Strona:Klemens Junosza Wybór pism Tom V.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Wśród gratów uwijała się istota rozczochrana, bosa, wątła, niby dziewczyna już, niby dziecko jeszcze i ze wszystkich sił grzmociła kijem szacowną kanapę, na której zapewne kilka pokoleń ludzkich odsiedziało swój czas. Z kanapy, oprócz łoskotu i metalicznego jęku sprężyn, wydobywał się tuman kurzu. Przez niego to, niby przez obłok, w otwartych drzwiach mieszkania dojrzałem postać niewieścią.
Twarzy nie mogłem widzieć dobrze, ale po wzroście, po tuszy, po powłóczystym szlafroku, różowym, o ile mogę pamiętać, po białym czepeczku, mogłem się domyśleć, że mam przed sobą osobę poważną i wspaniałą.
Ujrzawszy moje zakłopotanie, odezwała się pierwsza:
— Proszę bardzo, niech pan przejdzie... Józiu, postaw dwa krzesełka z pod ściany na szeslongu, to się zrobi miejsce dla pana.
Bosy kopciuszek rzucił kij, czy trzepaczkę, kocim susem wskoczył na sofę, z sofy na szeslong i wykonał rozkaz w mgnieniu oka.
— Teraz niech pan przechodzi — rzekła dama; — przepraszam za ten nieporządek, ale cóż robić? Meble są na to, żeby je od czasu do czasu trzepano.
W milczeniu ukłoniłem się i chciałem przejść, i prawdopodobnie byłbym przeszedł i wspaniałej damy nigdy w życiu więcej nie widział, gdyby nie ta drobna okoliczność, że kopciuszek, a właściwiej kocmołuszek, postawił przy samej ścianie szczotkę do zamiatania. Nie dostrzegłem tego w półzmroku, jaki na schodach panował, nastąpiłem na szczotkę i kijem od niej zostałem