Strona:Klemens Junosza Wybór pism Tom V.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Nic; idzie mi tylko o to, żebyś ty jej lekcyj nie dawał.
— Ależ, człowieku! ja nietylko kota, ale nawet kociego ucha nie umiem wyrysować!
— To ci się chwali. Mani możesz dawać lekcye geometryi wykreślnej, gry na flecie, gramatyki porównawczej, sanskrytu, kroju paryzkiego, buchalteryi włoskiej, czego ci się podoba; tamtej nic... Zgoda?
— Ależ ja wcale nie mam intencyi...
— No, to dobrze; nie ma o czem mówić.
— Jednak, wiesz co, Julku? skryty jesteś.
— Ja?!
— Nie wspominałeś mi nigdy, że masz uczennicę, że...
— Alboż pytałeś mnie o to?
— Trudno miałem pytać, nie wiedząc.
— Trudno miałem odpowiadać nie pytany. Jak uważasz tego burego kota? — zapytał, wskazując na stalugi.
— Solidny — odrzekłem.
— To mało. On nie jest solidny, on jest uroczysty, majestatyczny, wspaniały. Co najmniej, to koci hrabia, lub baron.
— Zapewne; ale, mój kochany, powiedzże mi, kto jest właściwie ta pani Milska?...
— Jak to kto? Przecież ją widziałeś...
— I słyszałem często jej nazwisko u nas, w domu, ale swoją drogą nie znam jej.
— Jest kobieta uczciwa.
— Nie wątpię. Zapewne kapitalistka...