Przemiany (Owidiusz)/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIX. Cefal i Prokrys.

Nazajutrz, lubo świetnie krąg zajaśniał złoty,
Lecz wiał Eur z Eginy i nie puszczał floty.
Cefal z młodszymi posły do zamku przybywa;
Lecz Eak, snem głębokim zmożony, spoczywa.
Przyjął ich Fok u progu królewskich pokojów,
Bo Telamon lud z bratem wybierał do bojów;
Natychmiast ich do sali celniejszej wprowadził
I przy sobie cekropskich wysłańców posadził.
A wtem Cefala włócznia mocno go zdumiewa,
Okuta w złoto, cała z nieznanego drzewa.
Kilkoma wstęp do pytań uczyniwszy słowy:
— »Znam się dobrze na kniejach — rzekł — i lubię łowy;
Lecz dotąd nie wychodzę jeszcze ze zdumienia,
Z czego byłby ten pocisk. Gdyby był z derenia,
Miałby sęki; pożółkłby, gdyby był z jesionu.
Z czego jest, dojśćbym nie mógł, myśląc aż do zgonu,
Ale piękniejszej włóczni nie widziałem w życiu«.
— »Większe jeszcze przymioty poznasz w jej użyciu —
Tak na Foka pytania Klitus odpowiada —
Ugodzi, gdzie zamyślasz, i los nią nie włada,
Owszem, grot sam się wraca, cały krwią zbroczony«.
Na te słowa nerejski[1] młodzian zadziwiony
Pyta, skąd ten grot wyszedł, za co i od kogo.

To pytanie w Cefalu jątrzy ranę srogą,
Powód dostania tai, innych nie odmawia
Wyjaśnień i tak swoje skrytości wyjawia:
»I któżby kiedy myślał, o synu bogini,
Że mnie ten piękny pocisk nieszczęsnym uczyni?
Jam przez niego najdroższą małżonkę postradał.
Bodajbym tego daru nigdy nie posiadał!
O porwanej Orytji słyszeliście pewnie;
Prokrys była rodzoną siostrą tej królewnie,
Ktoby je razem widział, rzekłby bez wahania,
Że Prokrys była stokroć godniejszą porwania.
Miłość i wola ojca ślubnemi ogniwy
Złączyły mię z nią trwale i byłem szczęśliwy;
Może byłbym nim jeszcze, lecz nie chciały bogi.
Od ślubów naszych księżyc dwakroć zmienił rogi,
Gdym sieci na jelenia w samym stawiał zmierzchu;
A w tem Zorza z Hymetu kwiecistego wierzchu
Zeszła na ziemię z całą świeżości ozdobą
I zaraz, niechętnego, uwiozła mię z sobą.
Lecz mnie obraz Prokrydy stała miłość kryśli,
Prokrydę mam na ustach i Prokrydę w myśli.
Wspominam Zorzy świętość moich obowiązków,
Tkliwą miłość dla żony i szczęśliwość związków.
Wzruszyła się bogini i z gniewem tak rzecze:
»Poprzestań twoich żalów, niewdzięczny człowiecze!
Miej Prokrydę, lecz czytam z przyszłości tajnika,
Że będziesz chciał jej nie mieć«, — To wyrzekłszy, znika.
Wracając, wróżbę Zorzy z każdej zważam strony,
Lękam się, czym nie doznał niewierności żony.
Powody do zazdrości wiek i piękność daje,
Tłumią jednak nieufność skromne obyczaje.

Lecz mnie w domu nie było, lecz świeży od Zorzy
Miałem przykład, lecz wszystko kochających trwoży.
Słowem, chcę się przekonać i Prokrydy wiary
Zręcznie przyrzekanemi chcę doświadczyć dary.
Zorza chętnie do mego skłania się życzenia
I uczułem, jak nagle postać moją zmienia.
Niepoznany, przyszedłszy do własnego dworu,
Nie znalazłem w nim nawet do winy pozoru;
Prokrys zawsze cnotliwa była o mnie w trwodze.
Po tysiącu wybiegach wreszcie do niej wchodzę.
Ujrzawszy ją, zdumiałem i będąc już bliski,
Chcę doświadczeń poprzestać, a nieść jej uściski.
Smutną była, lecz żadna tej nie ma ponęty,
Jak ona w smutku; tęskni, że mąż jej jest wzięty,
A zważ, jaki musiała mieć powab niezwykły,
Kiedy nawet w żałobie jej wdzięki nie znikły.
Czyliż wspomnę, jak wszystkie wytrzymała próby
Cnotą i przywiązaniem! — »On mi tylko luby —
Mówiła — jemu wierność zachowam powinną«.
I któżby jej nie uznał jeszcze za niewinną?
Mnie tych dowodów nie dość; własną jątrząc ranę,
Liczne przyrzekam dary za względy mniemane.
I gdy mię już nadzieja cieszyła, choć błaha,
Nowe jej dary czynię, aż wreszcie się waha.
»Patrz, oto jestem — wołam — zalotnik zmyślony,
Mąż i świadek prawdziwy krzywoprzysięstw żony!«
Prokrys, płonąc od wstydu, słowa nie wyrzekła,
Ale z domu przed mężem podstępnym uciekła.
Ku mnie i ku mężczyznom nienawiścią tleje
I w orszaku Dyany górskie zwiedza knieje.
Ja oddaloną kocham z gorętszym zapałem,

Błagam o przebaczenie i błąd swój wyznałem,
I że tak kosztownemi doświadczany dary,
Możebym sam się zachwiał w dotrzymaniu wiary,
Tem ją wyznaniem z własną jej cnotą zgodziwszy,
Odtąd w stałej z nią zgodzie żyłem najszczęśliwszy.
Oprócz serca ofiary jeszcze dar mi czyni
Z charta, otrzymanego od łowów bogini;
»Wszystkich — rzekła Dyana — z łatwością przegonią.
Mam też od niej ten pocisk, co go dzierżę w dłoni.
Gdziem drugi dar postradał, równie z pierwszym rzadki,
Wnet się dowiesz i dziwne usłyszysz wypadki.
Gdy niedocieczonego odgadnąwszy wieszcza,
Edyp kraj swój ocala i sfinksa w grób wmieszcza,
Zgon jego srogą zemstę w Temidzie rozżarza;
Zaraz więc nowym Teby potworem przeraża:
Zsyła wściekłego lisa. Ten na liczne stada
I na stwożonych włościan zuchwale napada.
Sąsiednia młodzież, tknięta Teban klęską krwawą,
Rozległe okolice zajmuje obławą.
Lecz lis, mocny i zwinny, jedne zrywa sieci,
Gdy inne lekkim skokiem, jak strzała, przeleci.
Ze smyczy psy spuszczone, pędzą i nastają,
Ale on, jak ptak, igra z goniącą go zgrają.
Wołam Lelapa mego — tak się zwał chart żony.
Do smyczy nieprzywykły i zniecierpliwiony,
Rwie się z obroży, ciągnie, wspina się i zżyma,
A zaledwie spuszczony, już go w oczach niema;
W piasku tylko ślad został. Strzała nie z tą mocą
Leci ani głaz, wartką wyrzucony procą.
Stanąłem pośród pola na wzgórzu wysokiem,
Tych nieznanych wyścigów bawiąc się widokiem.

Już chart lisa jest bliski, lecz lis dościgany
Unika zręcznym zwrotem grożącej mu rany.
Wprost nie leci, to wkoło, to na stronę schodzi,
Przerywa zapęd charta i kły jego zwodzi.
Chart biegnie, już coś chwyta otwarta paszczęka;
Ale nie, kłami tylko w czcze powietrze szczęka.
Chwytam grot, już nim macham, już byłbym go rzucił,
Gdym znowu oczy moje na gonitwę zwrócił.
Wtem — o cuda! — dwa głazy spostrzegam zdaleka
I zdaje się, że jeden pierzcha, drugi szczeka.
Któryś bóg, gdy ich w biegu za równych ocenił,
Dla wieczystej pamiątki w głazy ich przemienił«.
Skończył Cefal. Fok nato: »Powiedz, jakąś winę
Upatrzył do tej włóczni?« — Cefal dał przyczynę:
»Gdy zmartwienia dopiero po mem szczęściu idą,
Więc ci zacznę o pierwszem mówić, Eacydo.
O, jak błogo odnawiać pamięć owej chwili,
Gdym z żoną, żona ze mną szczęśliwieśmy żyli,
Gdy oboje miłości równa łączy tkliwość,
Wierność była wzajemna, wzajemna troskliwość;
Dla Jowiszaby mojej nie zrzekła się ręki,
Jabym jej nie porzucił za Wenery wdzięki.
Ledwie słońca promienie świat złotem uwieńczą.
Szedłem zwykle na łowów zabawę młodzieńczą,
Sam, bez wiązanych sieci i bez straży konnej,
I psiarni nawet z sobą nie brałem powonnej;
Dość mi było oszczepu. A gdy już prawica
Dostatecznie się zwierząt posoką nasyca,
Zaraz chłodu i cienia szukałem swobodnie
I Aury, z gór zacisza wiejącej łagodnie.
Aura była mi w skwarnym upale ochłodą,

Aura była mi lubą po pracy nagrodą.
»Pociesz, Auro — śpiewałem piosnkę ulubioną —
Przybądź, droga, ochłodzić rozpalone łono!«
A może — bo mię zgubne wiodło przeznaczenie —
I słodsze jeszcze słowa mówiłem pieszczenie.
»Tyś to moją rozkoszą; tyś i życiem mojem,
Ty mię rzezwisz, pokrzepiasz, tyś mych uciech zdrojem;
Dla ciebie kocham tylko samotność i lasy,
Dla twego tchnienia lubię poranku niewczasy«.
Musiał słowa dwuznaczne ktoś podsłuchać blisko,
A słysząc często Aury głoszone nazwisko,
Tę Aurę wziął za nimfę i zbrodnię zmyśloną,
Nierozsądny, przed moją rozpowiedział żoną.
Miłość jest łatwowierna. Na te słowa zbladła
Tkliwa Prokrys, omdlała i na ziemię padła.
Odzyskawszy przytomność, zwie się nieszczęśliwą,
A tak mocno niewiarą dotknięta fałszywą,
Lęka się, czego niema, nazwiska bez ciała
I już jak nad istotną rywalką bolała.
Czasem jednakże wątpi, pragnie być zwiedziona,
Nie dosyć ufa skargom i nim się przekona,
Nie śmie jeszcze swojego potępiać Cefala.
Zaledwie uśmiech Zorzy ciemności oddala,
Idę, las zszedłszy, padam znużony na darni,
»O Auro, ty się mojej ulituj męczarni!«
Rzekłem; wtem jakieś słyszę w gęstwinie szemranie.
Nie zważam. »Przybądź — wołam — ty moje kochanie!«
Gdy się szelest przybliżał, myśląc, że pozyskam
Zdobycz jaką, w tę stronę lotny oszczep ciskam.
Była to Prokrys. Piersi włócznia jej przenikła.
»Biada mi nieszczęśliwej!« przeraźliwie krzykła.

Zbladły, drżący, poznając głos kochanej żony,
Biegnę z rozpaczą w sercu, prawie jak szalony.
Krwi strumieniem zbroczona, ledwie napół żywa,
Własny dar z rany krwawej usilnie wyrywa.
I tak znalazłem żonę nad życie mi drogą;
Drę na niej szaty, ranę zawiązuję srogą,
Krew chcę wstrzymać i błagam, by była pamiętną,
Że przez śmierć mi zostawi żonobójcy piętno.
Bez sił, już obumarła, zaledwie tak rzekła:
— »Zaklinam cię na bogów i ziemi i piekła,
Co wkrótce mymi będą, na naszą zażyłość,
Na świętość naszych związków, wreszcie na tę miłość,
Dla której, nieszczęśliwa, ducha dziś wyzionę,
Nie chciej, okrutny mężu, brać Aury za żonę!«
Rzekła; błąd jej poznaję i zaraz go niszczę.
Lecz na cóż mi się przyda, choć siebie oczyszczę?
Już z niej z krwią odchodzącą słaba znikła siła.
Dopóki patrzeć mogła, we mnie wzrok wlepiła,
W usta moje przelała swe ostatnie tchnienie
I bezpieczna, spokojniej zeszła między cienie.


Przypisy

  1. Fokus, syn Eaka i Nereidy Psamathe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.