Promień/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Promień
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Data wydania 1930
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII

Długie, cudne dni maja przechodziły dla Raduskiego tak szybko, jak godziny. Zaledwie rozświetlał się jasny, zmoczony rosą poranek, już szła noc, prawie ciągle bezsenna, i wnet ustępowała przed nowem przyjściem słońca. Nocne czuwanie, sen pełny trwogi wprawiły redaktora w stan szczególnego oszołomienia.
Widząc ogromne znużenie, pod ciężarem którego pani Marta z nóg się waliła, zaczął ją sumiennie wyręczać w doglądaniu chorego. Siedział tam prawie dzień i noc, kiedyniekiedy wymykając się dla chwili snu, obiadu i zasięgnięcia od Grzybowicza języka o stanie gazety. Już po upływie paru tygodni stał się w rodzinie doktorskiej osobą tak niezbędną, że gdyby raptem usunął się od spełniania tych własnowolnych obowiązków, straconoby tam całkowicie w warunkach tak fatalnych możność bytowania. Pani Poziemska nie opuszczała swego stanowiska u wezgłowia męża, spała przy nim, jak dawniej, na ziemi, ale nie zajmowała się już sprawami domu i wykonawczą jedynie rolę pełniła w kuracyi. Bardzo często w czynach jej, w dźwiękach głosu, w ruchach, w wyrazie twarzy, a szczególniej w tępych spojrzeniach widać było niemoc utrudzenia, wstręt i obojętność. Męstwo umysłu, wytrzymałość serca nie zmniejszyły się w niej ani na jedną kreskę, ale ręce i nogi, uszy i oczy — ustały. Częstokroć, idąc przez pokoje z filiżanką bulionu, flaszką lekarstwa, lub termometrem w ręce, zbliżała się do jakiegoś fotelu lub krzesła, zamiast do męża, składała rzeczy niesione na pierwszym z brzegu stole i w postawie byle jakiej usypiała, a raczej tonęła w odrętwieniu sennem, krótkiem i jeszcze bardziej męczącem, z którego budził ją pierwszy szept lub westchnienie chorego.
Wszystkiem zajął się Raduski. Gdyby go kto wprost spytał, dlaczego to wszystko robi, nie umiałby odpowiedzieć, a właściwie nie byłby w możności wyrazić słowami, co go pchało do tego rodzaju czynności. Była to przedewszystkiem z pewnością jakaś miłość. Coś strasznie, nad życie swoje w całej tej historyi kochał. Ale którą osobę, czy co? Skulone ciało, ranami wstrętnemi okryte, źrenice pani Marty w próżni zatopione, czy szczebiot Elżbietki, której do ojca nie wolno było przybliżać się i dotykać? Ta głęboka miłość smutnych salonów, osłoniętych żaluzyami, podobną była niby do jakiejś siekiery. Obuch jej stanowiła tępa zemsta, nie wiedząca w kogo ugodzić. Ale częściej, daleko częściej myśli snuły się długim szeregiem, jedne za drugiemi, jak ciche siostry miłosierdzia, co, ukrywszy twarze, niestrudzenie, ze świętem bohaterstwem idą w środek łoskotu wojny, aby na polu zniszczenia zbierać straszliwe jej plony. Pod wpływem tego uczucia rzucał się do walki z chorobą i starał przemóc jej siłę. Urządził dwa razy konsylium specyalistów warszawskich i wybitniejszych miejscowych lekarzy. Przepisy i najszczegółowsze, najdrobniejsze wskazania wypełniał sam i przy współudziale doktorowej, nad wszelki wyraz gorliwym. Ale była to bitwa przegrana. Każdy dzień przynosił nowy znak porażki. Wśród mozołów gorączkowego wydzierania naturze życia doktora, w półsnach, półjawach znaki te łączyły się w dziwne kombinacye, w pewne formuły. Niebezpieczeństwo i groza wywyższały te myśli, dźwigały je na górne miejsce, skąd widać się dawał szeroki obszar ludzkiego bytu. Choroba doktora i połączone z nią okoliczności były to dla Raduskiego, nie tylko codzienne fakty, nie tylko zatrute owoce dzikości świata, ale nadto były to dlań jakby typy działania pewnych sił, gromadzące się ciągle w jego umyśle. W ciągu tego całego miesiąca zapamiętał szczególnie kilka wypadków, a raczej kilka chwil swej duszy.
Pierwsza zdarzyła się jednego dnia nad ranem, o samym brzasku, kiedy chory czuł się gorzej, niż zwykle. Pani Marta usnęła na swym materacu, jak głaz. Głośne chrapanie jej rozlegało się po całym domu. Za przymkniętem oknem słychać już było wesoły szczebiot ptaków. Raduski podniósł storę i uchylił okna tyle, że mógł słyszeć, jak z łagodnym szeptem liście na drzewach cichy wiatr głaska. Chory ocknął się i leżał nie śpiąc, z zamkniętemi oczyma.
Z nagła wyszeptał:
— Raduski...
Pan Jan, nie mogąc przyjść doń z tej strony gdzie spała doktorowa, stanął w nogach i pochylił się. Chory zwrócił na niego swoje oczy i bez słowa patrzał, patrzał, patrzał. Dreszcz zimny zaczął łazić po krzyżu Raduskiego i zjeżył mu włosy nad głową. Straszny wzrok schorzałego, zdawał się podawać z oczu do oczu tajemnice, zachwycone u ostatniego krańca bytu przez szczelinę, na tamten świat wychodzącą.
Nareszcie te oczy uśmiechnęły się dziwnie, a wargi cicho, tak bardzo cicho, że Raduski tylko po ruchu ich był w stanie rozeznać wyrazy — szepnęły:
— Liście... szeleszczą?
— Liście...
I znowu uśmiech, uśmiech nieziemski. A później z trudem wyszeptane słowo:
— Przyjacielu...
Drugą chwilę przeżył w kilka dni później, w drukarni, kiedy wśród mnóstwa listów z kilku dni, adresowanych do redakcyj, czytał jeden, najbardziej jak tylko być może osobisty. Niepodpisany autor w wyrazach bardzo uszczypliwych i prawdziwie dowcipnych znieważał go za to, że jakoby przy łożu konającego człowieka on, Raduski, śmie prowadzić nikczemny romans. Romans ów autor określał za pomocą terminów plugawych, a szczególnie jeden z tych wyrazów kilkakroć napisał. Raduski, odczytawszy kartkę, zmrużył oczy i zbladł. Wzrok jego, jak gdyby przylgnął i nie mógł się oderwać od owego haniebnego słowa. Wargi mimowoli powtarzały je, rozdzielając sylabę od sylaby, a za każdą z nich dusza łykała truciznę.
Na trzecią chwilę duszy pana Jana złożyło się wiele zdarzeń, towarzyszących ceremoniom pogrzebu doktora. Zmarł w pierwszych dniach czerwca. Za trumną szedł cały Łżawiec: chrześcijanie i żydzi, bogaci i ubodzy, dorośli i dzieci. Kiedy niezmierny kondukt przy blasku mnóstwa świec wyszedł z katedry i, niby bujna fala powodzi, wlał się w ulicę, prowadzącą ku cmentarzowi, Raduski, stojąc na wzniesieniu kościelnem, zaśmiał się z cicha. Przyszły mu na myśl słowa starego antykwaryusza, cytowane z Hamleta: «Biedny Yoricku, Yoricku!»... To stado ludzkie z pompą oddawało honory, na jakie stać je było, czemuś niewiadomemu, co przed chwilą gotowe było zaniedbać i rzeczywiście lekceważyło... Na cmentarzu Raduski umyślnie zdaleka się trzymał od trumny, grobu i pani Marty. Ta ostatnia miała opiekunów nie mało. Prowadził ją pod ramię z wielką i surową godnością najgrubszy co do objętości i najstarszy co do wieku reprezentant medycyny w Łżawcu, dr. Falanty. Z drugiej strony stał Koszczycki, dalej piękny i młody antysemita dr. Bydłower, oraz inni żonaci i bezżenni przedstawiciele fakultetów. Pani Marta rozpaczała, jak się wydało Raduskiemu, w sposób niezupełnie szczery, efektowny i banalny. W czasie mowy kaznodziei, który rozrzewniał publiczność wielokrotnem ubieraniem w klejnoty retorycznych myśli, że oto był człowiek żywy, był doktór medycyny, był małżonek, był ojciec dzieciom (kaznodzieja stale powtarzał to «ojciec dzieciom», aczkolwiek Elżbietka była jedynem dziecięciem zmarłego), a oto teraz leży martwy trup, nic więcej, tylko pewne terytoryum robactwa — pani Marta mdlała. Gdy wreszcie trumnę spuszczono na powrozach w głąb dołu, okropnie usiłowała rzucić się za nią, czemu adwokat Koszczycki z właściwą forsą przeszkodził. Pomysł owego rzucania się w grób wydał się Raduskiemu również kiedyindziej obmyślonym, jak to mówią, zrobionym szydełkową robotą. Dopiero gdy łopaty chłopów o kostropatych łbach i niegolonych gębach poczęły spychać na trumnę mokrą cuchnącą glinę, twarz wdowy nagle przybrała wyraz głupi, nieefektowny, wyraz strachu i boleści. I serce Raduskiego ów łoskot o wieko przeszył uczuciem nigdy nie doświadczonem, uczuciem wielkookiego strachu, jakiemu człowiek podlega chyba tylko topiąc się w wodzie. Władze ciała i wytężone palce nie znajdują żadnego przedmiotu twardego, nie znajdują nic, prócz żywiołu, który się złapać nie da. Wtedy także przemknął się w jego pamięci dziwny uśmiech doktora. A potem nastała obojętność.
Wróciwszy z pogrzebu, Raduski udał się do mieszkania pani Marty, ale jej tam nie znalazł. Na cały tydzień wzięła ją do siebie żona grubego lekarza. Pan Jan zajął się odświeżeniem lokalu, który przesiąkł niejako chorobą. Kazał go wietrzyć, zmienić i zreformować. Wszystko to czynił dla sprawienia pani Marcie niespodzianki, gdyż miał zamiar sprzeciwić się temu, żeby tam dłużej mieszkała. W ciągu tych kilku dni tęsknił za nią i nie mógł sobie znaleźć miejsca. Od chwili pogrzebu widział się z nią raz tylko w parku miejskim. W krótkiej rozmowie, przy starszych wyobrazicielach familii głośnego uzdrawiacza cierpiących, zdołał zaproponować wdowie, czyby nie chciała odbyć krótkiej, jednodniowej wycieczki do miejscowości znanej mu z lat dziecinnych. Pani Marta zgodziła się w sposób nudnie-bierny, a gdy się rozstawali, patrzała mu w oczy z uśmiechem, który w nim stworzył nowe życie.
Nazajutrz, około godziny ósmej rano, pan Jan stawił się przed chwilowem schronieniem pani Marty w najętym powozie, umieścił w nim wdowę, doktorową Falantową i Elżbietkę, a sam wlazł na tak zwany kozioł. Gdy przejechali szosą z dziesięć wiorst drogi, Raduski kazał furmanowi zjechać na boczny trakt piaszczysty. Poczynała się tam okolica pagórkowata, zarośnięta na wielkich obszarach jałowcem. Przed oczyma jadących wznosiły się znaczne, nieco powydłużane wzgórza, obleczone w ciemne lasy, z głębi których szarzały tu i owdzie osypiska głazów. Wehikuł sunął wolno po drodze, uginając się jednostajnie. Sprychy kół zabierały na się całe warstwy piasku, który sypał się ciągle z cichym szelestem. Śliczne, wesołe słońce stało nad krajem i, ciągnąc z zarośli jałowcowych mocną woń żywicy, rozlewało ją w powietrzu. Za wyższymi krzakami, na sinych cieniach, przecinających koleiny drogi, stała jeszcze rosa. Gdzieniegdzie, po żółtem tle piasku, niby plamy na skórze pantery, widać było siwo-szare kępy wrzosów. Srokosze zawodziły w gąszczach swe jednostajne pieśni, z lasu kiedyniekiedy dawał się słyszeć krzyk ostrożnej kraski. Wolno jadąc u podnóża, wycieczkowicze okrążyli jeden z pagórków bez wkraczania do lasu i znaleźli się w zakręcie wąwozu, który łagodnie schylał się ku jakimś wodom, błyszczącym daleko, daleko. I tam rosły jałowce na litym, do środka ziemi sięgającym piachu. Tylko w środku doliny, nad strumieniem, stały małe, karłowate olszynki długiem pasmem szarozielonem. Wyżej, po wzgórzach czerniały sosny. W tem głuchoniemem zagłębieniu było tak cicho, tak pusto, tak nieruchomo i tak jakoś po swojemu, że wszyscy prawie jednocześnie zakrzyknęli:
— Tu wysiadamy!
Elżbietka pierwsza skoczyła na ziemię i wnet poczęła chichotać, gdy buciki jej nurzały się w głębiach ciepłego piasku. Śmiech jej cudownie brzmiał między dużemi krzakami jałowca. Raduski zaprowadził ją do nadbrzeżnych olszynek. Gdy rozsunęli ciemnozielone liście, ujrzeli wodę. W miejscu, gdzie z cichem szemraniem ocieniony kępami soczystej, zielonej trawy, po rumianych i siwych kamykach strumyczek się przelewał, Elżbietka stanęła, jak wryta. Oczy jej, ręce i usta pociągnęła ku sobie ta czysta, srebrna, migotliwa woda, prędko dokądś lecąca. Uwijały się tam bure ślize, trzepiąc bez przerwy ogonkami i pakując tępe łby pod płaskie kamienie. Wysmukłe źdźbło tymotejki, stojące nad samym brzegiem, kiwało się za każdym powiewem wiatru, rzucając na jasną wodę cień swój maleńki, niby oko srogiego sidła do chwytania tłustych ślizów. Wszyscy maszerowali jakiś czas poza olszynami aż do samotnej brzózki, która wstąpiła białym odziemkiem swoim aż w łożysko strumienia. W cieniu, rozesłanym na trawie i piasku przez jedwabnie szeleszczące, zielone sploty jej liści, wstrzymano pochód. Nietylko Elżbietka ulegała czarowi zacisznej rzeczki. Obiedwie panie śmiały się do jej wód spojrzeniem i ustami. Raduski czuł się jak w niebie. Usiłował gościom pokazać wszystkie piękności tych swoich stron, wszystkie tajemnice miejsc, których sam tyle lat nie widział. Nie obfitowały one w efekty. Widok na daleki staw, jałowce, sosny, piasek i trawa, oto wszystko. Wskazywał tedy co mógł: trznadla, wydzwaniającego swoją gminną piosenkę, a wskazywał w taki sposób, jakby to był gatunek, gnieżdżący się jedynie w okolicy Niemrawego; prowadził do leśnej dróżki i stwierdzał fakt wielkiego znaczenia, że tamtędy można wyjść na pola niemrawskie; pokazał wielkie mrowisko, które pamiętał z lat dzieciństwa i pragnął mocą argumentacyi nadaremnie objaśnić niewysłowiony i dziwnie żałosny dla niego pewnik, że to mrowisko urosło przez ten czas o tyle a tyle...
Do rodzinnego folwarku nie dojechał umyślnie, gdyż chciał ten dzień poświęcić nie sobie, lecz chorej duszy pani Marty. Chciał ją uzdrowić balsamem, w który wierzył najbardziej, otaczał ją tem, co miał najdroższego, najbardziej ukochanego w swej duszy: swojem powietrzem i słońcem, ziemią i wodą. Zgarniał oczyma widoki, o których śnił lat tyle, i przynosił je do stóp osieroconej z ciągłem błaganiem: nie płacz... Ale przyszła chwila, że nie mógł dać sobie rady. Pod pretekstem, że chce zostawić towarzyszkom możność swobodniejszego wypoczynku, odszedł sam na wzgórze, skąd widać było folwark niemrawski, zamieszkany przez pana Sapsię Jajko, byłego pachciarza. Usiadł tam na pniaku między sosnami. Czarny dach dworu lśnił w słońcu, ściany jasno bielały między wysokiemi lipami. Oto stary modrzew, oto droga wjazdowa, oto młyn i wielkie olchy, zawieszone nad stawem...
Z głębokiej zadumy wyrwało go nawoływanie. Obiedwie panie szły brzegiem strumienia. Raduski dopędził je i poprowadził pewną drogą, a raczej pewnym szlakiem wśród jałowców, którędy od lat wielu nikt nie przejeżdżał. W jednym punkcie wzgórek piaszczysty zsuwał się stromo w nizinę, gdzie wody strumienia wyżłobiły rozdół dość długi i przestronny. Całe dno jego zaścielały duże trawy, dzikie maliny i dziady. Ku wschodowi ramiona pagórków rozsuwały się i płaska, równa, daleka łąka przecudnie srebrzyła się w słońcu. Z prawej stał nad nią gaj sosnowy. Wysmukłe pnie widać było daleko z pomiędzy koron i cieniów. Tu i owdzie bieliła się w czarnozielonej głębinie jasna osika, albo lśniąca brzoza. Z lewej strony po urodzajnych, okrągłych wzgórkach, zaraz od granicy łąk ciągnął się długi i szeroki łan żyta. Było jeszcze zupełnie młode, ale już lekki wiatr przeganiał na zielonej jego powierzchni fale szaropłowe. Z dala wydawało się, że cała niwka idzie z dymem, że płynie, leci, występuje z miedz swoich, ciemnemi smugami dzielących ją od pól sąsiednich, że przelewa się w łąkę, to znowu, że nawraca i pędzi pod górę. Za żytem ciągnęły się działki owsa i role, z lekka żółtawo-zielonemi źdźbłami osłonięte.
Raduski wziął Elżbietkę na barana, gdyż trzeba było brzegiem łąki przedzierać się między zaroślami jeżyn, i prowadził obiedwie panie dalej. Wąska ścieżka, zwierzchu okryta błoną zeschłej gliny a uginająca się pod nogą, szła w łąkę. Bobrek trójlistny, goryczka ze swemi szafirowymi kwiatami, żółty łomikamień, strzępiaste goździki i bladoróżowe, gorzkie centurye stały tam między buremi kiściami dojrzewającej mietlicy. Pospolity złocień patrzał swem żółtem okiem z głębi wysokich traw w samo słońce. W małych, wilgotnych kotlinkach siedziały kępami niezapominajki, na miejscach suchych rozrastała się koniczyna.
Czasami wiatr zupełnie nacichał, jakby się przed skwarem krył pod cień brzóz i sosen. Wtedy cisza pozwalała słyszeć muzykę łąki, jej pieśń własną. Dostałe źdźbła, suche torebki i strąki pełne nasion, kiście i kieliszki kwiatowe wydawały jakiś sypki, dzwoniący szelest, który wciągał słuch, umysł i całą duszę do kraju przedziwnych marzeń. Chyże wspomnienie cofało się ku dniom dzieciństwa, najwcześniejszego dzieciństwa, mijało je i szło dalej, dalej, aż do jakiegoś niewiadomego czasu, kiedy cały byt był drzemaniem, zamykaniem i otwieraniem przez taką, czy podobną melodyę.
Oto biały, jak lilia, puszysty obłoczek nakrył słońce, niby dziecko małą rączką oczy matki, i krótka, jak westchnienie, lekka, mglista pomroka sunęła przez wzgórza, dolinę i zarośla. W pewnej chwili ważyła się kania, rzucając na trawę cień swój ruchomy. Elżbietka stanęła zdumiona i, wskazując wszystkim ów cień, pytała z niepokojem: kto to? co to za jeden? Roje much kursowały tam i napowrót z wielkiemi nowinami, kręciły się jakieś wysoko postawione muchy ze złocistemi skrzydły, pełzały z badyla na badyl boże krówki, łaziły trawojady pająki, całe zielone i z zielonemi, złowieszczo na dół obwisłemi wąsikami, wolno mknęły pszczoły i osy. Raz ukazał się obok Elżbietki bąk w aksamitnym kostyumie ze złotymi galonami. Z rykiem krążył to tu, to tam, jak lew straszliwy, czyhający, kogoby pożarł. Odgrażał się, trąbił, szedł udry na udry, aż raptem znikł bez śladu. Wówczas uwagę wszystkich skupił na swych lotnych skrzydłach motyl biały, jak płatek śniegu. Kiedyniekiedy przytulał piersi do badyla i wtedy leniwie poruszał skrzydłami, jakby się niemi wachlował.
Doktorowa Falantowa szła pierwsza, prowadząc Elżbietkę po miękkich, suchych, na wzniesieniu rozesłanych zatokach łąki. Raduski nie odstępował pani Marty, która ciągle była małomówna, rozdrażniona i ulegająca jakimś nieustannym, przykrym wzruszeniom. Mówił, jak najęty, dowcipkował, śmiał się, a chwilami wprost paplał dla rozweselenia towarzyszki. W pewnej chwili pani Marta zwolniła kroku, a gdy tym sposobem większa przestrzeń dzieliła ją i pana Jana od Falantowej rzekła cicho:
— Jeszcze nie podziękowałam panu...
— Co takiego! mnie? za co?
— Jakto za co? Gdyby nie pan...
— Ależ proszę pani! Tylko aby o tych rzeczach nie mówmy! Raz niech pani zapomni. Oto ma pani świat, życie, słońce i taką łąkę... Trzeba wyrzucić z pamięci...
— Nie tak to łatwo...
— No co, no co? — szeptał z czułością, której ukryć nie był w stanie.
Doktorowa miała oczy spuszczone, jak zwykle, ale policzki jej lekko się zabarwiły w tej chwili i cudowny uśmiech otoczył usta.
— Gdybym ja mogła zrobić dla pana choć dziesiątą część tego, co...
— Chce mię pani koniecznie wynagrodzić?
— Chciałabym panu wyrazić...
— Ja sam się nagrodzę za to wszystko — rzekł szorstko, kategorycznie prędko i nieswoim głosem.
Wzniosła na niego swe śliczne oczy, ale zanim zdołał zrozumieć ich wejrzenie, nakryła je powiekami, ruch których zdawał się mówić: tak, tak...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.