Strona:Klemens Junosza Wybór pism Tom V.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

uderzony w kość policzkową tak silnie, żem aż krzyknął z bólu.
— Ach, mój Boże! — zawołała dama — co za wypadek!... Widzi pan, jakie to teraz sługi niegodziwe!... Bardzo pan cierpi?
— Trochę.
— Ach, mój Boże! jakżeż mam pana przeprosić za tę niezdarę?
— Stało się. Pójdę na górę i przyłożę zimnej wody na twarz.
— U tego malarza?
— Tak.
Ruszyła ramionami z wyrazem politowania.
— Alboż on może mieć wodę? Zresztą woda na nic, najlepszy jest w takim razie nóż.
— Nóż?
— Spodziewam się... ja zawsze tak leczę stłuczenia. Proszę pana do pokoju... Bez ceremonii... Z mojej winy wypadek, ja powinnam pana ratować.
— Poradzę sobie sam.
— Eh, mój panie — rzekła z pewnem zniecierpliwieniem, — ja wiem, co mówię. Jestem kobieta doświadczona i mam dorosłe dzieci... Proszę pana.
Wszedłem do pokoju pustego prawie. Stał w nim tylko fortepian, stół z przed kanapy i parę małych stolików. Szczęśliwe graty drewniane, których nikt nie trzepie.
— Proszę do okna, do światła... Jezus Marya! — zawołała — śliczne rzeczy, guz jak kartofel!... będzie i siniak, jeżeli się zawczasu nie zaradzi. W tej chwili...