Siostra lotnika/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Dromlewiczowa
Tytuł Siostra lotnika
Podtytuł Powieść dla młodzieży
Data wydania 1933
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz Druk. „Floryda“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ SIÓDMY

W dwa dni później siedzieli znowu w tym samym lasku. Tem razem jednak Janek nie opowiadał dzieciom swoich przeżyć wojennych. Dawał im ostatnie polecenia przed wyjazdem. Miał bowiem następnego dnia rano wyjechać.
— A więc Tomku nasza sprawa jest ułożona.
— Tak proszę pana wykonam wszystko.
Poprzedniego bowiem dnia Janek ułożył plan stworzenia kółka lotniczego.
— Wiesz, co jest zadaniem kółka?
— Wiem uświadomienie społeczeństwa o znaczeniu lotnictwa na wypadek wojny.
— Tak, u nas niestety społeczeństwo nie orjentuje się wcale, jak bardzo ważnym czynnikiem jest obrona przeciwlotnicza i przeciwgazowa.
— Postaram się uświadomić całe miasteczko — obiecał Tomek z powagą.
— A po za tem będziecie mieli dużo ciekawszą i pożyteczniejszą rozrywkę, niż pochłanianie powieści kryminalnych. W twoim pokoju Tomku, widziałem też jakąś straszliwą książkę detektywną.
— O, ja się tem nie przejmuję — zapewnił Tomek — raz tylko przez tydzień zamierzałem zostać słynnym bandytą, lub słynnym detektywem.
— Tak, ale są chłopcy którzy biorą to na serjo.
— Wciągnę kogo będzie można do naszego kółka.
— Ja wam prześlę potrzebne broszurki, książki i materjał na budowę modeli.
— A wiesz Janku, ja postanowiłam sobie zbierać książki lotnicze. Mam już cztery, dwie Meissnera, Garczynskiego i jeszcze jedną.
— Dobrze, odemnie dostaniesz piątą.
— Jak często mamy robić zebrania? — zapytał Tomek.
— Nie za często, tak aby wam to nie przeszkadzało w nauce. Najlepiej raz na tydzień, za każdym razem u kogo innego.
— Jaka szkoda, że pana tu nie będzie z nami!
— Jeżeli mi się uda to będę do was przyjeżdżał od czasu do czasu, żeby sprawdzić jak wam idzie, czy nie potrzebujcie wskazówek i pomocy.
— Jak będzie co trzeba, to napiszę do ciebie, — obiecała Asia.
— A teraz, Asiu chciałbym z tobą także pomówić.
— A ja troszeczkę się przejdę, zmęczyło mnie siedzenie — zawołał Tomek, chcąc pozostawić ich samych.
Odszedł rzeczywiście po chwili. Brat i siostra siedzieli przez kilka minut w milczeniu. Janek obserwował napozór fruwające w górze ptaki. W rzeczywistości jednak zastanawiał się nad tem czy powinien powiedzieć dziewczynie o zamierzonym przelocie. Asia także była dziwnie milcząca.
— Patrz Asiu — zawołał Janek wskazując ręką — żórawie lecą.
Dziewczynka spojrzała w górę. Klucz żórawi leciał szybko naprzód.
— Lecą daleko, za morze — szepnęła dziewczynka.
— Tak, Asiu, a na wiosnę znowu powrócą.
— A ty, Janku, — zapytała nagle Asia — czy powrócisz?
— Jakto? — zdziwił się Janek.
— Przecież chcesz także polecieć daleko, za morze?
Janek milczał chwilę.
— Naturalnie, że powrócę, moja mała, niemądra siostrzyczko. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Oczy Asi napełniły się łzami.
— Co to, to nie, — zawołał Janek wesoło — płakać ci nie wolno pod żadnym pozorem i wogóle niema do tego żadnego powodu.
— A jednak tylu lotników zginęło — szepnęła.
— Tak, ale już kilku przeleciało przecież ocean, to już nie jest żadna sztuka.
— To poco lecisz?
— Bo żaden polski lotnik nie przeleciał jeszcze. Mówiąc poetycznie, chciałbym wznieść tak wysoko i daleko sztandar mego kraju.
Mówił żartobliwie, lecz Asia czuła, że właśnie tak myśli, a żartem i uśmiechem kryje powagę słów.
— Janku, czy ty wrócisz?
— Wiesz, czuję, że wrócę, że mi się powiedzie i nic mi się złego nie stanie. Pomyśl jaka będziesz ze mnie dumna i jak nam będzie przyjemnie.
— Tak, ale…
Oczy Asi znowu napełniły się łzami, a głos jej się załamał.
— Nie myślałem nigdy, że jesteś taką beksą, Asiu.
— Ja nie jestem beksą.
— To wytrzyj oczy i porozmawiajmy poważnie.
Asia sięgnęła do kieszeni.
— Nie mam chustki.
— Widzisz, chodzisz bez chustki, a chcesz rozprawiać o poważnych rzeczach — żartował Janek, wyciągając własną chustkę z kieszeni i wycierając nią troskliwie oczy siostry.
— Już, teraz dobrze. Ale, jak je jeszcze raz namoczysz, to ja wycierać nie będę.
— Już dobrze.
— A więc przedewszystkiem nie lecę przecież jeszcze jutro, aby była chwila odpowiednia do płaczu.
— A kiedy lecisz? — zapytała szybko Asia.
Janek zawahał się i wahanie to dziewczynka zauważyła.
— Nie wiem jeszcze dokładnie — odpowiedział wymijająco.
— Powiedz, Janku — prosiła dziewczynka. — Mówisz, że nie jutro, ale może pojutrze?
— Nie, pojutrze też nie — uśmiechnął się Janek.
— No, to może za tydzień. Powiedz mi dokładnie, czy to będzie prędzej czy później za kilka tygodni, czy za kilka miesięcy. Przecież obiecałeś, że mi powiesz prawdę.
— Bo nie myślałem, że jesteś taka beksa.
— Już nie jestem.
— A więc za kilka tygodni zapewne.
— I chciałeś polecieć, nie żegnając się ze mną.
— Pożegnalibyśmy się przecież jutro.
— To nie jest to samo.
— Widzisz, Asiu, nie powinnaś płakać, bo mnie to osłabia, odbiera mi wiarę w powodzenie, martwię się waszem zmartwieniem i nie mogę dostatecznie skupić wszystkich myśli i pragnień tylko na jednem. Rozumiesz mnie?
— Tak.
Dlatego nie chciałem nikomu nic mówić aż do ostatniej chwili.
— Ja już nie będę ci przeszkadzać — zapewniła Asia.
— Dobrze, pamiętaj o tem, a ja natomiast nie będę nic ukrywał przed tobą.
— Dobrze, Janku — powiedziała Asia poważnie i z wysiłkiem połknęła łzy, które zamierzały znowu popłynąć do oczu. Janek udał, że tego nie zauważa.
— Myślę, że mi się uda polecieć za kilka tygodni.
— Janku, czy będziesz mógł przyjechać jeszcze do mnie?
— Nie wiem, czy mi się to uda.
— A czy ja mogłabym przyjechać przed twoim odlotem do Warszawy?
— Teraz w ciągu roku szkolnego?
— Przecież dam sobie radę sama. Wuj mnie odprowadzi na stację. Nic mi się nie stanie napewno.
— A dlaczego chcesz pojechać?
— Bo ja jednak jestem tu zupełnie sama. Tam w domu, będzie mi się wydawało, że jestem bliżej ciebie.
— Ale może rodzice już się tu sprowadzą do tego czasu.
— Tak, jeżeli już tu będą, to inna sprawa. Ale wtedy przyleciałbyś do mnie choć na jedną chwilę.
— Tak, Asiu, postaram się.
— To dobrze.
— Ale pamiętaj coś mi obiecała.
— Pamiętam. O, Tomek już wraca.
Rzeczywiście Tomek się zjawił.
— Czy nie przeszkadzam? — zapytał.
— Nie, nie, zresztą już wracamy. Muszę zapakować rzeczy Janka — powiedziała Asia, odwracając oczy, aby Tomek nie widział, że są zaczerwienione.
Tomek jednak spostrzegł odrazu, że Asia płakała.
— Co się stało, proszę pana? — zapytał cichutko, korzystając z tego, że Asia poszła o kilka kroków naprzód.
— Nic wielkiego, Asia martwi się trochę tem, że wyjeżdżam.
— Bo ona myśli, że pan przeleci przez ocean.
— O to przecież nic wielkiego.
— A pan naprawdę przeleci?
— Naprawdę, lecz proszę cię, nie mów o tem z nikim. Nawet z Asią. Niech nie myśli o tem zbyt często.
— Dobrze, będę się nią wogóle opiekować.
— Liczę na to — powiedział Jan Mirski poważnie.
I Tomek poczuł prawdziwą dumę przy tych słowach.
Tegoż wieczora zresztą Asia sama poinformowała Tomka o swojem zmartwieniu.
— Wiesz Tomku, Janek pewnie przeleci ocean.
— To pysznie.
— Tak, łatwo ci to powiedzieć. A jeżeli zginie?
— On nie zginie napewno.
— Tak mówisz, jakby można było coś wiedzieć.
— Ale można w coś wierzyć. Przecież Janek także mówi, że głęboka wiara w coś dopomaga w zwycięstwie.
— To prawda!
— Widzisz, więc tylko się nie martw.
— Nie będę się martwiła. Obiecałam Jankowi.
— Janek jest wspaniały. Jaka szkoda, że ja jestem jedynakiem, — westchnął Tomek żałośnie. — Gdybym miał brata toby może ten brat był lotnikiem.
— Gdyby — roześmiała się Asia — gdyby ciocia miała wąsy byłaby wujaszkiem.
— Tak, śmiejesz się bo ci dobrze — mruknął urażony Tomek. — Masz dwóch braci i to jednego takiego, że cały świat mógłby ci pozazdrościć.
— To prawda.
— A widzisz, a ja nie mam nikogo. Wprawdzie mam rodziców i ciotkę, ale to nie to samo, bo to są dorośli ludzie.
— Janek jest też dorosły.
— E, ale u niego się tego nie czuje.
— Jeżeli chcesz — powiedziała Asia wspaniałomyślnie — to mogę ci zastąpić siostrę.
Tomek parsknął śmiechem.
— Jak nie, to nie.
— Ale owszem, tylko powiedziałaś to tak patetycznie.
— A wiesz, Tomku, ja pewnie wyjadę do Warszawy przed Janka lotem.
— Dlaczego?
— Obiecał mi solennie, że mnie sprowadzi.
— To doskonały pomysł.
— Prawda? A Janek zawsze dotrzymuje obietnicy.
— Wiesz, Asiu, ja chyba pojadę z tobą.
— Ty?
— Tak.
— Nie puszczą cię.
— Puszczą napewno.
— A co powiesz?
— Muszę się tobą opiekować.!
— Żartujesz chyba?
— Nie. Mówię poważnie.
— Chyba ja tobą będę się opiekować.
— A właśnie że obiecałem Jankowi, więc muszę wypełnić obietnicę.
— Jeżeli Janek chce tego, to nie mogę ci zabronić — oznajmiła Asia, gotowa tego dnia do daleko idących ustępstw.
— Ale teraz muszę iść do domu, na kolację.
Nazajutrz rano Jan Mirski wyjechał. Patrząc przez okno przez długą chwilę widział dwie machające chusteczkami figurki. Była to Asia i Tomek. Janek uśmiechnął się do znikających postaci i z pewnem wzruszeniem spojrzał na półkę, gdzie leżały skrzydła, pokryte czerwonym fularem. Był to podarek Tomka, który na pamiątkę ofiarował lotnikowi trofeum swego nieudanego przedsięwzięcia.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Dromlewiczowa.