Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie ma rady, bierzmy się do krawiectwa; nieraz w domu rozdarłszy suknie sporządzałem je pokryjomu, żeby matka nie zobaczyła szkody, może téż potrafię i nowe uszyć.
Nie była to jednak tak bardzo łatwa robota.
A najprzód skórki były nadzwyczaj twarde. Zabiwszy zająca i obciągnąwszy go ze skóry, zwykle rzucałem ją na bok, nie myśląc aby mi się na co przydała. Zsychały się więc na słońcu jak kości, a gdy wziąłem się do rozprostowania, jako bardzo delikatne pękały. Należało je zmiękczyć.
Wiedziałem że garbarze moczą skóry w korze dębowéj, ale dębów na mojéj wyspie wcale nie było; a gdyby zamoczyć w wodzie morskiéj, myśl nie zła, lecz mógłby się włos uszkodzić. Nakoniec korzystając z dzisiejszéj pogody, pobiegłem na wybrzeże, porozkładałem skórki włosem do ziemi i z kolei polewałem wodą. Jak tylko która odmiękła, tarłem ją w ręku jak praczka chusty. Po kilkugodzinnéj pracy udało mi się tym sposobem wyprawić je jako tako. Z każdéj za pomocą noża oskrobywałem szczątki żyłek i mięsa; potém nasypawszy piasku i trąc, nadawałem pewną miękkość. Nad wieczorem było czternaście skórek gotowych do użycia, bo téż tyle ich tylko posiadałem.
Mając materyał, należało go przykroić; dawna odzież posłużyła za formę, ale mój biedny nóż przez dwumiesięczne użycie, a zwłaszcza téż od drzewa żelaznego stępiał zupełnie. Wynalazłszy kamyk począłem pociągać ostrożnie aby ostrza nie popsuć, a gdym je poprawił, zabrałem się do przykrawania. Ktoby mię widział ilem się przy téj pracy napocił, użaliłby się nademną. Gdybyż to ciąć z jednéj sztuki materyi, to co innego, ale tu trzeba z kilku skórek przykładać, przymierzać, stosować. To mi niezmiernie bałamuciło w głowie,