Promień/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Promień
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Data wydania 1930
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII

Echo łżawieckie nie wywierało na czytającą publiczność w pierwszych miesiącach swego bytu bardzo wielkiego wrażenia. Prenumeratorowie przybywali kiedy-niekiedy, ale zwolna. W Gazecie łżawieckiej, która pierwsze numery Echa witała z obłudną życzliwością, zjawiać się zaczęły pewne symbole w kostyumach entuzyastycznych pochwał, wskazujące palcami zalety przeciwnika, o jakie Gazeta nie kusiła się nigdy, a wreszcie pewnego dnia usiadło w szpaltach skromne, dyskretne, iście braterskie pytanie, czyby nie było «wskazanem», ażeby pismo peryodyczne w takim Łżawcu, przeznaczone, «jakby wnosić należało dla wierzących, dla chrześcijan-katolików» trzymać w duchu bardziej religijnym?... W numerze następnym tkwił już dokumentny artykuł o tem, co to jest moralność «prawdziwa», a co moralność «niezależna», czyli «bezwyznaniowa»... Grzybowicz, odczytując te pytania i admonicye, wciskał binokle i zacierał ręce, szykując się do siarczystej odpowiedzi. Raduski gasił jego animusz — i nie dał żadnej. Czuł on, że wojna tak czy inaczej wybuchnie, a rad był odwlec moment starcia na czas nieograniczony. Wkrótce potem właściciel drukarni, gdzie odbijano Echo, ni z tego, ni z owego zerwał umowę i nie chciał nadal drukować pisma, motywując ten krok dziwacznie i niezrozumiale. Na szczęście istniały w Łżawcu trzy drukarnie. Przeniesiono zaraz Echo do drugiej, ale z wielkiemi stratami, gdyż właściciele jej kazali sobie płacić prawie w dwójnasób. Nie było jednak rady i pan Jan przystał na słone warunki.
Przykrości, idące z tego tytułu, nagradzał wydawcy stosunek z Grzybowiczem. Ten ostatni był to niezrównany gazeciarz, człowiek rozkochany w bibule i farbie drukarskiej. Od chwili zagnieżdżenia się w redakcyi przekształcił się niby kameleon: ożył, nabrał w siebie i wyładował masę energii. Zbierał wiadomości miejskie pierwszy, sposobem jemu tylko wiadomym, miał najdokładniejsze sprawozdania o wszystkiem, co się działo w mieście i poza jego rogatkami, szturmem zdobywał ogłoszenia i pakował gazetę na wszystkie strony. Raduski miał sto pociech, patrząc na jego zabiegi, walki, tryumfy i klęski. W tym czasie doznał także nie małej uciechy, otrzymawszy z prowincyi kilka listów pomyślnych. Pewien młody urzędnik akcyzy wychwalał z entuzyazmem myśli Echa, a sam proponował redakcyi, czyby nie umieściła jego pracy o przemytnikach, pewnego rodzaju studyum, opartego na kilkoletnich badaniach, prowadzonych w całej rozciągłości, bo przy użyciu z jednej strony broni, a z drugiej kołków, nożów i pazurów. Praca ta miała mieć charakter nie tylko etnograficzny, ale także społeczny, miała ukazać całą tę warstwę ludzi w świetle wyraźnem i dokładnem, sine ira et studio. Drugi, niemniej pomyślny list przysłał do redakcyi pewien rządca dóbr prywatnych. Pisał on, że ma gotową do druku robotę o parobkach folwarcznych, opartą na materyale zebranym w kilku wsiach okolicznych. Referat rządcy miał jakoby dać opis całkowitego żywota parobka folwarcznego i jego rodziny. A więc miał przedstawić, ile taki robotnik zarabia, ile i jak pracuje, gdzie mieszka, co je, ile pije wódki, jaki jest stan fizyczny, moralny i umysłowy.
Bardzo szczodrze posypały się korespondencye z rozmaitych punktów gubernii. Niektóre z nich były obszerne i doskonałe. Jedna np. zawierała obraz drobnego przemysłu w małej mieścinie Pałąki, napisana była wybornie i ze znajomością rzeczy. Raduski promieniał. Nie tylko żądał od referentów ich prac, ale obstalował nowe studya, przyrzekając drukować je w całości, lub wyciągach, pewny, że te artykuły zastąpią dla czytelników odcinek z przekładami i obrócą serce mieszkańca tamtejszej okolicy do jego braci na niskim stopniu społecznym... Pisał tedy na wszystkie strony, gdy wtem nowe zdarzenie wytrąciło mu pióro z ręki. W ostatnim tygodniu czerwca zjawił się pewnego popołudnia w drukarni dr. Falanty, wywołał Raduskiego na ulicę, ujął go pod ramię i, przysiadając kolejno na swych grubych nogach, mówił:
— Przychodzę zakomunikować panu smutną nowinę, bardzo smutną nowinę... Istotnie... Mnie samego takie rzeczy... istotnie... Byłem dziś u doktorowej...
— U doktorowej Poziemskiej?
— Zgadłeś pan, u doktorowej Poziemskiej. Żona kolegi, coś, tego... Pierwsza powinność! Wezwała mię, więc idę, bez względu na to, że płatni pacyenci... Niema o czem mówić... Pierwsza powinność i skończona rzecz. Byłem, zbadałem stan chorej...
— Chorej?
— Tak. Źle jest, proszę pana. Mówię to jako przyjacielowi zmarłego. Ona jest zakażona tą nosacizną. Jest to, zdaje się, mniej ostre, ale to samo.
Twarz Raduskiego skurczyła się i przybrała jakiś psi wyraz. Stanął na trotuarze i żuł coś w wysuniętych wargach. Stopudowy rozsądek przywalił jego duszę. Serce w nim zamarło. Szedł obok doktora Falantego, z uwagą słuchając jego medycznych określeń. Wciąż myślał o tem, że należało się tego spodziewać, że to było do przewidzenia, że były pewne oczywiste wskazówki, aczkolwiek najlżejsze przypuszczenie w jego imaginacyi nigdy nie postało. Gdy wstępował na schody mieszkania doktorowej wraz z grubym medykiem, uległ silnemu złudzeniu, że słyszy przez ściany głos Poziemskiego, coś jakby jęk, coś jakby śmiech szyderczy.
Pani Marta ubrana leżała na sofie w pokoju bawialnym. Miała oczy rozbiegane, wypieki na twarzy i dzikie drgania brwi, drgania jakich Raduski nigdy nie zauważył. Skoro tylko weszli do pokoju, zapłakała rozdzierającem serce, cichem, bezsilnem łkaniem. Głowa jej opadła na skórzaną poduszkę i leżała zwieszona ku ziemi, kiedyniekiedy wznosząc się i opadając, jak u starych niewiast zatopionych w modlitwie. W płaczu tym nie było skargi, rozpaczy, ani żalu, tylko jakieś bezlitosne wypominanie długich dziejów bezprawia i krzywdy. Raduski stał obok sofy i nie ruszał się z miejsca. Był pewny, że ten głos już za życia swego raz słyszał w śpiewie brudnej, cuchnącej, chudej Indyanki, na pokaz obwożonej w szałasie wędrownego kuglarza, która w antraktach między jednym tańcem a drugim siadała na deskach, pod szkaradnie malowaną kulisą i, niańcząc zziębnięte, paskudne, chore, kaszlące niemowlę, śpiewała mu swą pieśń ojczystą, czy macierzyńską. Nie długo bawił u chorej. Na ulicy począł naradzać się z Falantym, co czynić, zaproponował zwołanie konsylium... Znakomitość łżawiecka przystała na to chętnie i zaraz tegoż dnia zebrało się w mieszkaniu pani Marty grono lekarzy. Radzili dosyć długo i, jak się później okazało, doszli zgodnie do pewnych wniosków. Pan Jan tę noc przepędził bezsennie, a cały następny dzień u wdowy, służąc jej jak szarytka. Późno wieczorem około godziny jedenastej wrócił do siebie, w ubraniu położył się na sofie i twardo zasnął. We dwie godziny później zbudził się nagle, jakby rzucony z posłania niewiadomą siłą. Noc była ciepła, księżycowa, cudowna. Przez otwarte okno płynął ze starego parku zapach narcyzów, podniecający, prawie ostry. Wszystko spało, a raczej wszystko, jak gdyby utonęło w nocy i ciszy. Ani z oddali, ani z bliska nie dochodził szmer najlżejszy. W przestworze, zalanym światłem miesięcznem, stały tu i owdzie po niebie rozwiane, blade chmurki, niby skrzydła i szaty cherubinów, co ukryci za niemi pełnią nocną służbę przede drzwiami, niewidzialnemi dla oczu śmiertelnych. Biały blask martwemi kształtami leżał na murze ogrodowym, na potłuczonym daszku z cegły, na zielonej pleśni omszałych słupów. Jak świecący ciężar ważył się bez końca na strzępiastym liściu dzikiego wina niby ulotny i sprężysty ognik wstępował do ciemnicy pod gęste liście przez szczeliny między igłami starego modrzewia. Tam w czarno-zielonej głębi chwiał się, posuwał, cofał, oglądał mokre trawy i kielichy skromnych kwiatów. Na dróżkach zasypanych piaskiem a wystawionych na zimne światło leżały urocze cienie grubych odziemków, gałęzi, prętów i liści, jakby widma drzew ściętych.
Raduski usiadł w oknie i podparł głowę rękami. Objęły go we władanie: cisza nocna i coś stokroć lepszego, niż sen, bo spokój, spokój zupełny. Bolesne szarpanie się w sobie, współczucie a nawet litość sunęła teraz przed nim, jakby zewnętrzne obrazy, wcale jego samego nie dotykające. Była to chwila wzmocnienia ducha, chwila równowagi, zdrowia i siły. Zaskorupiałe rany zdzierał bez bólu, bez czucia i zimnym wzrokiem do środka ich przenikał. Czuł, że to nie jest obca jego naturze, przemijająca reakcya, ani obłudna forma tych samych wzruszeń. Rozumiał, że wchodzi w jakiś doskonalszy zakres życia, gdzie siły jego muszą spotężnieć. Ciężył mu tylko brak ruchu, więc ubrał się, wdział letnie palto i wyszedł z domu. W pustych ulicach, gdzie rysowały się nagie granice światła białego, jak mleko, i cieniów, czarnych, jak wnętrze lochu, myślał o granicy rzeczy dobrych i złych, czynił szybkie wnioski, oparte na mnóstwie zdarzeń, przygód, cierpień i radości ze swego życia, którego w owej chwili bardzo daleką przestrzeń widział jasno, niby oblaną światłem miesięcznem. Wnioski owe nie sprawiły mu żadnej przykrości, chociaż, jak ręka złodziejska rozdzierały zasłonę miejsca świętego świętych, podobne raczej były do sennych, czułych marzeń. Tak rozmyślając, stanął przed domem, w którym na piętrze mieszkała doktorowa. Tylko jedno okno w sypialni było słabo zabarwione światłem, co wskazywało, że chora śpi spokojnie. Z ulic brukowanych zeszedł na chodnik wysypany żwirem, znalazł się w alei, a stamtąd ruszył w pole.
Daleki horyzont ginął we mgłach nocnych. Białe pasmo szosy, tak wyraźnie z bliska widzialne, wpełzało między mgły, jakby się wznosiło ku górze i ginęło. Pola zasłane zbożami lśniły się w rosach, które osrebrzało senne światło. W nizinkach, daleko, daleko pokrzykiwały derkacze, a gdzieś, zdawało się, za borami, za lasami rechotały żaby. Raduski lazł prosto na ten głos dróżką, między której dwiema koleinami szedł grzebień przykopy wysoki, trawą bujnie obrośnięty. Przed oczyma jego zmieniały się działki zbóż i forma roli, a wreszcie droga zginęła na miedzy, gdzie rosła sama prawie dziewanna i leżały stosy kamieni. Na jednej z takich kamionek usiadł, zwiesił głowę i utonął w zadumie. Wstał z tego miejsca, gdy się już dzień budził. Na wschodzie płonęła zorza, przenikając wskroś mgły, rozciągnięte daleko ponad łąki, pola i lasy. Idąc z powrotem, Raduski słyszał, jak we śnie, rozlegające się wśród jednego z łąkowych tumanów, ostrzenie kosy, gdzieindziej, tuż prawie obok drogi, wołanie przepiórki. Był dzień zupełny, gdy wkroczył do miasta. Zaszedł do siebie, umył się, zmienił przemoczone obuwie i odrazu wyruszył do mieszkania pani Poziemskiej. Pragnąc uniknąć stuku i dzwonienia u drzwi głównych, wsunął się na wąskie podwórko, na brudne schody, z cicha przycisnął klamkę i wszedł do kuchni. Starsza służąca spała jak zabita głośno chrapiąc na swem wysokiem łóżku. Nie obudziła się wcale, gdy Raduski mijał szybko duszną izbę i wchodził do stancyi, gdzie Elżbietka sypiała z młodszą, niańką. Obiedwie twardo spały, aczkolwiek słońce prażyło ich głowy pierwszym, rzęsistym snopem światła. Drzwi do pokoju pani Marty, dawniej sypialni doktora, były zamknięte, więc Raduski, ująwszy ręką klamkę, długo ją z lekka naciskał, wahając się, czy nie obudzi chorej, gdy wejdzie tak wcześnie. Drzwi z cichutkim szelestem ustąpiły i pan Jan stanął za progiem. W pierwszej chwili cofnął się instynktowym ruchem, sądząc, że przychodzi nie w porę, ale wnet skoczył w osłupieniu i ze zgiętym grzbietem schylił się, a raczej zawisł nad łóżkiem. Leżał przed nim na wznak trup wdowy. Zwłoki zawisły w pętlicy ze sznura od portyery, którego dwa końce samobójczyni przywiązała była do klamki w środku okna. Łóżko było pchnięte nogami, widać w sekundzie rzucenia się w próżnię, a stężałe ciało, kolanami zaczepione o krawędź tkwiło prawie poziomo. Szyja była dwa razy okręcona sznurem. Ręce w agonii stargały koszulę na piersiach, a potem rozbiegły się martwe, zwisły ku ziemi i zastygły w powietrzu. Raduski nachylił twarz do strasznego oblicza, zajrzał w wywalone oczy, które, zdawało się, pękną lada chwila. Wargi jego złożyły się do dzikiego wrzasku o pomoc, ale raptem jakieś gorzkie zachłyśnięcie ścisnęło mu gardziel, jak ów zielony stryczek, na który patrzał w tej chwili. Z całej siły starał się rozumnie odpowiedzieć sobie — co to jest — gdy wtem poczuł w ustach smak wstrętnego kwasu, w głowie jego rozległy się jęki mnóstwa dzwonów, ujrzał okno, wyrywające się z futryny, przez sekundę widział krawędź żelaznego łóżka, wreszcie jakąś mglistą, bezbarwną ciemność... Kiedy, po trwaniu nie wiedzieć jak długiem, ten zmrok rozpraszać się zaczął, Raduski ze zdumieniem zobaczył o dwa cale przed swemi wargami leżącą podwiązkę ze stalową spinką, mały skrawek papieru, a dalej chropowatą warstwę pyłu i drobnych śmieci na błyszczącej, froterowanej posadzce. Leżał bez ruchu, zwolna przypominając sobie wszystko. Gdy się nareszcie dźwignął, miał oczy zmrużone i jakieś niezwykłe wykrzywienie twarzy, co mu nadawało pozór jakby się z sarkazmem uśmiechał. Trzymając się żelaznej sztaby łóżka i patrząc na umarłą, zaczął myśleć, myśleć, myśleć i przychodzić do władzy nad sobą. Owiał go lodowaty chłód i śmiertelne, głuche milczenie. Tak upłynęła zapewne godzina czasu. Wówczas, nie oglądając się na trupa, wyszedł wolno do sąsiedniego pokoju. Elżbietka już się przebudziła i w koszulinie siedziała na łóżku, gadając coś do trzech lalek z wydłubanemi oczami, które obok niej leżały. Ujrzawszy Raduskiego, rzekła, wytrzeszczając ze zdumieniem oczy:
— Chudy Janek! skądeś się tu wziął? Kiedyś przyszedł? Ale cicho, cicho, nie hałasuj, bo Florka śpi. Nie można jej budzić, boby nie chciała bajek opowiadać. Widzisz, jak ona śpi...
W rzeczy samej niańka chrapała donośnie. Raduski siadł na krzesełku, przy łóżeczku małej i zaczął podawać jej trzewiki i sukienki.
— Ty mię będziesz ubierał, ty, chudy Janek? Czekaj, cicho! Nic nie mów Florce, błagam cię! Ona się przebudzi, a ja już...
I gorączkowo zaczęła sama naciągać pończochy. Raduski uczesał ją, służył przy myciu szyi, twarzy i uszu, a gdy już była gotowa zupełnie, obudził służące i rzekł:
— Pani umarła. Niech żadna tam nie waży się nic ruszać, dopóki nie przyjdzie policya. Ja biorę panienkę ze sobą.
— Bierzesz mię ze sobą, bierzesz mię ze sobą? — wołała Elżbietka, zaglądając mu w oczy.
— Biorę cię ze sobą... — rzekł, patrząc na nią z pod nawisłych powiek.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.