Wierność (Bürger, 1876)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gottfried August Bürger
Tytuł Wierność
Pochodzenie Tłómaczenia
Wydanie drugie
Data wydania 1874
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Czcionkami Gazety Lekarskiéj
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Edward Odyniec
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


WIERNOŚĆ.
BALLADA
Z BÜRGERA.

Kto chce mieć kochankę dla siebie jedynie,
Rad stroni od miasta i dworu.
Pan dworski raz w pięknéj kochał się dziewczynie.
I chcąc ją dla siebie zachować jedynie,
Strzegł w zamku dalekim śród boru.

Nie zważał na trudy, nie zważał na pory,
Bo miłość trud płaci sowicie.
Jak skoro mrok zapadł — przez góry, przez bory,
Do zamku, gdzie miła, niósł jego koń skory,
I stawał u celu o świcie.

Mgłą nocną obwiany i rosą oblany,
Gnał raz Pan co siły zdaleka.
Już widać, już widać cel drogi żądany:
„Pośpieszaj! pośpieszaj, mój koniu kochany!
Gdzie szczęście i rozkosz nas czeka!“ —


Już blizko, już blizko cel drogi żądany —
Jak ranna u wschodu jutrzenka,
Tak w oknach zamkowych świt błyszczał rumiany.
„Ach! nie śpiesz, słoneczko! ach! nie budź kochanéj!
Ach! nie świeć w méj miłéj okienka!“ —

I przybył pod zamku cieniste ogrody,
I konia zostawił zdaleka,
Gdzie łączkę rozkwitłą przepływał zdrój wody;
A sam biegł skwapliwie przez tajne przechody,
Gdzie mniemał, że rozkosz go czeka.

Wszedł cicho — lecz jakąż przejęty był trwogą!
Ach! jakże w nim serce zadrżało!
Gdy w zimném łóżeczku nie znalazł nikogo.
Któż porwał? zawoła, kochankę mą drogą?
Ach, przebóg! ach! co się z nią stało?“ —

I z izby do izby wołając przebiega,
Lecz wszystko w ponuréj śpi ciszy; —
A echo się tylko po salach rozlega,
I mdlejąc powoli, po gmachu przebiega —
Wtém nagle podziemny jęk słyszy.

To stary murgrabia był w sklepie zamknięty,
Któremu straż zamku zlecona.
— „Gdzie moja kochanka? mów, starcze przeklęty!
Mów! co się tu stało, żeś w sklepie zamknięty?
Gdzie ona? — mów prędzéj! gdzie ona?“ —


— „Ach! wielkie się, panie, nieszczęście zdarzyło!
Młodzieniec tu jakiś nieznany,
Wpadł w nocy na zamek, ze zbrojną swych siłą,
Mnie wtrącił do sklepu, i porwał twą miłą,
I twoje dwa wierne brytany.“ —

Aż zimny mróz Pana po ciele przeszywa,
A z oczu mu szczery żar świeci;
A w sercu mu zemsta zawrzała straszliwa;
Z okropném przeklęstwem miecz z pochew dobywa,
I wpada na konia, i leci.

Nie trudno zgadł jaką ubiegli ztąd drogą,
Po śladach na rosie, po błoniu.
Więc leci, i konia w bok kole ostrogą:
„Ach! daj się mi pomścić za krzywdę tak srogą,
Pospieszaj! pośpieszaj, mój koniu!

„Ach! będę ich ścigał, choć na kraj gdzie świata! —
Pośpieszaj! pośpieszaj, mój koniu!
Sowita cię za to nie minie zapłata:
Bez pracy, bez trudu, wieść będziesz twe lata
Przy złotym obroku, na błoniu!“ —

Tak woła, i w górze miecz wstrząsa dobyty.
A koń się wyciągnął jak strzała.
Aż jakby z pod ziemi skry krzesze kopyty,
Aż echem piorunu grzmi tentent odbity,
A w jeźdzcu aż kipi krew cała.


Wtém kiedy na wzniosły pagórek wybiegą,
Przy świetle bladawém jutrzenki,
Młodzieńca z dziewicą w dolinie spostrzegą;
A wierne brytany do Pana przybiegą,
I łasząc się skaczą do ręki.

„Stój! zdrajco bezczelny!“ — Pan gniewny zawoła
A w sercu wre zemsty chęć wściekła;
„Jeżeli masz śmiałość nadstawić mi czoła,
Pójdź do mnie, psie podły! a miecz mój podoła
Dziś jeszcze cię wtrącić do piekła!“ —

Młodzieniec nie łatwo dostępny był trwodze,
Miał męztwo i siłę straszliwą.
Na takie obelgi, gniew zawrzał w nim srodze;
Bystremu koniowi zawściągnął więc wodze,
I skoczył ku Panu co żywo.

I jeden i drugi miecz wstrząsa nad głową,
I obaj zskoczyli wnet z koni;
I z okiem iskrzącem, i z twarzą surową,
Spotkali się, zwarli; — szczęk huczy dąbrową,
A iskry się sypią z ich broni.

I jeden i drugi nastaje i siecze,
Już obu krew broczy pancerze;
Jak ognie się jakie krzyżują ich miecze,
Z obudwu znój ciężki, z obudwu krew ciecze,
Obadwaj są równi rycerze.


Wtém kiedy już obaj osłabli na sile,
Zawołał Młodzieniec: „O! panie!
„Jeżeli się zgodzisz, przestańmy na chwilę!
Nie bój się podstępu! odpoczniem na sile,
A ja ci otworzę me zdanie.“ —

Pan utkwił miecz w ziemię, i czekał spokojnie
Co powie Młodzieniec nieznany.
— „Daremnie, o! panie! walczymy tu zbrojnie,
Gdy możem rzecz całą załatwić spokojnie,
Chciéj tylko! bez bitwy, bez rany.

„Na lepsze krew winni oszczędzać rycerze.
Niech spór nasz rozstrzyga sąd damy.
Lecz słowem rycerskiem zaręczmy się szczerze,
Że kogo z pomiędzy nas sobie wybierze,
Bez sprzeczki ją temu oddamy.“ —

Pan przypadł na układ, i myślał sam w sobie:
„Mnie przenieść powinna nad niego!
Ach! czyżem jéj w każdéj nie wierny był dobie?
Ach! czyżem ją kiedy naraził ku sobie?
Czyż kiedy zabrakło jéj czego? —

„Mnie przenieść powinna!“ — tak myślał Pan zcicha,
I zdał się na słodką nadzieję.
Lecz ona dość piła z jednego kielicha —
A ja was, panowie, ostrzegam nie zcicha,
Że miłość zdawniała nie grzeje.


Niedługo się Dama w namyśle wahała,
Bo gdy się rycerze zbliżyli,
Nowego, młodszego, wnet sobie wybrała,
I białą mu rękę z uśmiechem podała,
I usta tu niemu nachyli.

Więc pana żegnali, i daléj jechali,
Młodzieniec nieznany z dziewczyną.
Pan ścigał ich wzrokiem, aż znikli w oddali;
Gniew szarpie za serce, twarz wstydem się pali,
A z oczu mu gęste łzy płyną.

Sprzecznością tych uczuć i myśli miotany,
Daremnie chciał przemódz swe bole;
I upadł zemdlony pomiędzy brytany;
Te skaczą wokoło, i liżą mu rany,
I liżą znój ciężki na czole.

To znowu mu w oko dzień wniosło stracony,
I życie po członkach rozlało.
Wiernością brytanów do głębi wzruszony,
Przypomniał z żałością na skarb swój stracony,
Bo jeszcze go serce kochało.

Aż kiedy łzy smutku ulżyły mu brzemię,
Co z oczu płynęły jak rzeka,
Chciał wracać do domu; wiec podniósł się z ziemie —
Lecz nogę zaledwie postawił na strzemię,
Gdy słyszy wołanie zdaleka.


Więc spójrzy, aż oto Młodzieniec nieznany
Przybiega doń w pyle i znoju.
— „Dziewica, od któréj dziś jestem wybrany,
Przysyła mię po twe dwa wierne brytany,
Lub oddaj, lub stawaj do boju!“ —

Pan wsparł się na mieczu, i słuchał spokojnie
Co mówił Młodzieniec nieznany.
— „Daremnie, młodzieńcze! chcesz walczyć wnet zbrojnie,
Gdy możem rzecz całą załatwić spokojnie,
Chciéj tylko! bez bitwy, bez rany.

„Na lepsze krew winni oszczędzać rycerze.
My spór nasz na wolę psów zdamy.
Lecz słowem rycerskiem zaręczmy się szczerze,
Że który którego za pana obierze
Bez sprzeczki go temu oddamy.“ —

Rad przypadł na układ Młodzieniec nieznany,
I skrycie się cieszył z umowy;
Albowiem w swéj myśli był pewnym wygranéj,
Nie wątpił, że zwabić potrafi brytany,
I wabił je ręką i słowy,

I woła, i cmoka, i bije w kolana,
Słodkiemi łakotki przynęca;
Lecz wierne brytany przyskoczą do Pana,
I skaczą wokoło, i liżą kolana,
A zębem swym straszą Młodzieńca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gottfried August Bürger i tłumacza: Antoni Edward Odyniec.