądze od niej brać, ale muszę, bo inaczej nie pozwoliłaby mi dawać tych lekcyj, bez których (tobie to mogę powiedzieć, tobie jednemu) trudno mi byłoby żyć.
— Tak daleko zaszedłeś, koci malarzu?
— Tak. Albo się idzie, albo się nie idzie; ja jestem z takich, co idą.
— I zajdziesz?
— Spodziewam się! Ale wracając do pieniędzy, chciałem w delikatny sposób zwrócić honoraryum... i raz kupiłem bilety do teatru dla całej rodziny. Miałem się spyszna!
— Nie przyjęła?
— Przyjęła, ale zapowiedziała mi, że jeżeli raz jeszcze coś podobnego zrobię, to zerwie ze mną wszelkie stosunki. Zanadto mi ta Kocia w głowę zajechała, żebym się miał na to narażać... Z panią Milską, widzisz, nie ma żartów.
— Czemuż się nie oświadczysz? jako narzeczony miałbyś prawo...
— Zapewne, ale jeszcze trzeba poczekać.., wiesz, że finansowość moja obecna nie jest bardzo ciekawa...
— I nie zmieni się prędko.
— Wprost przeciwnie, zmieni się gruntownie, ale dopiero za rok.
— Jak sprzedaż ze stu kotów?
— Przedewszystkiem nie żartuj z kotów; pochlebiam sobie, że są to koty malowane sumiennie. W każdym moim kocie jest tyle prawdy, ile się jej w kocie zmieścić może.
— Rzeczywiście i to każdy przyzna.
— Więc skoro przyznajesz, to nie drwij. Co do położenia mojego... ja mam majątek ziemski.
— Nie może być! Gdzie?
— W zastawie. W naszych stronach, widzisz, może na majątek zastawić tak dobrze, jak w Warszawie zegarek; jest tylko ta różnica, że żyd, jako żywo, nigdy nie siedzi w zegarku, a zastawnik w moim majątku siedzi i ciągnie z niego dochody do czasu amortyzacyi długu. W przyszłym roku termin się kończy, majątek wypuszczę w dzierżawę i mieć będę dochód wystarczający na życie. Ma się rozumieć, natenczas pomówimy z panią Milską.
— Ona nie wie o twoich dobrach?
— Na co? Ja nigdy o tem nie wspominałem nikomu, a jeżeli zwierzyłem się tobie, to w nadziei, że będziesz dyskretnym... Mam w tem swoje wyrachowanie.
— Rozumiem... No, ale... gdyby przez ten rok, który sobie na czekanie wyznaczyłeś, trafił się kto inny i zabrał ci twój ideał?
— To być nie może...
— Ale, gdyby...
— Ha! — rzekł, uśmiechając się smutnie — malowałbym koty... ale tylko wściekłe!

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

W najbliższą niedzielę dzwoniłem do mieszkania pani Milskiej. Nie otworzono mi zaraz, a z przedpokoju dobiegł uszu moich szmer przyciszonej sprzeczki: — Otwórz, Piotruś! — Aha, otwórz, sama otwórz, to „kociarz.“ — No, Piotruś, otwórz, proszę cię. — A pomożesz mi z francuzkiego? — Pomogę. — Pamiętaj...
Po tej pertraktacyi, odbytej, jak się domyśliłem, pomiędzy bratem siostrą, drzwi otworzono i ujrzałem pucołowatego chłopaka, w uczniowskiem ubraniu. Włosy ostrzyżone miał przy samej skórze, z oczu patrzył mu łobuz.
Ujrzawszy mnie, chłopak się cofnął, z pewnem zdumieniem.
— Zapewne pan do państwa Kowalskich? — zapytał.
— Nie — odrzekłem — do pani Milskiej.
— Proszę tędy.
Zaprowadził mnie do maleńkiego pokoju, umeblowanego bardzo skromnie. Pani Milska powitała mnie serdecznie.
— Rozgość się pan — rzekła. — U nas ogromna ciasnota, całe mieszkanie dwa pokoiki, pasażyk i kuchnia, ale żyje się jakoś...
— Zdawało mi się jednak — rzekłem — że pokój, w którym byłem u pani po raz pierwszy, był znacznie większy...
— Masz pan słuszność, ale od dwóch dni mieszkają państwo Kowalscy. Bardzo mili ludzie, z pod Sandomierza, przybyli do Warszawy dla edukacyi dzieci.
— Krewni pani?
— Ale zkąd! znam ich od trzech dni, to jest odkąd tu zamieszkali. Widzi pan, ja mam różne swoje spekulacye; trzeba przecież z czegoś żyć... A oto i moje córeczki. Pan ***, syn mojej serdecznej przyjaciółki, moje panny. Konstancya, artystka w wolnych chwilach, Marya... Mam i syna, Piotruś mu na imię, uczy się w szkołach. Bądźże pan u nas jak u przyjaciół.
Panienki prezentowały się bardzo dobrze; średniego wzrostu, szczupłe, o bardzo białej cerze i dość regularnych rysach, zgrabne, kształtne, ubrane skromnie, lecz gustownie, mogły się każdemu podobać. Obie były blondynki, starsza miała włosy nieco ciemniejsze, młodsza ze złotawym odcieniem. Musiałem przyznać w duchu, że malarz kotów miał gust. W mieszkaniu było wszystko urządzone skromnie, ale każdy sprzęt jaśniał dokładną, pedantycznie utrzymywaną czystością. Zielony garnitur, tak niemiłosiernie łomotany przez kocmołuszka-Józię, nie znajdował się w pokoju bawialnym pani Milskiej; natomiast stała tam kozetka i kilka napoleonek, krytych jaskrawym, ale dość gustownym kretonem. Przed kozetką był stolik, na nim duża lampa z abażurem, na ścianie wisiało duże lustro w mahoniowych ramach z bronzami, widocznie antyk, z lepszych czasów pamiątka. Przy oknie, w kąciku, osłonięte serwetą, stały małe stalugi malarskie; domyślałem się, że pod serwetą jest bleitram, a na nim niedokończona zapewne olejna kocica z kociętami. Tak też naturalnie było; gdyż później, gdym częściej u pani Milskiej bywał, gdy poznałem bliżej tę, ze wszech miar godną szacunku kobietę i byłem zaszczycony przez nią zaufaniem, pokazano mi to arcydzieło.
W godzinę może po mojem przyjściu nadszedł Julek; panny wzięły go zaraz w obroty, jak dobrego znajomego lub kuzynka, wyprowadziły go do drugiego pokoju, opowiadały mu coś, żartowały, słyszałem tylko wybuchy śmiechu, tego młodego, zdrowego śmiechu, w którym dźwięczy czysta jak kryształ nuta prawdziwej wesołości, nie zatrutej jadem sarkazmu, nie skąpanej w łzach, nuta wesołości młodej, szczerej, serdecznej.
Ja tymczasem gwarzyłem z panią Milską, a w miarę, jak się przeciągała ta gawędka, wyjaśniały się wątpliwości moje i urosło uwielbienie dla tej kobiety osieroconej i sierotami obarczonej, co rzucona w świat szeroki, musiała się w nim ruszać o sile własnej i pełnić obowiązki swe skromnie, cicho, bez deklamacyi, bez jęku na ów wiatr przeciwny, co biednym ludziom wieje prosto w oczy. Dopóki mąż żył, trzymała się ściśle w zakresie obowiązków żony, matki, gospodyni domu. Robiła co do niej należało. Gdy umarł, wzięła po nim ciężką sukcesyę, bo jego obowiązki. Za życia męża była dzieciom tylko matką; z chwilą jego śmierci stała się dla nich ojcem-żywicielem, kierownikiem, torującym ścieżki przyszłości. I wydawało jej się to tak naturalnem, tak prostem; nie złorzeczyła losom, nie pozowała na ofiarę, chociaż rzeczywiście nią była.
— Widzi pan — mówiła z pełną prostoty szczerością — mój mąż nieboszczyk, poczciwa, najzacniejsza dusza na świecie, zostawił mnie w trochę trudnem położeniu. Nie miałam do niego żalu za to i mieć nie mogłam, bo cóż on biedak winien? Ja miałam bardzo niewielki posag, on także bogaty nie był. Pobraliśmy się. On dzierżawił mająteczek pod Rawą; kochaliśmy się, był dla mnie jaknajlepszy, przykrego słowa nie usłyszałam od niego — ale nie szło nam... To jest — dodała, poprawiając się — źle mówię, szło i nie szło. W domu dobrze, cicho, spokojnie; dzieci się chowały zdrowo... tylko interesa. Mój Boże, co on się nacierpiał! Nieraz, bywało, mówię: — Oleś, co ci jest? czemuś taki smutny? On odpowiada: — Nic moja droga, tylko interesa. Ciągle miał jakieś... Żydzi przyjeżdżali prawie codzień, targował się z nimi, układał, procesował... Co to pomoże, panie! Nieboszczyk uczciwy był, płacił najrzetelniej gdy mógł, a mógł nie zawsze... Bo, proszę pana, niech pan sam osądzi: folwarczek mały, ziemia licha, dzierżawa wyciągnięta, a tu jeszcze i nieszczęścia różne, to nieurodzaj, na suche lata zawsze nieurodzaj był, to grad, to pożar... Mój mąż w tych kłopotach podupadać zaczął na zdrowiu, aż jednego dnia przeziębił się, zachorował ciężko — i po kilku dniach umarł. Spadło to nieszczęście na mnie jak grom... myślałam, że nie przeżyję, ale Bóg łaskaw. Opamiętałam się, bo przecież troje dzieci... któż się drobiazgiem tym miał zająć, jak nie matka? Ciężko było, panie. Pogrzeb, a zaraz po pogrzebie żydzi, żydzi i żydzi, bez końca. Na szczęście, zmiłowali się sąsiedzi, przyjechało ich trzech, targowali się z wierzycielami kilka dni, no i jakoś skończyło się wszystko pomyślnie, tak, że po sprzedaży inwentarza, ruchomości, mebli, nie wyszliśmy bez grosza. Dzięki poczciwym sąsiadom, ocalony został przyzwoity fundusik.
— Dużo? — zapytałem.
— Jednak całe sześćset rubli, a miałam też w skarbonce groszakami, uzbieranych dla dzieci, kilkadziesiąt, było trochę świecideł... broszka, kolczyki, dwa zegarki, dość, że policzywszy jedno z drugiem, miałam z górą dziewięćset rubli funduszu.
— I to na całe życie?
— A naturalnie; nie trzeba grzeszyć, panie, i narzekać, kiedy nie ma czego. Nie obrażać Boga, ale dziękować Mu raczej za to co dał...
— Prawda, jednak trudno chyba pani było utrzymać się z procentu od takiej sumy. Gdzieżby to mogło wystarczyć na utrzymanie rodziny?
— Widzi pan, miałam ja zawsze swoje spekulacye.
— Wspominał mi o tem pan Ludwik.
— A, nasz malarz. Tak, on wie, bo jest u nas prawie domowym.
— Jednak, jeżeli moje niedyskretne pytanie...
— A, proszę. Nie mam żadnych sekretów przed nikim, a tembardziej przed synem najlepszej mojej przyjaciółki. Zapewne pan dziwi się, jakie spekulacye może mieć kobieta swego chowu, nieuczona... Zwyczajne babskie spekulacye groszowe, ale spekulacye. Zaraz po tem, jak się to nieszczęście z moim mężem stało i trzeba się było ze wsi wyprowadzić, zaczęli mi ludzie doradzać, jak mam się urządzić, ale ja szłam za swojem zdaniem, wprost przeciwnie temu co mówiono. Radzono: osiądź pani w Rawie, albo w Skierniewicach, albo w Łowiczu, gdzie życie tańsze — ja osiadłam w Warszawie. Namawiano mnie, żebym kupiła sklepik; po co? nie znam się na tem, straciłabym co posiadam. Mówiono: weź pani małe mieszkanko, jeden pokoik, ja nie słuchałam, wzięłam sześć...
— Sześć?
— Taka moja spekulacya. Odnajmowałam cztery umeblowane, a dla siebie miałam dwa darmo, albo prawie darmo — to, widzi pan, już jest mieszkanie. Oto i teraz, mam też duży lokal, przez trzy dni stał pusty, a teraz są państwo Kowalscy i płacą... Mieszkanie, widzi pan, to pierwsza rzecz, a potem idzie życie. Nie wiele ja umiem, ale gospodyni jestem dobra, nie chwaląc się, gotuję jak kucharz. Ogłosiłam więc, że przyjmuję stołowników. Brałam za obiady pieniądze, przychodzili stołownicy, dogadzałam im jak mogłam; jeden sprowadził drugiego, drugi trzeciego, dziesiątego i tak to, Bogu dziękować, mieliśmy co jeść i jeszcze jakiś grosik z tego. I tak to jakoś w tryb weszło... Pracuję przytem dosyć, trochę mi córki pomagają, ale żyje się przecież i dość sobie porządnie. Puszczałam się też i puszczam na małe handelki; mam dawne znajomości po wsiach, sprowadzam ztamtąd różne produkty, masło, zwierzynę, drób, konfitury i to też dobrze idzie. Żeby pan zajrzał tu kiedy rano we wtorek, albo w piątek — zobaczyłby pan, jaki tu jarmark. Nie mogę narzekać, ludzie mnie znają, przyzwyczaili się. Zarabiam, ale nie obdzieram. Spekuluję potroszku. Najgorzej martwiły mnie dzieci, że słabowite.
— Ależ wyglądają doskonale...
— Naturalnie, ale i to musiałam wyspekulować. Co rok woziłam je na dwa sezony do Ciechocinka.
— To panią drogo kosztowało.
— E, nie, owszem przychodziło prawie darmo. Zabierałam z sobą garnki, rondle, patelnie i stołowałam chorych. I wie pan, tak to weszło w zwyczaj, że rok rocznie to robię. Poczciwi doktorzy znają mnie i przysyłają chorych. Naturalnie, biorę za obiady trochę drożej niż w Warszawie, ale nie obdzieram... No — i widzi pan, Bóg łaskaw na sieroty, dziewczęta pokończyły pensye, Piotruś jest w czwartej klasie... Byle on szkoły skończył, a panny zamąż poszły, to już będę zupełnie spokojna.
— Takie panienki długo w domu nie posiedzą — rzekłem.
— A, no, zapewne. Kocia ma się jakoś ku panu Julianowi, ja to widzę. Biedny to chłopak, ale cóż, przecież nie z samych bogaczów świat się składa. Niechże i biedny się żeni i biedna za mąż wychodzi... Więc jeżeli będą trwali w chęciach, to niech się biorą, pobłogosławię, chłopiec dobry.
— Nie myli się pani, doskonały chłopiec, ja go znam.
— I talent piękny ma... Jakie on maluje koty, jakie koty, co za koty... zdaje się, że z ramek taki za myszą wyskoczy...
Rozbawiona, śmiejąca się trójka, przyszła do nas. Piotrek wsunął się także do pokoju, rozmowa ogólną się stała. Gawędziliśmy o różnych przedmiotach. Potem podano herbatę. Mania grała rolę wicegospodyni, kocmołuszek-Józia, tym razem przy niedzieli nie podobna do siebie, uczesana, czysto ubrana, umyta i obuta, coraz, jak huragan spadała po schodach, aby przynieść jaki smakołyk z miasta.
Bo pani Milska wystąpiła ze wspaniałem przyjęciem. Była cytryna do herbaty, świeże bułki, serdelki i „rozmaitości.“ Było i piwo doskonałe, przyniesione przez kocmołuszka w dużym szklannym dzbanku. I czas leciał jak na skrzydłach w tym pokoiku szczupłym, w siedzibie owej biedy, cichej, pracowitej, zaradnej, a takiej sympatycznej i poczciwej.
Malarz kotów był w doskonałym humorze, opowiadał wesołe anegdotki i dowcipkował, wywołując wybuchy śmiechu. Przekomarzał się z Piotrusiem i wziąwszy ołówek, naszkicował kota w gimnazyalnym uniformie, w czapce, z tornistrem na plecach, i kot ten był zupełnie do Piotrka z fizyognomii podobny, chociaż miał kocie uszy, kocie wąsy i łapy kocie z pazurami. Chłopak niby się gniewał, ale karykaturę schował, chcąc ją zapewne kolegom pokazać.
Aniśmy się obejrzeli kiedy dwunasta wybiła i trzeba było gościnną rodzinę pożegnać. Zapraszała nas obu pani Milska, żebyśmy częściej bywali. Pożegnawszy się, wyszliśmy z malarzem na ulicę.
— Noc śliczna — rzekł — spać mi się nie chce, chodźmy się przejść. I poszliśmy obadwaj nad Wisłę. Księżyc świecił pełnią całą, woda się srebrzyła, miasto uśpione migotało rzędami światełek gazowych.
Milczeliśmy obaj, zachwyceni urokiem nocy wiosennej, nareszcie towarzysz mój zawołał:
— Jacy oni głupi! jacy idyotycznie głupi!
— Kto? — zapytałem.
— A któżby jak nie oni, te koty i kocice dwunożne — ludzie!..
— W czem?
— Ach, mój kochany, we wszystkiem. Zawsze im mało, zawsze czegoś pragną: blasku, użycia, nadużycia, rozkoszy — i doznają zawodów, rozpaczają, trują się, palą sobie we łby, albo też patrzą z podełbów jak zbójcy i powtarzają: — marne, podłe życie...
— Cóż ty właściwie od nich chcesz?
— Nic nie chcę, żałuję ich tylko i ubolewam nad ich głupotą... Sami są krawcami swego losu, biorą sobie miarę na szczęście i zawsze tak, że im materyału zabraknie...
— Alboż jest jakie szczęście?
— Może nie; ale jest spokój, zadowolenie wewnętrzne, sumienie czyste. Ot, weź za przykład choćby tę panią Milską. Nie jęknęła pod ciężarem, jaki na nią spadł, nie załamała rąk w rozpaczy, robiła co mogła, pełniąc obowiązki, kontentując się skromnemi okruchami bytu, jaki sobie zdobyła. Otóż widzisz, jej zawsze dobrze... ona umrze nawet bez jęku, z uśmiechem na ustach... Może to nie jest szczęście, według twego zdania, ale coś bardzo szczęściu pokrewnego i blizkiego... to prawie szczęście... Co do mnie, innego nie pragnę. Mogą się moje koty komu podobać albo nie podobać, ale ja wiem, że to są dobre, prawdziwe koty; może się moje zdanie komuś wydać marnem, drobnem, głupiem nawet, ale ono z głębi mego przekonania wypływa... Mówiliśmy już z Kocią o naszej przyszłości, uprojektowaliśmy sobie szczęście małe, malutkie, mikroskopijne — i, chcesz wierz, nie chcesz nie wierz, nie lękamy się zawodów...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Często bywałem u pani Milskiej; malarz kotów coraz bardziej zbliżał się do celu, o Manię starał się młody człowiek, rozpoczynający karyerę w jakimś banku. Los rzucił mnie gdzieindziej, przez pięć lat nie byłem w Warszawie. Powróciwszy, spotkałem na ulicy panią Milską; nie zestarzała się wcale, twarz miała pogodną, uśmiechniętą jak zawsze. Na zapytania moje odpowiedziała:
— Bogu dzięki, wszystko dobrze, nie mogę narzekać.
— Czy pani Konstancya maluje jeszcze koty?
— Ale panie, zkąd? ma dwa własne, takie śliczne koteczki, jak malowane. Mania też za mąż poszła. Dobrze trafiły, obie dobrych chłopców dostały.
— A pani dobrodziejka przy której z córek zapewne?
— Nie, panie, nie zmieniłam trybu życia, prowadzę swoje spekulacye jak dawniej.
— Jeszcze? a dla kogóż teraz?...
— Dla wnuków...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.