Przypadki Robinsona Kruzoe/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Daniel Defoe
Tytuł Przypadki Robinsona Kruzoe
Data wydania 1868
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Ludwik Anczyc
Tytuł orygin. The Life and Strange Surprizing Adventures of Robinson Crusoe
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVI.
Moskity — krawiectwo i garbarstwo — igły samorodne — zwątpienie — rozmyślania nad smutném położeniem — Grenlandzkie nici — zwalczona trudność — nowy kostium.

Do sporządzenia jak najprędszego nowych sukien przynaglała mię jeszcze inna okoliczność. Zaraz z początkiem pory deszczowéj pojawiły się roje moskitów[1]. Pierwéj wcale ich nie widziałem, wyjąwszy raz w lesie, gdy mię w okolicy bagnistéj opadły i mocno pocięły; ale teraz znać z tego powodu, że łączka przyległa mojemu mieszkaniu zamieniła się w błocisko, nieznośne owady zakwaterowały się tu na piękne, obierając sobie za najlepszy przysmaczek biedne moje ciało.
W dzień jak w dzień, oganiałem się skutecznie, lecz gdy nadszedł wieczór, ani sobie dać rady; kłuły mię okropnie po całém ciele, do ust nawet wlatywały i nieraz musiałem okładać się świeżą ziemią, aby choć trochę ulgi doznać w palącym bólu. Gdyby przynajmniéj można ogień rozniecić i dymem odpędzić te krwiożercze stworzenia! Kładąc się spać, właziłem pod warstwy liścia kokosowego, ale umiały one i przez ten labirynt dostać się do méj skóry.
Nie ma rady, bierzmy się do krawiectwa; nieraz w domu rozdarłszy suknie sporządzałem je pokryjomu, żeby matka nie zobaczyła szkody, może téż potrafię i nowe uszyć.
Nie była to jednak tak bardzo łatwa robota.
A najprzód skórki były nadzwyczaj twarde. Zabiwszy zająca i obciągnąwszy go ze skóry, zwykle rzucałem ją na bok, nie myśląc aby mi się na co przydała. Zsychały się więc na słońcu jak kości, a gdy wziąłem się do rozprostowania, jako bardzo delikatne pękały. Należało je zmiękczyć.
Wiedziałem że garbarze moczą skóry w korze dębowéj, ale dębów na mojéj wyspie wcale nie było; a gdyby zamoczyć w wodzie morskiéj, myśl nie zła, lecz mógłby się włos uszkodzić. Nakoniec korzystając z dzisiejszéj pogody, pobiegłem na wybrzeże, porozkładałem skórki włosem do ziemi i z kolei polewałem wodą. Jak tylko która odmiękła, tarłem ją w ręku jak praczka chusty. Po kilkugodzinnéj pracy udało mi się tym sposobem wyprawić je jako tako. Z każdéj za pomocą noża oskrobywałem szczątki żyłek i mięsa; potém nasypawszy piasku i trąc, nadawałem pewną miękkość. Nad wieczorem było czternaście skórek gotowych do użycia, bo téż tyle ich tylko posiadałem.
Mając materyał, należało go przykroić; dawna odzież posłużyła za formę, ale mój biedny nóż przez dwumiesięczne użycie, a zwłaszcza téż od drzewa żelaznego stępiał zupełnie. Wynalazłszy kamyk począłem pociągać ostrożnie aby ostrza nie popsuć, a gdym je poprawił, zabrałem się do przykrawania. Ktoby mię widział ilem się przy téj pracy napocił, użaliłby się nademną. Gdybyż to ciąć z jednéj sztuki materyi, to co innego, ale tu trzeba z kilku skórek przykładać, przymierzać, stosować. To mi niezmiernie bałamuciło w głowie, wszystkie kawałki mieszały się. Nakoniec tym sposobem trafiłem do ładu, że stan, rękawy i nogawice porozkładałem osobno, i każda część odzieży na inném leżała miejscu.
Na nieszczęście skórek było za mało, ledwie na krótką koszulę, a raczéj kaftan i spodnie kolan sięgające starczyło; o kamaszach ani myśleć.
Już więc wszystko przyrządzone tylko siadać i szyć, ba a gdzież igły i nici? włókien bananowych wcale do tego nie można było użyć, bo grube i nie bardzo podatne; na całéj wyspie ani len ani konopie nie rosły... a igła?
Przedsięwziąłem ją początkowo zrobić z przetyczki do fajki, znajdującéj się przy scyzoryku. Byłaby to rzecz wyborna, ale jak uszko zrobić nie mając ognia ani kolca stalowego do przebicia dziurki. Porzuciłem ten pomysł, postanowiwszy zamiast igły użyć kolców kaktusowych, silnych i twardych, a przytém bardzo ostrych, o czém moje biedne przez nie podarte suknie mogły dać doskonałe świadectwo.
Pobiegłem natychmiast w zarośle, huk tutaj był igieł, tylko brać; narwałem ich kilkadziesiąt. Teraz szło o nici. Zdało mi się najpraktyczniejszém popruć pończochę, i nie namyślając się długo sprułem całą cholewkę, nawijając nici na kamyk. Żaden król pewnie nie pysznił się tak patrząc na najkosztowniejszy dyjament swego skarbcu, jak ja przyglądając się kłębkowi nici. Uwielbiałem mój pomysł, nie przewidując jak się grubo na nim zawiodę.
Zaostrzywszy przetyczkę na głaziku, użyłem jéj zamiast szydła do przebijania dziurek w skórze: następnie uwiązawszy nitkę do grubszego końca kaktusowéj igły, przewlekałem ją przez dziurki. Ale za trzecim ściegiem, gdym chciał przyciągnąć, nitka pękła. Związałem ją; po kilku sztychach znowu pękła. Znać pończocha przez długie noszenie zetlała i nici zesłabły; jakżeż żal mi było bezużytecznie popsutej cholewki.
Cała robota na nic, bez nici szyć niepodobna; zasmucony rzucam wszystko na bok, i siadam medytując nad mojém opłakaném położeniem. Ileż zawodów doznałem już na téj niegodziwéj wyspie; co dzień jakieś zmartwienie, a żadnéj pociechy ani nadziei żeby się to kiedyś skończyło. Znać okręty europejskie nie mają się po co zapuszczać w te niegościnne strony i chyba zagnane burzą dostają się w okolice méj wyspy, ażeby rozbić się o jéj brzegi. Jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwym, nie ma nieszczęśliwszego na całéj kuli ziemskiéj. Czyż nie ma? Ha może i jest. Rozważmyż co mię tu złego i dobrego spotkało.

e. Dobre.
Znajduję się na wyspie bezludnéj, i nie mam nadziei wybawienia. Ale przecież nie utonąłem jak drudzy, i mogę się doczekać lepszych czasów
Jestem odłączony od ludzi, samotny i wygnany, dręczony tęsknotą, a o najmniejszą bagatelę starać się muszę z niezmiernym trudem. Tak, ale nie umieram z głodu, mam jakie takie mieszkanie, a wyspa moja obfituje w różne rodzaje żywności, i przepyszne owoce.
Pozbawiony jestem wygód, nie mam się czém okryć, ani mogę rozpalić ognia; bez którego tak trudno obejść się człowiekowi. Ale żyję w krainie gorącéj, gdzie ludzie obchodzą się bez odzieży; a gdyby mię téż zaskoczyło rozbicie gdzieś w zimnéj Północy!

Napracuję się niezmiernie dla opędzenia nędznych potrzeb, gdy tymczasem w Europie miałbym wszystkiego do sytości, i używałbym wszelkich wygód. Lecz pracujesz dla siebie, przypomnij tylko niewolę maurytańską, tam cię batem do roboty pędzili i licho karmili, a tu jesteś wolnym i swobodnym.
Nie mam broni do odparcia napadu dzikich ludzi i drapieżnych zwierząt, i lada chwila mogę zginać marnie. Powiedzże mi czyś widział na wyspie drapieżne zwierzęta lub karaibów? Strach bez przyczyny.
Od trzech blisko miesięcy ani jednego statku nie widziałem, a więc nie zobaczę mojéj ojczyzny, i tu umrę na wygnaniu. Od pięciu lat rodzice ciebie nie widzieli, trzy miesiące wygnania to mała kara, a zresztą czekaj, do końca życia jeszcze daleko.


Porównania te pocieszyły mię nieco i dodały ducha. Jestem nieszczęśliwy to prawda, ale mogłem być daleko nieszczęśliwszym. Nie porzucaj nadziei, a staraj się tymczasem uprzyjemnić pobyt na wygnaniu. Co do nici, wszak nieraz większe daleko pokonywało się trudności, może i tę pokonać potrafisz.
Jakoż przypomniałem sobie, że podczas pierwszéj mojéj podróży do Gwinei, znajdował się majtek służący niegdyś na statku używanym do połowu wielorybów, przy brzegach Grenlandyi. Opowiadał między innemi, że mieszkańcy tamtejsi używają do szycia zamiast nici strun ukręconych z kiszek psa morskiego. Umyśliłem ich naśladować i wyprawiłem się z łukiem i strzałami do lasu dla upolowania paru zajęcy.
Zające jak na złość gdzieś się pokryły, trzeba było poprzestać na papugach; żal mi było tych wesołych pajaców leśnych, ale pierwsza miłość od siebie: ubiłem kilka. Po powrocie do domu zachowawszy piękne piórka, wypaproszyłem ptaki. Rozprute, zamoczone i wymyte kilkakrotnie kiszki, dały się dobrze skręcać. Na drugi dzień leżał przedemną spory pęczek strun ciénkich; dla nadania im giętkości wysmarowałem tłuszczem zajęczym. Teraz rozpoczęło się krawiectwo na dobre. Po trzech dniach kostium był gotowy; natychmiast ustroiłem się w nową garderobę.
Wykąpany i wyelegantowany miałem podobieństwo do kominiarczyka londyńskiego, gdy się w niedzielę do kościoła wystroi. Poskoczyłem do strumyka, ażeby się przejrzeć w tém naturalném zwierciedle.
Ubiór mój nie pozostawiał nic do życzenia, oprócz kamaszy. Kaftan ze skórek zajęczych obróconych włosem na zewnątrz, pysznie się prezentował, majtki mogłyby zawstydzić murzyńskiego modnisia, na głowie kapelusz z pręcików bananowych, wyglądał jak straszydło na wróble; jedna noga, w cholewce podartéj, druga obwinięta płótném utarganém z podartej koszuli. Twarz zarosła, włosy rozczochrane, bo nie było ich czém oprócz palców uczesać. Dodajmy do tego łuk i strzały przy boku, torbę przez plecy, w jednéj ręce dzidę, w drugiéj parasol, a będziem mieli wyobrażenie potężnego władzcy bezludnéj wyspy.
Gdybym się tak pokazał na ulicach Londynu, niezawodnie tłumy uliczników biegałyby za mną jak za rarogiem. Nie jeden zaś spekulant niemiecki mógłby świetny zrobić interes, obwożąc mię po miasteczkach i jarmarkach jako dzikiego człowieka z nieznanéj części świata, jakiego Azteka, żywiącego się surowemi rybami i mięsem ludzkiém.
Jednakże ja byłem bardzo zadowolony z mojego ubioru i długo przyglądałem się w przezroczystych wodach strumienia mojéj pociesznéj figurze.



Przypisy

  1. Pod nazwiskiem moskitów lub mustyków, rozumieją się różne gatunki much w krajach gorących, których ukłucie podobnie jak naszych komarów, bolesne zrządza swędzenie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Daniel Defoe.