Róża (Southey, 1874)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Southey
Tytuł Róża
Pochodzenie Tłómaczenia
Wydanie drugie
Data wydania 1874
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Czcionkami Gazety Lekarskiéj
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Edward Odyniec
Tytuł orygin. The Rose
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


RÓŻA.
POWIEŚĆ
Z SOUTHEY’A.

I.

Witaj mi, córo wiosny! kwiatów jéj królowo!
Strojna krasą jutrzenki, czy bielą śniegową,
Równieś miła poety i sercu i oku!
Niechby inne powaby wziąwszy czas zazdrośny,
Ciebie tylko zostawił zdobić berło wiosny:
Jeszczeby wiosna warta zwać się Różą roku!

II.

Miło jest, pod rozkwitłym spoczywając krzewem,
Gdy wkoło chłodném skrzydłem lekki wiatr powiewa,
Słuchać, jak pod zieloném utajony drzewem,
Słodką ci, jak twe wonie, słowik piosnkę śpiewa!

Chwała tym, co go tobie za kochanka dali!
Sam słowik chyba godnie wdzięk róży pochwali.

III.

Zbiegają się dziewice z koszykami w ręku,
Napawać się jéj wonią, napatrzyć się wdzięku.
Pójdźcie do mnie, dziewice! — Po co ten rumieniec? —
Niech mi każda obieca kraśny upleść wieniec,
Lub dać kwiatek od piersi; ja wam na podziękę,
Albijońskiego barda powtórzę piosenkę,
A w niéj powieść o róży: jak niezwykłym cudem,
Po raz piérwszy na ziemi, przed zdumionym ludem,
Płoniące się ku słońcu rozwinęła krasy. —
Bard ten biegły w podaniach, znał dawniejsze czasy,
Znał dawniejsze przygody; wiele ziem przebywał,
W nich usłyszał tę piosnkę i kochance śpiéwał.

IV.

Żyła w Betleem, Izraelskiéj ziemi,
Dziewica sławna wdzięki anielskiemi,
Zillah ją zwano: a Judea cała,
Chwałą cnót Zillah i piękności brzmiała.
Głos chwały nęci, ciekawość zapala:
Liczni młodzieńcy zbiegali się zdala.
Cnota cześć budzi, miłość niecą wdzięki:
Liczni młodzieńcy pragnęli jéj ręki.
Biedni młodzieńcy! — daremnie, daremnie’.
Zillah was kochać nie może wzajemnie.

Zillah z cnót tylko szukająca chluby,
Bogu dziewicze poprzysięgła śluby! —
Poszli młodzieńcy — a w ciężkiéj tęsknocie,
Płacząc na srogość, dziwili się cnocie.

V.

Przyszedł z innymi Hamuel bogaty,
Miał mnogie skarby, miał kosztowne szaty,
Pragnął mieć Zillah. — Daremnie, daremnie!
Zillah go kochać nie może wzajemnie.
Srogość na twarzy, ponurość w źrenicy,
Trwożyły serce nieśmiałéj dziewicy. —
Nie próżna trwoga, przeczucia to wieszcze;
Wzrok on miał dziki, duszę dzikszą jeszcze.
I wnet rojona popchnęła go zawiść,
Z miłości w rozpacz, z rozpaczy w nienawiść.

VI.

Czemuż, niestety! obrażony w dumie,
Człowiek się w zemście powściągnąć nie umie? —
Hamuel zemstę poprzysiągł zbrodniczą,
Oczernił Zillah, i chwałę dziewiczą. —
O! biada temu, kto potwarze szerzy!
O! hańba temu, kto potwarcom wierzy!
Wierzono jednak: a Judea cała
Czczonéj wprzód Zillah obelgami brzmiała —

Hamuel możny, sam w świetnym urzędzie,
Zakupił świadki, pouwodził sędzię,
A ci bezbożni, skazali niegodnie,
Wzór niewinności, na karę za zbrodnie.

VII.

Był plac pod miastem, naprzeciw kościoła,
Żelazną kratą ogrodzon do koła,
Plac pełen zgrozy: gdzie przestępne głowy
Sprawiedliwości karał miecz surowy.
Tam, jak się zdało, od ludzi i Boga
Wzgardzoną Zillah, śmierć czekała sroga. —
Już wkoło słupa stos złożono suchy,
Już na tym stosie, twardemi łańcuchy
Niewinną Zillah przykuto do pala.
Już kat śmiertelną pochodnię zapala…
Ona spokojna — jakby ją wnet mieli
Na złotych skrzydłach w Niebo wznieść anieli —
W skromném milczeniu dokoła powłoczy
Świtem już nieba śmiejące się oczy.
Widząc ten pokój, widząc blask spójrzenia,
Lud przestał wierzyć w prawdę przewinienia

VIII.

Z inném uczuciem Hamuel stał blisko:
Zemsta go wiodła na to widowisko.
Nie długi tryumf! — bo wnet rozpacz wściekła,
Bo wnet zgryzota, poprzedniczka piekła,
W mściwe się cisnąć zaczynały serce.

Oczy dziewicy padły na oszczercę.
Wzrok był łagodny: a jednak się zdało,
Że piorunową przeraził go strzałą.
Wzrok był łagodny — cóż w nim trwogę budzi?
O! ty Aniele Stróżu w sercach ludzi,
Sumienie!… twoja to święta powinność,
W chwilach cierpienia, pokrzepiać niewinność,
W chwilach tryumfu, być mścicielem zbrodni!…

IX.

Przebóg! przy stosie błysnął blask pochodni.
Lud bieży ku niéj. — Ach! stójcie, szaleni!
Przygaście pożar rosnących płomieni,
Zbawcie niewinność! — Próżno! nikt nie słucha.
Wznoszą się ognie, dym kłębami bucha.
Ach! ty sam chyba, sprawiedliwy Boże!
Twoja dłoń tylko ratować ją może!…

On płacz dziewicy usłyszał z wysoka,
Ujrzał niewinność; tchnął, i w mgnieniu oka,
Przed Jego tchnieniem płomień się uniża:
I jak piorunu błyskawica chyża,
Jak wąż ognisty, od stosu odstrzelą
Na głowy sędziów i oskarżyciela.

Struchlała głazem oniemiała rzesza…
Lecz cóż znów ciszę uroczystą miesza? —
Wzniosły się w niebo okrzyki radości:
„Cześć Wszechmocnemu! chwała niewinności!“

Jakiż cud nowy? — Stos się w krzew zamienił,
Pękły okowy, słup się zazielenił,
I w kształcie wieńca, nad dziewicy czołem,
Dwubarwne róże zakwitnęły społem.

Tak po raz piérwszy od utraty raju,
Róża w śmiertelnym zakwitnęła kraju;
Kraśna jak skromność, jak niewinność biała,
Niebieskie wonie w powietrzu rozlała.


PRZYPISEK AUTORA

„Między miastem a kościołem w Betleem, jest pole nazwane Campus Floridus, pole kwitnące, a to z następującego powodu. Piękna dziewica, oskarżona niewinnie o przestępstwo, skazaną została na spalenie żywcem w tém miejscu; i kiedy już stos podpalać zaczęto, ona wzniósłszy oczy ku niebu, błagała Boga, aby jako świadomy jéj niewinności, wybawić ją raczył od tak srogiéj a niezasłużonéj kary; i to rzekłszy na stos pałający spokojnie wstąpiła. Lecz w mgnieniu oka zagasły płomienie, rozzieleniły się na wpół spalone głównie, a na nich zakwitły róże czerwone i białe: były to pierwsze, które widziano na ziemi. A tak niewinna dziewica za łaską Boga uwolnioną została.“

(Wyjątek z Podróży Jana Mandeville)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Southey i tłumacza: Antoni Edward Odyniec.