Strona:Klemens Junosza Wybór pism Tom V.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Młody mistrz — uboga pracownia, ale że artyście przypadała do gustu, więc mieszkał w niej, malował, śpiewał, pijał herbatę, jadał suche bułki, a niekiedy serdelki, wogóle żył jak pan, uśmiechając się ciągle.
Pracownię można znaleźć w najbogatszej dzielnicy miasta, ale to będzie tylko pracownia, ta zaś była pracownią z modelami.
Skakały po dachu wróble, łaziły koty, co trzy tygodnie, rankiem, zjawiał się kominiarz. Pyszne modele!... Ptaki, koty, człowiek w charakterystycznym stroju.
A jaki widok z dymnika! Dachy, dachy i dachy! Płaszczyzny w różnych stosunkach, pod rozmaitemi kątami nachylenia; z holenderskiej dachówki, żłobkowane, gładkie, blaszane, czerwone, zrudziałe, czarne, brunatne, smołowcowe, zapleśniałe, porosłe mchem, bardziej spadziste, mniej spadziste, podlepiane wapnem, bielone, malowane świeżo na kolor krwi.
Istny taniec płaszczyzn, symfonia dachów!
Gdzieniegdzie wyskakiwało z nich okienko w drewnianej budce, dymnik, gdzieniegdzie bieliła się nowa drabina, lub deska dla kominiarzów.
A jaka rozmaitość! Dachy bywały czasem mokre, czasem suche, niekiedy ubielone śniegiem, gdy zaś śnieg dłużej poleżał, a przy ciężkiem powietrzu dym z kominów tułał się po ich powierzchni, to pozostawiał po sobie na śniegu pasy brudne, w najrozmaitszych odcieniach. Inaczej te płaszczyzny dachowe wyglądały dniem, inaczej nocą; w oślepiającem świetle słonecznem, przy łagodnym blasku księżycowym, przy złoto-różowym wschodzie, przy krwawym zachodzie słonecznym, przy