Portret pana W. H.

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Oscar Wilde
Tytuł Portret pana W. H.
Pochodzenie Duch z Kenterwilu i inne nowele
Data powstania 1889
Data wydania 1927
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Rolnicza
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Portrait of Mr. W. H.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PORTRET PANA W. H.
I.

Po obiedzie, na który zaprosił mnie Erskine do małego swego przytulnego domku w Birdcage Walk, siedzieliśmy w jego bibljotece przy czarnej kawie i papierosach, kiedy niespodzianie rozmowa nasza weszła na tory oszustw literackich. Nie przypominam sobie, w jaki sposób wpadliśmy na ciekawy ten w owym czasie temat, ale pamiętam że przeprowadziliśmy długą dyskusję o Macphersonie, Irlandji i Chattertonie i że — w stosunku do tego ostatniego — dowodziłem z całą stanowczością, iż rzekome jego oszustwa były jedynie wynikiem dążenia artysty do doskonałości oddania. Utrzymywałem też, że nie mamy prawa spierać się z artystą o warunki, w jakich podoba mu się przedstawić publiczności swoje dzieło.
Ostatecznie, wobec tego, iż wszelka sztuka jest do pewnego stopnia rodzajem aktorstwa, usiłowaniem przeniesienia własnej osobowości na wyimaginowaną jakąś płaszczyznę, poza linję krępujących powikłań i ograniczeń rzeczywistego życia zarzucanie artyście oszustwa równa się nieodróżnianiu zagadnienia etycznego od estetycznego.
Erskine, który, będąc znacznie starszym ode mnie słuchał mnie z uprzejmą pobłażliwością dojrzałego człowieka, położył mi rękę na ramieniu i rzekł:
— Co powiedziałby pan o młodym człowieku, który urobił sobie dziwną, zupełnie nową teorję o pewnym dziele sztuki, wierzył w nią i popełnił oszustwo, aby dowieść jej słuszności?
— O, to zupełnie co innego! — odparłem.
Erskine milczał przez kilka minut, patrząc na wąskie, szare pasemka dymu, snujące się z jego papierosa.
— Tak — rzekł — zupełnie co innego.
Było coś w brzmieniu jego głosu jakgdyby lekki cień goryczy, który pobudził moją ciekawość.
— Czy znał pan kogoś, kto to zrobił? — zawołałem.
— Tak! — odpowiedział, rzucając papierosa w ogień — zrobił to przyjaciel mój, Cyryl Graham. Był on czarującym młodzieńcem, nieco nerwowym i nie mającym serca. Mimo to, pozostawił mi jedyny spadek, jaki odziedziczyłem w mojem życiu.
— Jaki spadek? — zapytałem ciekawie.
Erskine wstał z fotela, podszedł do wysokiej inkrustowanej szafy, stojącej pomiędzy oknami, otworzył ją, i po chwili powrócił do kominka, przy którym siedzieliśmy. W ręku trzymał niewielkich rozmiarów obraz, malowany na drzewie i oprawiony w starą, nieco wytartą ramę w stylu Elżbietańskim.
Obraz przedstawiał postać młodzieńca w stroju z końca XVI st., stojącego przy stole, z prawą ręką opartą na otwartej księdze. Zdawał się mieć około siedemnastu lat. Cechowała go niezwykła, jakkolwiek nieco zniewieściała, uroda. Istotnie, gdyby nie strój i krótko przystrzyżone włosy, możnaby było powiedzieć, że twarz jego, o marzących oczach i delikatnie wykrojonych, purpurowych wargach, była twarzą młodej dziewczyny. Sposobem malowania, a szczególniej traktowaniem rąk, przypominał obraz jedną z późniejszych prac Franciszka Cloueta. Czarny aksamitny płaszczyk z fantastycznie złoconemi haftami oraz pawiowy kolor tła, od którego tak korzystnie odcinała się postać, były zupełnie w stylu Cloueta, a dwie maski Tragedji i Komedji, zwisające, jakgdyby naumyślnie, z marmurowego piedestału, malowane były z ową surowością dotknięcia, tak różną od łatwego wdzięku sztuki włoskiej, której wielki mistrz flamandzki nie zatracił w zupełności nawet na dworze francuskim, i która sama przez się stanowiła charakterystyczną cechę północnego charakteru.
— Ależ to prześliczna rzecz! — zawołałem — któż to jest ten prześliczny młodzieniec, którego niezwykłą urodę sztuka przechowała dla nas tak szczęśliwie?
— To portret pana W. H. — odparł Erskine ze smutnym uśmiechem.
Może był to przypadkowy efekt światła, ale zdawało mi się, że w oczach jego zabłysły łzy.
— Pana W. H.? — zawołałem. — Któż to był ten pan W. H.?
— Nie pamięta pan? — odparł. — Proszę, spójrz pan na książkę, na której opiera on rękę.
— Widzę, że coś jest tutaj napisane, ale nie mogę odczytać — odparłem.
— Może za pomocą szkła powiększającego. Proszę, sprobuj pan — zaproponował mi Erskine z tym samym wciąż smutnym uśmiechem, igrającym dokoła jego ust.
Wziąłem szkło i, przysunąwszy nieco bliżej lampę, zacząłem odcyfrowywać pokręcone pismo z XVI st.: „Jedynemu twórcy zawartych tutaj sonetów!!“... Na Boga! — krzyknąłem. — Czy to ma być Szekspirowski pan W. H.?
— Tak utrzymywał Cyryl Graham — mruknął Erskine.
— Ależ on absolutnie niepodobny do lorda Pembroke[1] — odparłem. — Znam dobrze portrety Pembroków. Dopiero przed kilku tygodniami przebywałem przez jakiś czas w sąsiedztwie ich zamku.
— Czy naprawdę wierzy pan, że sonety były pisane do lorda Pembroke? — zapytał.
— Jestem tego pewien — odparłem. — Pembroke, Szekspir i Mary Fitton są trzema osobistościami Sonetów; to rzecz nieulegająca żadnej kwestji.
— I ja jestem tego zdania — rzekł Erskine — ale nie zawsze tak myślałem. Wierzyłem kiedyś — zdawało mi się przynajmniej, że wierzyłem w Cyryla Grahama i jego teorję.
— Jakaż to była teorja? — zapytałem, wpatrując się w cudowny portret, który zaczął już dziwny wywierać na mnie urok.
— Długa to historja — rzekł Erskine, odsuwając portret nieco szorstko, jak mi się wówczas zdawało — bardzo długa historja; jeśli jednak chciałby pan jej wysłuchać, chętnie opowiem.
— Lubię teorje, dotyczące sonetów — zawołałem — nie sądzę jednak, aby można mnie było nawrócić na nową jakąś ideę. Cała sprawa przestała już zupełnie być tajemnicą. Dziwię się doprawdy, że mogła nią być kiedykolwiek.
— Ponieważ sam nie wierzę w tę teorje, trudno przypuścić, abym mógł pana nawrócić na nią — rzekł Erskine ze śmiechem; — może ona jednak zainteresować pana.
— Ależ, rozumie się, opowiedz mi ją pan, proszę — odparłem. — Jeśli jest choć w połowie tak piękna jak portret, będę niezmiernie zadowolony.
— Dobrze zatem — zgodził się Erskine, zapalając papierosa. — Muszę zacząć od zakomunikowania panu bliższych szczegółów o Cyrylu Grahamie. Mieszkaliśmy obaj w jednym i tym samym domu w Eton. Ja byłem o rok czy dwa starszy od niego, mimo to jednak byliśmy najserdeczniejszymi przyjaciółmi, razem uczyliśmy się i razem oddawaliśmy się zabawom. Oczywiście, dużo więcej było zabawy niż pracy, nie mogę jednak powiedzieć, abym tego żałował. Zawsze dobrze jest nie otrzymać gruntownego wykształcenia handlowego. To, czego nauczyłem się na polu gier w Eton, tyleż dało mi pożytku, ile wszystko, czego mnie uczono w Cambridge... Muszę panu powiedzieć, że rodzice Cyryla odumarli go młodo. Utonęli podczas strasznego wypadku yachtowego wpobliżu wyspy Wight. Ojciec jego pozostawał na służbie dyplomatycznej i ożenił się z jedyną córką lorda Creditona, który, po śmierci rodziców Cyryla, został jego opiekunem. Nie zdaje mi się, aby dziadek dbał bardzo o wnuka, nigdy bowiem nie mógł wybaczyć córce, że poślubiła człowieka, nie mającego tytułu. Był to dziwny typ starego arystokraty, który klął jak dorożkarz i miał maniery chłopa. Przypominam sobie, że widziałem go pewnego razu w parlamencie. Warknął na mnie, dał mi suwerena i ostrzegł, abym nie wyrósł na „przeklętego radykała“, jak mój ojciec. Cyryl mało miał do niego przywiązania i cieszył się, ilekroć mógł spędzić wakacje z nami w Szkocji. Dziadek i wnuk nigdy się z sobą nie zgadzali. Cyryl uważał dziadka za niedźwiedzia, a dziadek zarzucał Cyrylowi, że jest babą. Niewątpliwie był on zniewieściały pod niektóremi względami, mimo, że świetnie fechtował się i bardzo dobrze jeździł konno. Był jednak nadzwyczaj miękki w obejściu, bardzo próżny na punkcie swojej urody i miał stanowczy wstręt do piłki nożnej. Dwie jedynie rzeczy sprawiały mu przyjemność: poezja i teatr. W Eton przebierał się wciąż i recytował Szekspira, a kiedy przeszliśmy na wyższy kurs, został w pierwszym zaraz kwartale członkiem Akademickiego Klubu Deklamatorów. Byłem mu oddany bezgranicznie, kochałem go wprost niedorzecznie, zapewne dlatego, sądzę, że tak bardzo byliśmy różni.
Ja byłem niezdarnym, wątłym chłopcem o olbrzymich stopach i mnóstwie piegów na twarzy. Jak wiadomo, piegi są równie pospolite w rodzinach szkockich jak podagra w angielskich. Cyryl mawiał zazwyczaj, że z dwojga złego woli podagrę, przywiązywał on śmiesznie wielką wagę do zewnętrznego wyglądu, i pewnego razu odczytał na pełnem dyskusyjnem zgromadzeniu naszego Towarzystwa artykuł, dowodzący, że lepiej jest być pięknym, niż dobrym. On sam był istotnie zdumiewająco piękny. Ci, którzy go nie lubili: filistrzy, opiekunowie kolegjalni, oraz młodzi ludzie, kształcący się na teologów, uważali, że jest on zaledwie przystojny, w twarzy jego było jednak coś o wiele wyższego nad zwykłą urodę; mojem zdaniem, był on najczarowniejszą istotą, jaką widziałem kiedykolwiek. Wdzięk jego ruchów i czar jego obejścia były niedościgłe. Zachwycał każdego, kto wart był doznawania zachwytu, i bardzo wielu takich, którzy nie byli tego warci. Bywał często kapryśny i samowolny, uważałem go też za przeraźliwie nieszczerego. Wypływało to, jak sądzę, z nieokiełznanej jego żądzy podobania się. Biedny Cyryl! Powiedziałem mu kiedyś, że zadawalnia się bardzo taniemi triumfami. Wyśmiał mnie poprostu. Był strasznie zepsuty. Zdaje mi się, że wszyscy czarujący ludzie są zepsuci. Na tem polega cała tajemnica ich uroku.
Muszę jednak opowiedzieć panu o występach scenicznych Cyryla. Jak panu wiadomo, Akademickie Koło Dramatyczne nie dopuszcza aktorek. Tak przynajmniej było za moich czasów. Nie wiem jak jest teraz. Otóż, rozumie się, że Cyryl zgóry był zawsze przeznaczany do ról dziewczęcych i w „Jak wam się podoba?“ był Rozalindą. Była to cudowna jego rola. Przyznać muszę, że Cyryl był jedyną bez zarzutu Rozalindą, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie kuszę się nawet opisać panu całego piękna, całego wdzięku, całej subtelnej wytworności tej postaci. Wywierał on też w roli tej olbrzymie wrażenie i ohydny wówczas mały teatrzyk przepełniony był co wieczór po brzegi.
Jeszcze teraz, ilekroć odczytuję tę sztukę, staje mi żywo w pamięci postać Cyryla. Rzec niemal możnaby, że Szekspir napisał ją dla niego. W następnem półroczu otrzymał swój dyplom i przyjechał do Londynu, aby przygotować się tutaj do karjery dyplomatycznej. Nigdy jednak nic w tym kierunku nie zrobił. Dnie całe spędzał na czytaniu Szekspirowskich sonetów, wieczory zaś w teatrze. Pałał, naturalnie, chęcią wstąpienia scenę. Wielkie wysiłki lorda Creditona i moje tyle tylko dokonały, że nie pozwoliliśmy mu tego uczynić. Może, gdyby był wstąpił na scenę, żyłby dzisiaj jeszcze. Głupio jest zawsze dawać rady, ale dawać dobre rady — jest poprostu rzeczą fatalną. Mam nadzieję, że nie popełni pan nigdy tego błędu. Gdybyś pan to uczynił, żałowałbyś tego.
— Otóż, przystępując wreszcie do rzeczy, opowiem panu, że pewnego dnia otrzymałem od Cyryla list, w którym prosił mnie, abym zaszedł do niego tegoż wieczora. Miał w Piccadilly czarujące mieszkanko, którego okna wychodziły na Green Park. Bywałem u niego codziennie, nie mogłem więc zrozumieć celu pisania. Poszedłem, naturalnie, i zastałem go w stanie silnego podniecenia. Oznajmił mi, że wykrył wreszcie tajemnicę sonetów Szekspirowskich, że wszyscy krytycy i badacze byli na fałszywej drodze, i że on pierwszy, kierując się jedynie wewnętrznem przekonaniem, odkrył, kim właściwie był pan W. H.
Kompletnie zwariowany był z radości i przez dłuższą chwilę nie chciał mi wyjawić swojej teorji. Wreszcie wyciągnął paczkę notatek, zdjął z półki tom sonetów, usiadł i zaczął wyjaśniać mi całą sprawę.
Przedewszystkiem zwrócił moją uwagę na to, że młodzieniec, do którego Szekspir pisał te dziwnie namiętne poematy, musiał być osobnikiem, stanowiącym niezbędny, podstawowy czynnik w rozwoju jego sztuki dramatycznej, co nie mogło stosować się ani do lorda Pembroke, ani też do lorda Southamptona. Nie musiał też być to człowiek wysokiego urodzenia, jak o tem świadczy wyraźnie sonet 25-ty, w którym Szekspir, przeciwstawiając się tym, którzy są „ulubieńcami wysokich dostojników“, cieszy się, że osobnik, którego on ubóstwia, jest „człowiekiem skromnego stanu“.
Sonet ten byłby, zdaniem Cyryla, zupełnie niezrozumiałym, gdybyśmy chcieli wyobrazić sobie, iż zwrócony on jest do lorda Pembroke lub do hrabiego Southamptona, bowiem jeden i drugi zajmowali najwyższe w Anglji stanowiska i obu w zupełności należał się tytuł „wysokich dostojników“.
Rozwijając w dalszym ciągu swoją teorię, odczytał mi sonety: 74-ty i 125-ty, w których Szekspir mówi nam, że jego miłość nie jest „dzieckiem parady“, że „nie udręcza jej uśmiechnięty przepych“, lecz że „powstała ona wcale nie przygodnie“.
Słuchałem z wielkiem zainteresowaniem, nikt bowiem dotychczas nie dotknął tego punktu. To wszakże, co nastąpiło, było jeszcze ciekawsze i w danej chwili wydawało mi się, że obala najzupełniej teorję co do lorda Pembroke. Wiemy, że sonety zostały napisane przed 1598 rokiem, zaś sonet 104 wskazuje wyraźnie, że przyjaźń Szekspira dla p. W. H. trwała już wówczas od trzech lat. Otóż lord Pembroke, urodzony w 1580 roku, przybył do Londynu dopiero po ukończeniu 18-tu lat, to znaczy nie przed 1598 rokiem, zaś znajomość Szekspira z panem W. H. musiała być zapoczątkowana w 1594 lub — co najpóźniej w 1595-m. Tem samem, poznał Szekspir lorda Pembroke już po napisaniu tych sonetów.
Nadto, zauważył Cyryl, że ojciec lorda Pembroke nie umarł przed 1601 rokiem, zaś wiersz...
— „Ty miałeś ojca; niechaj syn tak powie...“ wskazuje wyraźnie, że ojciec pana W. H. nie żył już w 1598. Zresztą nonsensem byłoby przypuszczać, aby którykolwiek z wydawców ówczesnych odważył się nazwać Williama Herberta, hrabiego Pembroke, panem W. H. — bowiem przykład lorda Buckhursta, o którym mówiąc, nazywano go panem Sackwillem, nie może być miarodajny. Lord Buckhurst nie był parem, lecz jedynie młodszym synem para, którego tytułowano lordem li tylko przez grzeczność. Poza tem, ustęp z „Parnasu Angielskiego“, gdzie mowa jest o nim w tej formie, nie jest formalną i uroczystą dedykacją, lecz jedynie przypadkową wzmianką. — Takiem było dowodzenie, którem Cyryl z łatwością obalił teorję dotyczącą lorda Pembroke, czemu przysłuchiwałem się ze zdumieniem.
Co się tyczy lorda Southamptona, kwestja przedstawiała się jeszcze łatwiej. Southampton we wczesnej już młodości kochał się w Elżbiecie Vernon, zbytecznem więc było nalegać, aby się ożenił; nie był też pięknym, ani podobnym do matki swojej, jak mówi Szekspir o panu W. H.
„Zwierciadłem jesteś matki swej, a ona twojem“ nadewszystko zaś na imię mu było Harry, zaś sonety 135-ty i 143-ci wskazują, że przyjaciel Szekspira nosił to samo imię, co on sam — Will. Z wszelkiemi innemi przypuszczeniami niefortunnych komentatorów, jak np., że imię pana W. H. jest błędem zecerskim i powinno być pan W. S. — co znaczy — William Szekspir; że pan W. H. jest panem Williamem Hathawayem, że kropka powinna być postawiona po wyrazie „pragnie“, co uczyniłoby z pana W. H. autora, a nie przedmiot dedykacji — załatwił się Cyryl bardzo krótko; nie chcę nawet cytować jego dowodzeń w tym kierunku, jakkolwiek pamiętam, że wybuchałem głośnym śmiechem, słuchając czytania przez niego ustępów — na szczęście nie w oryginale — z dzieła jakiegoś niemieckiego komentatora, imieniem Barnstorff, który dowodził, jakoby pan W. H. był ni mniej ni więcej, tylko, „Mr. William Himself“ — „samym panem Williamem“.
Ani na chwilę też nie chciał przypuścić, aby sonety miały być jedynie satyrami na dzieło Draytona i Daviesa z Herefordu. Dla niego — zarówno jak dla mnie — były to poematy poważnego i tragicznego znaczenia, tryskające z goryczy Szekspirowskiego serca i osłodzone miodem jego ust. Tembardziej wzdragał się Cyryl uznać, aby miały one być filozoficzną jedynie alegorją i aby Szekspir zwracał się w nich do własnego idealnego ja, do ideału męskości, do ducha piękna, rozumu, czy boskiego logos, czy wreszcie do katolickiego kościoła.
Czuł on, jak oczywiście wszyscy czuć musimy, że Szekspir zwraca się w sonetach do żyjącego osobnika — do określonego młodzieńca, którego istota z niewiadomych powodów wypełniać zdaje się duszę jego straszliwą radością i niemniej straszliwą rozpaczą.
Po utorowaniu sobie w ten sposób drogi, zażądał Cyryl, abym odrzucił wszelkie teorje, jakie mogłem wytworzyć sobie uprzednio w tej sprawie i abym bez uprzedzeń i bez powziętych zgóry przekonań wysłuchał jego poglądu na całą rzecz.
Zagadnienie, jakie postawił sobie, było następujące: Kim był ów młodzieniec, współczesny Szekspirowi, do którego, mimo że nie był on ani szlachetnie urodzony, ani nawet nie odznaczał się szczególnem szlachectwem ducha, zwraca się poeta z wyrazami tak namiętnego uwielbienia, że możemy jedynie podziwiać niezwykłe ubóstwianie i z lękiem niejako uchylamy zasłonę, kryjącą tajemnicę jego serca?
Kim był ten, którego fizyczne piękno było tak wielkie, że stało się kamieniem węgielnym sztuki Szekspirowskiej, istotnem źródłem Szekspirowskiego natchnienia, wcieleniem marzeń wieszcza? Widzieć w nim jedynie przedmiot pewnych poetyckich wynurzeń miłosnych, znaczy zapoznawać całe znaczenie tych poematów. Bowiem sztuka, o jakiej mówi Szekspir w swoich sonetach, nie jest sztuką samych sonetów, które były w jego pojęciu drobnemi i intymnemi jedynie tworami — jest ona sztuką dramatopisarza, którą ma on zawsze na myśli. I tym, do którego Szekspir zwraca się ze słowami: „Tyś całą moją sztuką“, tym, któremu przyobiecuje on nieśmiertelność — nie był napewno nikt inny, jeno chłopięcy aktor, dla którego stworzył on role: Violi i Imogeny, Julji i Rozalindy, Porcji i Desdemony, a nawet Kleopatry. Taką była w głównych linjach teorja Cyryla Grahama, wyprowadzona jak pan widzi, z samych sonetów; teorja, której uznanie zależnem być mogło nietyle od namacalnych dowodów oczywistej słuszności, ale od pewnego rodzaju duchowego i artystycznego czucia, które jedynie — zdaniem Cyryla — mogło doprowadzić do wykrycia istotnego znaczenia poematów.
Pamiętam, jak odczytywał mi starannie wszystkie poematy, jeden po drugim, i wykazywał, albo może zdawało mu się, że wykazuje, iż, zgodnie z nowem jego wyjaśnieniem ich właściwego znaczenia, rzeczy, które wydawały się ciemnemi, złemi lub przesadnemi, stały się jasnemi i słusznemi i nabierały wysokiej artystycznej wartości, jako ilustracja pojęcia Szekspira o istotnym stosunku, zachodzącym pomiędzy sztuką aktorską, a sztuką dramatopisarza.
Oczywistem jest w istocie, że musiał być w trupie Szekspira jakiś cudowny chłopięcy aktor nadzwyczajnej urody, któremu powierzał on wykonywanie ról szlachetnych swoich bohaterek, bowiem Szekspir był zarazem praktycznym dyrektorem teatru i natchnionym poetą. Otóż Cyryl Graham wykrył imię owego młodocianego aktora. Brzmiało ono: Will, lub też jak wolał on go nazywać, Willie Hughes. Imię Will odnalazł Cyryl w 135-ym i 143-m sonecie; zaś nazwisko Hughes, w innej jedynie pisowni, choć w tem samem brzmieniu[2], kryje się podług niego w siódmym wierszu 20-go sonetu, napisane w 1-em folio dużą literą i w cudzysłowie. Świadczy to wyraźnie — dowodził Cyryl — że zachodzi tu celowa gra słów, na co wskazywać mają również inne sonety, w których wyrazy podobnego brzmienia do „Hughes“ użyte są dwuznacznikowo.
Dowodzenia Cyryla przekonały mnie odrazu, i Willy Hughes stał się dla mnie osobistością nie mniej realną niż sam Szekspir. Jedyny zarzut, jaki postawić mogłem jego teorji, polegał na tem, że imienia i nazwiska Willie Hughesa niema w spisie aktorów trupy Szekspira, wydrukowanym w pierwszem folio, Cyryl dowodził jednak, że brak imienia i nazwiska Willie Hughesa w tej liście potwierdza jedynie słuszność jego teorji, gdyż, jak wynika z 86-go sonetu, Willie Hughes opuścił trupę Szekspira i przeszedł do współzawodniczącego teatru, gdzie grał prawdopodobnie w którejś ze sztuk Chapmana. Do faktu tego odnoszą się słowa Szekspira w wielkim sonecie o Chapmanie:

„Kiedy wiersz jego postać twa wypełnia,
Mnie brakło treści, więc mój ty-ś osłabił“.

Wyrażenie: „Kiedy wiersz jego postać twa wypełnia“ tyczy się wyraźnie urody młodego aktora, urody, która tchnie życie w wiersz Chapmana, nadając mu czar, jakiego nie posiada on sam przez się.
Spędziliśmy cudowny wieczór i noc, siedząc do rana niemal przy odczytywaniu sonetów. Po pewnym jednak czasie zacząłem zdawać sobie sprawę, że, chcąc przedstawić światu teorję Cyryla w istotnie doskonałej formie, należałoby zdobyć jakiś niezbity zupełnie dowód istnienia owego młodego aktora, imieniem Willie Hughes. Znalezienie takiego dowodu usunęłoby wszelką wątpliwość co do tożsamości jego z panem W. H., brak jednak takiego dowodu obali całą teorję doszczętnie. Oświadczyłem to bez ogródek Cyrylowi, którego mocno drażnił ten mój filisterski — jak go nazwał — nastrój, wprawiający go w bardzo zły humor. Udało mi się wszakże wymóc na nim przyrzeczenie, że, we własnym interesie, nie ogłosi drukiem swojego odkrycia, dopóki nie znajdzie sposobu usunięcia wszelkich w tej mierze wątpliwości. W ciągu tygodni całych przeszukaliśmy wszelkie spisy i akty, w których mogliśmy, według obliczeń naszych, znaleźć jakąś wzmiankę o Willie Hughesie, nie znaleźliśmy jednak nic, Z dniem każdym fakt istnienia jego wydawał mi się bardziej problematycznym. Cyryl był w okropnym stanie i wracał codziennie do ponownego rozpatrywania całej sprawy, zaklinając mnie, abym nie przestał w nią wierzyć. Nie mogłem jednakże zamykać oczu na tę szczerbę w jego teorji, nie chciałem też dać się przekonać, dopóki fakt istnienia Willie Hughesa, chłopięcego aktora z doby Elżbietańskiej, nie zostanie oparty na tak pewnej i niewzruszonej podstawie, że nie będą go mogły dosięgnąć żadne wątpliwości ani zarzuty.
Pewnego dnia wyjechał Cyryl do dziadka, jak sądziłem wówczas, wkrótce jednakże dowiedziałem się od lorda Creditona że byłem w błędzie. Po upływie dwóch tygodni otrzymałem od młodego mojego przyjaciela telegram, nadany w Warwick, w którym prosił mnie usilnie o przybycie do niego tegoż dnia na obiad o 8-ej wieczorem. Na przywitanie rzekł do mnie: „Jedynym apostołem, który nie zasługiwał na danie mu dowodów, był święty Tomasz, i św. Tomasz był jedynym apostołem, który zyskał te dowody“. Zapytałem go o znaczenie tych słów. Odpowiedział, że nietylko udało mu się ustalić istnienie w 16-em stuleciu młodocianego aktora, Willie Hughes, ale nadto zdobyć dowód najbardziej namacalny, jaki mieć można, że on właśnie był owym panem W. H. z sonetów.
Nie chciał narazie nic więcej powiedzieć; po obiedzie dopiero uroczyście odsłonił przede mną portret, który panu pokazałem, opowiadając mi, że szczególnym trafem znalazł go, wbity w boczną ściankę komody, którą nabył w Warwickshire. Komodę tę, bardzo ładny okaz w stylu Elżbietańskim, przywiózł naturalnie z sobą. W samym środku frontowej płyty wyrzeźbione były inicjały: W. H. Monogram ów właśnie zwrócił jego uwagę, ale dopiero w kilka dni po nabyciu komody przyszło mu na myśl dobrze przeszukać jej wnętrze. Pewnego rana zauważył mianowicie, że jedna z bocznych ścianek sprzętu była znacznie grubsza od drugiej; przyjrzawszy się jej bliżej, spostrzegł, że wstawiony jest w nią oprawny obraz. Wyjął go naturalnie i przekonał się, że jest to ten sam właśnie portret, który leży w tej chwili na sofie. Był bardzo zbrudzony i pokryty pleśnią; kiedy jednak udało mu się oczyścić go, przekonał się, ku wielkiej swej radości, że natrafił szczęśliwym zbiegiem okoliczności na to, czego od tak dawna szukał. Nie ulega bowiem kwestji, że był to autentyczny portret p. W. H., opierającego rękę na dedykacynej stronicy wydania sonetów, zaś na ramie można było wyczytać imię i nazwisko młodzieńca, wypisane czarnemi, niewyraźnemi literami na wyblakłem złotem tle: „Master Will Hews“.
Cóż mogłem na to powiedzieć? Nie mogło mi wcale wpaść na myśl, że Cyryl Graham pozwoliłby sobie zażartować ze mnie, albo też, że usiłował, za pomocą fałszerstwa, dowieść słuszności swojej teorji.
— Więc to było fałszerstwo? — zawołałem.
— Tak — rzekł Erskine. — Bardzo zręczne, coprawda, fałszerstwo, ale bądź co bądź fałszerstwo.
Dziwił mnie nieco spokój, z jakim Cyryl przyjął zdumiewające swoje odkrycie; pamiętałem jednak, jak niejednokrotnie powtarzał mi, iż dla niego samego odkrycie to było niepotrzebne, wierzył bowiem w swoją teorię niewzruszenie i bez tego dowodu. Ja, jednakże, tak często dowodziłem mu, że cała jego teorja runie bez przekonywającego takiego dowodu, że tem goręcej winszowałem mu cudownego jego odkrycia. Postanowiliśmy wówczas, że portret musi być wycięty w drzewie lub wyryty na stali i odbity na okładce Cyrylowego wydania sonetów. Całe trzy miesiące poświęciliśmy na przestudjowanie sonetów, wiersz po wierszu, dopóki nie udało nam się wreszcie wyjaśnić znaczenia każdego trudniejszego ustępu.
Pewnego nieszczęsnego dnia zaszedłem do jednego ze sklepów z rycinami w Holborn, i odrazu spostrzegłem na ladzie śliczne rysunki, wykonane sztychową techniką. Tak byłem niemi zachwycony, że kupiłem je. Na moje zapytanie o nazwisko ich autora, podał mi właściciel sklepu nazwisho i adres Edwarda Mertona, bardzo zdolnego — jak dodał — ale biednego, jak mysz kościelna, artysty. Po kilku dniach odwiedziłem go. Zastałem bladego, interesującego młodego człowieka oraz jego żonę, kobietę o wyglądzie nader pospolitym — jego dawną modelkę, jak się potem dowiedziałem.
Powiedziałem mu, że zachwycony jestem jego rysunkami, co sprawiało mu widoczną przyjemność, i poprosiłem o pokazanie mi innych jeszcze dzieł jego. Podał mi całą tekę, pełną prześlicznych rysunków, wyróżniających się w istocie nader delikatnem i pełnem wdzięku dotknięciem. Nagle wzrok mój padł na szkic portretu p. W. H....
Nie było żadnej wątpliwości. Miałem przed sobą niemal facsimile portretu — z tą jedynie różnicą, że obie maski, Tragedji i Komedji, nie zwisały z marmurowego stolika, jak na portrecie, lecz leżały na podłodze u stóp młodzieńca.
— Skąd u licha pan to ma? — zapytałem
Zmieszał się nieco i wyjąkał: — O, to nic. Nie wiedziałem, że jest w tej tece. To rzecz zupełnie bez znaczenia.
— Jakto, przecież robiłeś ją dla pana Cyryla Grahama! — zawołała jego żona. — Jeżeli ten pan chce kupić ten rysunek, daj mu go — dodała.
— Dla pana Cyryla Grahama?! — powtórzyłem. — Więc to pan malował portret p. W. H.?!
— Nie rozumiem, o czem pan mówi... — odparł oblewając się rumieńcem.
Cała okropna ta sprawa wyszła odrazu na jaw dzięki gadatliwości żony artysty. Dałem jej na odchodnem pięć funtów. Jeszcze dzisiaj nie mogę spokojnie o tem myśleć. Może pan sobie wyobrazić, jaki byłem wówczas oburzony.
Pojechałem wprost do Cyryla, czekałem na niego całe trzy godziny, a kiedy spojrzał mi prosto w twarz z tem potwornem kłamstwem w oczach, oznajmiłem mu bez żadnych wykrętów, że wykryłem jego fałszerstwo. Zbladł jak płótno i rzekł: — Zrobiłem to wyłącznie dla ciebie. Nie mogłem cię przekonać innym sposobem. Nie wpływa to bynajmniej na prawdziwość mojej teorji.
— Na prawdziwość twojej teorji! — zawołałem. — Im mniej będziemy na nią tracili słów, tem lepiej. Nigdy nie wierzyłeś w nią ty sam nawet. Gdybyś wierzył, nie byłbyś popełnił oszustwa, aby udowodnić jej słuszność.
— Nastąpiła między nami ostra bardzo wymiana słów. Wiem, że byłem niesprawiedliwy. — Nazajutrz nie żył już.
— Nie żył — krzyknąłem.
— Tak; zastrzelił się... Kilka kropel krwi bluznęło na ramę portretu, na to właśnie miejsce, gdzie wypisane było imię. Zanim zdążyłem przybyć — służący posłał po mnie natychmiast — była już na miejscu policja. Pozostawił list do mnie, napisany w chwili najwyższego rozdrażnienia i zgnębienia.
— Co zawiera list? — zapytałem.
— Zapewnienie, że bezwzględnie wierzy w Willie Hughesa, że dopuścił się sfałszowania portretu jedynie ze względu na mnie; że podstawienie to w najlżejszym nawet stopniu nie osłabia prawdziwości jego teorji i że, chcąc mi dowieść, jak silną i niezachwianą jest wiara jego w całą sprawę, kładzie życie swoje w ofierze na rzecz tajemnicy sonetów. Był to niedorzeczny szalony list. Kończył się powierzeniem mi teorji o Willie Hughesie, powierzeniem mi zadania wyjaśnienia jej światu, odsłonięcia przed nim tajników Szekspirowskiego serca.
— Jakaż to przeraźliwie tragiczna opowieść! — zawołałem — dlaczegóż nie spełniłeś pan jego życzenia?
Erskine wzruszył ramionami. — Ponieważ jest to zupełnie niedorzeczna teorja, od początku do końca — odparł.
— Drogi panie — rzekłem, wstając z krzesła — jesteś pan w zupełnym błędzie. Teorja Cyryla stanowi jedyny właściwy klucz do zrozumienia sonetów Szekspirowskich, jedyny ze wszystkich, jakie do nich dopasowano. Teorja Grahama wykończona jest aż do najdrobniejszych szczegółów. Wierzę w Willie Hughesa.
— Nie mów pan tego! — ostrzegł mnie Erskine tonem poważnym. — Czuję, że jakiś fatalizm zawisł nad całym tym pomysłem, który ze stanowiska teoretycznego zupełnie nie wytrzymuje krytyki. Zbadałem całą tę sprawę i zapewniam pana, że teorja nieszczęśliwego Cyryla jest najzupełniej zwodnicza. Wydaje się prawdopodobną aż do pewnego punktu. Tutaj jednak grzęźnie. Nie zabieraj się pan, na miłość boską, do kwestji Willie Hughesa. Może cię to kosztować życie!
— Drogi panie — odparłem — obowiązkiem pańskim jest obwieścić tę teorję światu. Jeśli pan tego nie uczynisz, ja pana zastąpię. Chowając ją w ukryciu, krzywdzi pan pamięć Cyryla Grahama, najmłodszego i najbardziej godnego podziwu męczennika literatury. Błagam pana, wyjaw światu myśl jego. Życie położył za tę sprawę; niech śmierć jego nie będzie nadaremną.
Erskine spojrzał na mnie zdumiony. — Daje się pan unieść uczuciu! — rzekł. — Zapomina pan, że idea nie musi być prawdziwą dlatego, że człowiek umiera za nią. Kochałem Cyryla Grahama. Śmierć jego była dla mnie strasznym ciosem. Nie odzyskałem przez długie lata zachwianej przez nią równowagi. Nie zdaje mi się, abym mógł już odzyskać ją kiedykolwiek. Ale Willie Hughes?! To pusty dźwięk bez treści. Nie istniał nigdy człowiek tego imienia, Co się zaś tyczy wyjawienia całej sprawy światu — świat sądzi, że śmierć Cyryla Grahama była spowodowana nieszczęśliwym wypadkiem. Jedynym dowodem, że było to samobójstwo, była treść listu jego do mnie, ale o liście tym dowiadujesz się pan pierwszy. Lord Crediton przekonany jest do dnia dzisiejszego, że był to fatalny przypadek.
— Cyryl Graham poświęcił życie za wielką sprawę — odparłem — jeśli więc nie chce pan wyjawić światu jego męczeństwa, wyjaw mu przynajmniej jego wierzenie.
— Jego wiara — rzekł Erskine — związana była z rzeczą fałszywą, z rzeczą szaloną, z rzeczą, której żaden z badaczy Szekspira nie uznałby ani na chwilę. Wyśmianoby wprost całą jego teorję. Nie daj się pan omamić i nie wchodź na drogę, która nie prowadzi do żadnego celu. Wyszedłbyś pan odrazu z fałszywego założenia, przyjmując, jako fakt, istnienie osobistości, której istnienie to właśnie musi być dopiero dowiedzione. Zresztą, wszystkim wiadomo jest, że sonety były poświęcone lordowi Pembroke. Fakt ten ustalony już został raz na zawsze.
— Fakt ten nie jest ustalony! — krzyknąłem. — Podejmę teorję Cyryla Grahama od tego punktu, do którego ją doprowadził, i dowiodę światu, że miał słuszność.
— Dzieciaku! — odparł Erskine. — Idź pan do domu; już po drugiej, i nie zaprzątaj sobie głowy Willie Hughesem. Żałuję, że opowiedziałem panu całą tę historję, jeszcze bardziej żałuję, że przeze mnie uwierzył pan w rzecz, w którą ja sam nie wierzę.
— Zawdzięczam panu klucz do największej zagadki współczesnej literatury — odparłem — nie spocznę więc, dopóki nie zmuszę pana do uznania, dopóki nie zmuszę świata do uznania, że Cyryl Graham był najsubtelniejszym krytykiem Szekspira w naszej epoce.
Świt już różowił się nad Londynem, kiedy wracałem do domu przez park miejski. Białe łabędzie leżały uśpione na srebrzystej tafli jeziora, ponury pałac płonął purpurową łuną na blado-zielonem tle nieba. Myślałem o Cyrylu Grahamie, i oczy moje zaszkliły się łzami.

II.

Było po dwunastej, kiedy się obudziłem. Poprzez zasłony okienne wpadało do pokoju słońce długiemi, skośnemi smugami złotawego pyłu. Zapowiedziałem służącemu, że nie przyjmę nikogo i, po wypiciu filiżanki czekolady i zjedzeniu bułeczki, zdjąłem z półki tom sonetów Szekspira i zagłębiłem się w staranne studjowanie ich. Każdy z sonetów zdawał się potwierdzać teorję Cyryla Grahama. Miałem wrażenie, że trzymam rękę na sercu Szekspira i wyczuwam każde uderzenie pulsu jego namiętności. Myślałem o cudownem chłopięciu-aktorze i widziałem twarz jego w każdym wierszu.
Dwa sonety, pamiętam, uderzyły mnie szczególnie: 53-ci i 67-my. W pierwszym z nich Szekspir, winszując Hughesowi giętkości i różnorodności jego gry, szerokiego zakresu ról, obejmującego całą gamę postaci: od Rozalindy do Julji, i od Beatryczy do Ofelji, mówi do niego:

— „Jaką treść twoja, z czegoś jest urobion,
że cieni miljon za tobą się ściele?
I kiedy każdy ma cień tylko jeden,
Ty, jeden tylko, cieni dajesz wiele?“

Słowa te nie byłyby zrozumiałe, gdyby nie były skierowane do aktora, bowiem wyraz „cień“ miał w dobie Szekspirowskiej znaczenie techniczne, związane ze sceną. — „Najlepsi tego gatunku są cieniami zaledwie“ — mówi Tezeusz aktorach w Śnie Nocy Letniej. Alluzji podobnych wiele jest też w literaturze ówczesnej.
Sonety te należały widocznie do cyklu, w którym Szekspir rozpatruje charakter sztuki aktorskiej, istotę dziwnego i rzadkiego temperamentu, który jest zasadniczą cechą prawdziwie dobrego aktora. „Jakim dzieje się to sposobem — zwraca się Szekspir do Willie Hughesa — że tyle masz osobowości?“ a potem mówi dalej o jego urodzie, która jest tak wielką, że zdaje się ucieleśniać każdą formę i każdą odmianę fantazji, urzeczywistnić każde rojenie wyobraźni twórczej. Myśl tę rozwija w dalszym ciągu w następnym sonecie, gdzie, zaczynając od pięknych słów:

„Ileż piękniejszem piękno się wydaje,
„Gdy zdobne w słodycz tego, co prawdziwe!“

Zwraca poeta uwagę naszą na to, jak prawdziwość gry, prawda oddawania rzeczywistości na scenie, dodaje uroku poezji, tchnąc życie w jej czar i wlewając żywą treść w idealną jej formę.
Mimo to, w sonecie 67-ym, wzywa Szekspir Willie Hughesa, aby porzucił scenę z jej sztucznością, z jej złudą życia, o malowanej twarzy i fantastycznej szacie, z jej nienormalnemi wpływami i podszeptami, z jej oddaleniem od rzeczywistego świata szlachetnych czynów i szczerego wypowiadania się.

„Ach, pocóż żyć ma wśród jadu zatrucia,
I przecz uświęcać niecność swą osobą,
By grzech korzyści ciągnąć mógł od niego,
By chełpić mógł się, że z nim pospół żywie?“
A krasie jego nacóż szminki, fałsze,
I sztuczna martwość jego żywej barwie?
Dlaczego piękno pośrednio ma szukać
Róż pośród cieniów, gdy ma różę żywą?

Dziwnem wydać się może, że tak wielki dramaturg, jak Szekspir, który osiągnął szczyt doskonałości, jako artysta, i doprowadził do zenitu sztukę rozumienia ludzkości, jako człowiek, na idealnej płaszczyźnie tworzenia dla sceny i grania na scenie, mógł wyrażać się w ten sposób o teatrze. Pamiętać wszakże należy, że w sonecie 110-ym i 111-ym Szekspir wykazuje nam, że i jego znużył sztuczny świat marjonetek, i wstyd go zdejmuje na myśl, że był „błaznem dla tłumów“.
Szczególną goryczą zaprawiony jest sonet 111-y:

„Za mnie ty gniewnie sarkasz na Fortunę,
Winowajczynię moich czynów zdrożnych,
że nie umiała lepiej mną kierować,
Niż na widownię pchając mnie dla tłumu;
Stąd idzie plama, co me imię kala,
I stąd natura moja się nagięła
Do wszystkich fałszów, co ją wypaczyły;
Żal się mej męce, chciej, bym się odrodził.

W innych również sonetach liczne są przejawy tych samych uczuć w wyrażeniach, dobrze znanych poważnym badaczom Szekspira.
Niepokoił mnie szczególnie przy czytaniu sonetów punkt jeden, i wiele dni minęło, zanim wpadłem na właściwe jego znaczenie, którego widocznie niedopatrzył się Cyryl Graham. Nie mogłem pojąć, czem się to dziać mogło, że Szekspir tak wielką przykładał wagę do żeniaczki młodego swojego przyjaciela. On sam ożenił się młodo z wynikiem bardzo nieszczęśliwym, trudno więc było zrozumieć, dlaczego miałby pchać Willie Hughesa do popełnienia tego samego błędu. Młodociany odtwórca Rozalindy nie mógł nic zyskać na małżeństwie i zaznaniu namiętności rzeczywistego życia. Wcześniejsze sonety z ich dziwnem naleganiem na płodzenie dzieci dźwięczały dla mnie drażniąco-fałszywą nutą. Zrozumienie tej zagadki olśniło mnie nagle. Znalazłem je w ciekawej owej dedykacji. Pamiętać należy, że brzmi ona, jak następuje:

Jedynemu — rodzicowi — tych —
Zawartych — tutaj — sonetów —
Panu W. H. — całkowitego — szczęścia
Oraz — owej — wieczności —
Przyobiecanej
Przez —
Naszego — wiecznie — żyjącego — poetę —
Życzy —
Dobrze — życzący
Przedsiębiorca — w
Ogłaszaniu
światu —

T. T.

Niektórzy badacze przypuszczali, że wyraz „rodzic" w tej dedykacji oznacza poprostu tego, który dostarczył sonetów Tomaszowi Thorpowi, ich wydawcy. Pogląd ten nie utrzymał się, i najwyższe autorytety przyjmują jednomyślnie, że należy wyraz ten rozumieć w sensie: — dającego natchnienie do nich, przyczem przenośnia wzięta jest z analogji do życia fizycznego.
Zrozumiałem więc, że ta sama przenośnia użyta została również i przez Szekspira w wielu miejscach sonetów, i to naprowadziło mnie na właściwą drogę. Dokonałem wreszcie wielkiego mojego odkrycia. Małżeństwo, które Szekspir proponuje Willie Hughesowi jest zawarciem związku z Muzą. Wskazuje na to wyraźnie sonet 82-gi, w którym, rozgoryczony na braki, dostrzeżone u młodocianego aktora, dla którego napisał największe role i którego uroda natchnęła go w istocie pomysłem do nich, rozpoczyna skargę swoją od słów:

„Ty Muzie mojej nie byłeś poślubion“.

A dzieci, które każe mu on płodzić, nie są dziećmi z krwi i ciała, lecz bardziej nieśmiertelnemi tworami nieumierającej sławy. Cały cykl wczesnych sonetów jest poprostu zachętą skierowaną przez Szekspira do Willie Hughesa, aby wstąpił na scenę i stał się aktorem. „Jak bezpłodną i nieużyteczną jest piękność twoja, jeśli jej nie wykorzystasz:

Gdy na twe czoło padnie lat czterdzieści,
I bruzdy zorzą twej piękności łany,
A młodość, dzisiaj w podziwie i cześci,
Zmieni swe szaty w żałobne łachmany;
Wówczas kto spyta, gdzie ten cudny człowiek,
Gdzie jest ów klejnot twoich dni wesela?
Orzec mu wzrokiem z pod zapadłych powiek;
Wstyd — to niesławy i chwalby niewiela“.[3]

Musisz stworzyć coś w dziedzinie sztuki“; wiersz mój „jest twój i z ciebie zrodzony“; słuchaj mnie tylko a „zrodzę wiecznie trwałe dzieła, co nieskończone przeżyją lata“, zaś ty zaludnisz postaciami twojego własnego obrazu urojony świat sceny.

„Dzieci te, które płodzisz“ — mówi dalej — nie zwiędną, jak dzieci śmiertelne; będziesz żył w nich i w moich sztukach“.

„Przez miłość dla mnie ty w nich odródź siebie;
Żyć daj w nich pięknu, które poszło z ciebie“.

Zebrałem wszystkie ustępy, które zdawały się potwierdzać w mojem mniemaniu ten pogląd. Wywarły one na mnie silne wrażenie, wykazując mi, jak dalece skończoną w swojej budowie była teorja Cyryla Grahama.
Przekonałem się też, jak łatwo było oddzielić wiersze, w których mówi o samych sonetach, od tych, w których ma na myśli wielkie swoje dzieło dramatopisarza. Na ten punkt nie zwrócił uwagi żaden krytyk przed Cyrylem Grahamem. A przecież był to punkt najwyższy w całym cyklu poematów. Stosunek Szekspira do sonetów był mniej lub więcej obojętny. Nie chciał budować na nich swojej sławy. Były one dla niego „lekką Muzą“, jak je nazywa, przeznaczoną — zdaniem Meresa — na prywatny użytek, do krążenia wśród bardzo nielicznej garstki przyjaciół. Natomiast doskonale był on świadom wysokiej artystycznej wartości swoich sztuk; zdradza też szlachetną ufność w swój dramatyczny genjusz. Kiedy mówi do Willie Hughesa:

„Twe nieśmiertelne lato się nie zmienia,
I twa uroda to nie płonne wiano,
Śmierć się nie może chełpić z twego cienia,
Gdy pójść ci w wieczność będzie rozkazano:
Dopóki jeszcze dech się w ludziach kryje,
Ty w mojej pieśni, pieśń ma w tobie żyje“[4]

Wyrażenie „w wieczność“ odnosi się do jednej z jego sztuk, którą mu posłał w owym czasie, tak samo jak końcowy czterowiersz świadczy o jego ufności w to, iż sztuki jego zawsze będą grane.
W jego zwrotkach do Muzy Dramatycznej (w sonetach 100-ym i 101-ym) znajdujemy powtórzenie tego samego uczucia:

„Gdzie jesteś Muzo, że już tak oddawna
Przemilczasz o tem, w czem twa moc się mieści?
Czyż w opiewaniu rzeczy lichych sprawna,
Chcesz im swym blaskiem więcej dodać cześci?“ —

woła, a potem wyrzuca Muzie Tragedji i Komedji jej „zaniedbywanie prawdy w farbowanem pięknie“.
Najpełniejszy wszakże wyraz dał Szekspir myśli tej w sonecie 55-ym. Przypuszczać, że „potężna pieśn“ drugiego wiersza odnosi się do sonetu, znaczyłoby zapoznawać najzupełniej myśli Szekspira. Wydawało mi się więcej niż prawdopodobnem, sądząc z ogólnego charakteru sonetu, że poeta miał tu na myśli pewien specjalny utwór dramatyczny i że utworem tym była tragedia Romeo i Julja.

„Marmur, ni złote książąt monumenty
Mojej potężnej nie przeżyją pieśni;
Blask twój promienny w jej zwrotkach zaklęty,
Lśnistszy od głazów, które czas opleśni.
Gdy statuy straszna podruzgoce wojna,
Gdy się rozpadną w gruz dzieła rzeźbiarzy,
Ni Mars swym mieczem, ni waśń niespokojna
Nie stłumią ognia, co się w tobie jarzy.
Naprzekór śmierci i wbrew niepamięci
Żyć będziesz dalej: cześć twą uwydatni
Oko potomnych, w których świat ten święci
Triumf zniszczenia aż po Dzień Ostatni,
Tak aż do Sądu, co wskrzesi twe kości,
Sławić cię będą czciciele miłości“[5].

Tutaj, jak również w innych jeszcze miejscach, przyobiecuje Hughesowi nieśmiertelność w tej formie, która najwięcej przypada ludziom do gustu; w postaci występowania na widowni, w sztuce, podziwianej przez tłumy.

W ciągu dwóch tygodni pracowałem niezmordowanie nad sonetami, mało bardzo wychodząc i nie przyjmując żadnych zaprosin. Z dniem każdym odnajdywałem w nich coś nowego, i miałem wrażenie duchowej obecności Willie Hughesa, który stał się dla mnie rodzajem zawsze górującej nad wszystkiem osobowości. Mogłem go sobie wprost wyobrazić, stojącym w cieniu mojego pokoju. tak wyraźnie narysował Szekspir jego obraz, jego złociste kędziory, jego delikatny wdzięk kwiatu, marzące, głęboko osadzone oczy, smukłe, gibkie nogi i białe, jak płatki lilji, ręce. Samo nawet imię jego miało dla mnie szczególnie pociągający urok. Willie Hughes! Jak dźwięcznie to brzmi. Tak; któż, jeśli nie on, mógł być mistrzem i mistrzynią namiętności Szekspira[6], panem jego miłości, któremu był on zaprzedany w lennictwo[7], subtelną oblubienicą rozkoszy[8], różą wszechświata[9], zwiastunką wiosny[10], strojną w pyszną liberję młodości[11], pięknym chłopcem, którego głos dźwięczy jak muzyka słodka[12], a którego piękno jest oponą serca Szekspira[13] i kluczem jego dramatycznej potęgi? Jak gorzką wydała mi się teraz cała tragedja jego ucieczki i jego hańby, której umiał czarem swej osobowości nadać wdzięk i słodycz[14], ale która mimo to była hańbą. Skoro jednak Szekspir mu wybaczył, dlaczegóż nie mielibyśmy i my wybaczyć mu? Nie zależało mi wcale na zgłębieniu tajemnicy jego grzechu.
Opuszczenie przez niego teatru Szekspira było sprawą innego rodzaju, którą zbadałem też szczegółowo. Badanie to doprowadziło mnie do wniosku, że Cyryl Graham był w błędzie, przypuszczając, iż Chapman był owym rywalizującym dramaturgiem z 80-go sonetu. Szło tu najwidoczniej o Marlowe’a.
W czasie, kiedy sonety zostały napisane, wyrażenie „wspaniały rozmach jego wielkiego wiersza“ nie mogłoby być żadną miarą użyte w zastosowaniu do dzieła Chapmana, jakkolwiek o stylu późniejszych sztuk jego możnaby śmiało tak się wyrazić. Nie; to Marlowe był najwidoczniej owym rywalizującym dramatopisarzem o którym Szekspir tak pochlebnie się wyrażał, zaś ów —

„Rodzimy miły duch,

Co nocą tak okpiwa go dowcipnie“ — był nie kto inny jeno Mefisto z jego „Doktora Fausta“. Nie ulega wątpliwości, że uroda i wdzięk młodziutkiego aktora oczarowały Marlowe’a iż odciągnął on go od trupy Szekspira i zwabił do siebie, gdzie miał grać rolę Galvestony w jego Edwardzie II-im.
O tem, że Szekspir był w zupełnem prawie zatrzymać Willie Hughesa, świadczy sonet 87-y, jednakże, nie mogąc go utrzymać miłością, nie chciał zatrzymywać go przemocą. Willie Hughes stał się członkiem trupy lorda Pembroke, i prawdopodobnie na otwartej scenie Czerwonej Tawerny grał rolę subtelnej kochanki króla Edwarda. Zdaje się, że po śmierci Marlowe’a powrócił do Szekspira, który, bez względu na opinję w tej sprawie swoich towarzyszy, nie zawahał się wybaczyć młodemu aktorowi jego samowolę i zdradę.
Jak trafnie określił Szekspir temperament aktora! Willie Hughes był jednym z tych,

„Co czynią wręcz inaczej, niżli okazują
I tłum wzruszając, kamienny spokój mają“.

Mógł on grać zakochanego, nie czując miłości, mógł udawać namiętność, nie znając tego uczucia.

„Twarz wielu poorana, fałsz serca zmarszczką zdradza“

Ale inaczej było z Willie Hughesem. „Niebiosa“ — powiada Szekspir — zrządziły, aby w twarzy jego słodki wyraz miłości na wieki się ostał.

„I chociaż w sercu jego tych uczuć już nie było,
„Słodyczy piętno w twarzy na wieki pozostało“

W jego „zmiennej duszy“ i w „fałszywem jego sercu“ łatwo było dopatrzyć się nieszczerości i zdrady, tak samo nieodłącznie niejako związanych z naturą artystyczną, jak żądza oklasku i dążenie do uznania przez współczesnych, które cechują wszystkich aktorów. Willie Hughes i pod tym względem szczęśliwszym był od innych. Zespolony nierozdzielnie ze sztukami Szekspira, miał on zaznać do pewnego stopnia nieśmiertelności.

,,Imię twe zyszcze nieśmiertelną siłę,
Choć mnie dla świata nikt już nie obudzi;
Dla mnie li ziemia wspólną da mogiłę,
Ty zasię spoczniesz na widoku ludzi.
Nagrobkiem twoim będzie pieśń ma wzniosła;
Ród niedzisiejszy powtarza jej hasła;
Cześć twa na ludzkich językach wyrosła;
Póki ostatnia iskra tchu nie zgasła.
Tak już na wieki — potęgą mej pieśni —
Imię się twoje z ludzkim tchem zrówieśni“[15].

Niezliczone są też w sonetach aluzje do władzy, jaką Willie Hughes miał nad widzami — „gapiami“ jak ich Szekspir nazywa.
Pewnego razu wydało mi się, że naprawdę znalazłem Willie Hughesa w literaturze z doby Elżbietańskiej. W niezmiernie obrazowym opisie ostatnich dni wielkiego hrabiego Essexu, jego kapelan, Tomasz Knell, opowiada, że w noc przedśmiertną hrabia wezwał „Williama Hewesa“, nadwornego swojego muzyka, i kazał mu grać i śpiewać. „Zagraj mi na lutni pieśń moją, Willu Hewesie, a zaśpiewam ją dla siebie“. I uczynił to radośnie, nie jak wyjący łabędź, wpatrzony wciąż jeszcze w ziemię, opłakuje swój koniec, ale jak słodki skowronek, wznosząc oczy i ręce do Boga, i z tą pieśnią wzlatując ku kryształowym stropom, aż, z nieznużoną wciąż krtanią dotarł do najwyższego szczytu niebios.
Chłopcem tym, który przygrywał na lutni konającemu ojcu Sydneyowskiej Stelli nie był napewno nikt inny, jeno ów właśnie Will Hews, któremu Szekspir poświęcił swoje sonety i który jak nam powiada „był sam jak muzyka słodki“.
Okazało się wszakże z bliższych badań, że lord Essex zmarł w r. 1576, zatem wówczas, kiedy Szekspir był dwunastoletnim zaledwie chłopcem. Upada tem samem przypuszczenie, aby muzyk nadworny jego Hrabiowskiej Mości mógł być panem W. H. z sonetów. Jedyna rzecz możliwa, że młody przyjaciel Szekspira był synem grającego na lutni. Bądź co bądź odkrycie, że imię i nazwisko „Will Hews“ istniało w epoce Elżbietańskiej, nie było bez znaczenia, tembardziej, że zdawało się ono być ściśle związane z muzyką i ze sceną. Pierwszą aktorką angielską była przepiękna Małgorzata Hews, w której do szaleństwa rozkochał się książę Rupert. Cóż więc bardziej prawdopodobnego, niż to, że ze stosunku jej z muzykiem lorda Essexa mógł zrodzić się młodziutki wykonawca kobiecych ról Szekspirowskich. Niestety, nie udało mi się ich znaleźć.
Miałem wciąż wrażenie, że jestem tuż, tuż na tropie decydującego stwierdzenia, i nigdy nie udawało mi się dotrzeć do niego.
Od myśli o życiu Willie Hughesa rychło przeszedłem do rozmyślań nad jego śmiercią. Zastanawiałem się często nad tem, jaki mógł być jego koniec.
Może był on jednym z owych angielskich aktorów, którzy w 1604 popłynęli za morze, do Niemiec, i grali tam na dworze księcia Henryka Juljusza Brunświckego, który sam był dramatopisarzem niebyle jakim, a także na dworze owego dziwaka, elektora Brandeburskiego, który tak był rozmiłowany w pięknie, że opowiadano o nim, jakoby kupił na wagę bursztynu młodego syna pewnego wędrownego greckiego kupca i dawał wspaniałe widowiska na cześć swoich niewolników.
Wszysko to dziać się mogło w owym okropnym roku głodu, z 1606 na 1607-y, kiedy ludzie konali z wycieńczenia na ulicach, spopielonych z braku wody, bowiem przez siedem miesięcy nie spadła ani jedna kropla deszczu.
Wiadomo w każdym razie, że tragedia Romeo i Julja wystawiona była w Dreznie, w 1613, równocześnie z Hamletem i Królem Learem. Niewątpliwie też nie komu innemu jeno Willie Hughesowi, wręczona była w 1615-ym maska pośmiertna Szekspira przywieziona przez kogoś ze świty angielskiego ambasadora, jako bolesne świadectwo śmierci wielkiego poety, który tak gorąco kochał Hughesa. Istotnie, dziwnie trafną byłaby myśl, ażeby chłopięcy aktor, którego uroda była podstawowym czynnikiem realizmu i romantyzmu dramatycznej sztuki Szekspirowskiej, był pierwszym, który przywiózł i zaszczepił w Niemczech ziarna nowej kultury, i stał się tym sposobem zwiastunem niejako doby oświecenia z XVIII-go wieku, owego ruchu wspaniałego, zapoczątkowanego przez Lessinga i Herdera i doprowadzonego do pełni rozkwitu przez Goethego. W znacznym stopniu pomocnym był mu w tem dziele inny jeszcze aktor, Fryderyk Schroeder, który pierwszy rozbudził w tym kierunku świadomość tłumu, wykazując, za pomocą udanych namiętności oraz innych środków scenicznych, ścisły, nieodłączny związek między życiem i literaturą. Jeśli tak było — nie istnieją zaś dowody, obalające to przypuszczenie — nie jest nieprawdopodobnem, że Willie Hughes był jednym z owych komedjantów angielskich (mimoe quidam ex Britannia, jak nazywają stare kroniki) którzy zostali zamordowani podczas wybuchłego nagle powstania i zostali w ukryciu pochowani na małem polu winnicznem, poza miastem, przez kilku młodych ludzi, „którym przyjemność sprawiała ich gra i z których kilku zamierzało poświęcić się tajnikom nowej sztuki“. Nie mogło w istocie odpowiedniejsze znaleźć się miejsce, aniżeli ta winnica poza murami miasta, dla człowieka, do którego Szekspir mówił „ty jesteś całą moją sztuką“. Czyż bowiem źródłem Tragedji nie były smutki Dionisosa? Czyż nie usta Sycylijskiego hodowcy wina wydały pierwszy okrzyk pogodnego śmiechu komedji z jego beztroskliwą wesołością i zręcznemi odpowiedziami? Czy poczucie czaru i uroku przebrania nie zbudziło się po raz pierwszy na widok purpurowych i szkarłatnych plam moszczu winnego na policzkach i nogach? Czy nie podsunęły one chęci ukrywania się, zrozumienia wartości objektywizmu, uwydatniającego się w ten sposób po raz pierwszy w surowych jeszcze zupełnie zaczątkach sztuki?
Bądź co bądź jednak, gdziekolwiek leżał Willie Hughes, czy na małem polu winnicznem u wrót gotyckiego miasta, czy też na ciemnym jakimś cmentarzu londyńskim wśród zgiełku i ruchu olbrzymiej stolicy żaden pomnik wspaniały nie zdobi miejsca wiecznego jego spoczynku. Prawdziwym jego pomnikiem, jak przewidział Szekspir, jest wiersz poety, jest wiecznotrwały jego dramat. To samo też stało się z wszystkimi innymi, których piękno dało nowy impuls twórczy ich epoce. Gibkie, barwy kości słoniowej, ciało niewolnika Bitynianskiego tkwi w zielonym mule Nilu, a na żółtych pagórkach Ceramcicusu rozsiane są prochy młodego Ateńczyka; ale Antinous żyje w rzeźbie, a Charmides — w filozofji.


III.

Po upływie trzech tygodni postanowiłem zażądać stanowczo od Erskine’a oddania należnego hołdu pamięci Cyryla Grahama, wyjawienia światu jego zdumiewającej interpretacji sonetów — jedynej interpretacji, wyjaśniającej zagadnienie w sposób rozstrzygający. Nie posiadam, niestety, kopji mojego listu i nie miałem też możności odzyskania oryginału; pamiętam jednak, że wyłożyłem rzecz gruntownie i że zapisałem całe arkusze papieru uporczywem powtarzaniem argumentów i dowodów, których dostarczały mi moje studja. Miałem wrażenie, że nietylko przywracam Cyrylowi Grahamowi należne mu miejsce w dziejach lieratury, ale że ratuję zarazem honor Szekspira, uwalniając go od zmory pospolitej intrygi. Włożyłem w ten list cały mój zapał, całą moją wiarę.
Z tą chwilą wszakże, kiedy go wysłałem, dziwna zaszła we mnie reakcja. Doznałem nagle uczucia, jakgdybym wyzbył się zdolności do wierzenia w istnienie Willie Hughesa, do wierzenia w Hughesową teorię sonetów, jakgdyby coś opuściło mnie, czyniąc mi najzupełniej obojętną całą tę sprawę. Co się mogło stać? Trudno dać na to odpowiedź. Może, znalazłszy pełny wyraz dla całej siły mojego zapału, wyczerpałem sobie samo jego źródło. Siła uczucia, podobnie jak siły życia fizycznego, ma ustalony swój zakres. Może sam wysiłek, jaki czynimy, aby przekonać innych o słuszności naszej teorji, pociąga za sobą rodzaj utraty naszej zdolności wierzenia. A może byłem poprostu znudzony calą tą kwestją i z chwilą, gdy zgasł, strawiony własnym ogniem, cały mój zapał, rozum mój odzyskał trzeźwy sąd. Za jakąkolwiek stało się to sprawą, czego nie kuszę się nawet wytłumaczyć, nie ulega wątpliwości że Willie Hughes stał się dla mnie mitem tylko, fantastycznem urojeniem, dziecinnym kaprysem młodzieńca, który, jak większość zapalnych umysłów, bardziej pragnąłem przekonać innych, niż być przekonanym samemu.
Czując, że w liście moim do Erskine’a było kilka niesprawiedliwych i przykrych zarzutów, postanowiłem co rychlej przeprosić go za moją niegrzeczność.
Nazajutrz, z samego rana pojechałem do niego i zastałem go w bibliotece, zatopionego w kontemplacji podstawionego portretu Willie Hughesa.
— Drogi, szanowny panie — zawołałem — przyszedłem pana przeprosić!
— Przeprosić mnie? — zapytał zdziwiony. — Za co?
— Za mój list — odrzekłem.
— Nie było w nim nic takiego, czego mógłbyś pan żałować. Przeciwnie, wyświadczyłeś mi największą przysługę, jaką wyświadczyć mogłeś. Przekonałeś mnie o bezwzględnej słuszności teorji Cyryla Grahama.
— Jakto? Więc wierzy pan w Willie Hughesa? — zawołałem.
— Dlaczegóż nie miałbym wierzyć? Dowiodłeś mi pan jej słuszności. Czy sądzisz, że nie potrafię ocenić należycie wartości oczywistego faktu?
— Ależ niema tu żadnego oczywistego faktu — jęknąłem, padając na krzesło. — Pisząc do pana, byłem pod wpływem niedorzecznego jakiegoś urojenia. Wzruszyła mnie poprostu historja śmierci Cyryla Grahama, porwała mnie romantyczna jego teorja, rozentuzjazmował czar i nowość jego pomysłu. Teraz zaś widzę jasno, że teorja ta oparta była na urojeniu. Jedynym oczywistym dowodem istnienia Willie Hughesa jest ten portret, w który pan się wpatruje, a przecież portret jest, jak wiemy, oszustwem. Nie daj się pan unieść sentymentowi w tej sprawie. Cokolwiek miałoby uczucie do powiedzenia na korzyść całej tej teorji, rozum pozostaje zupełnie obojętnym dla jej uroszczeń.
— Nie rozumiem pana — rzekł Erskine, patrząc na mnie ze zdumieniem. — Jakto, przecież to pan sam przekonał mnie listem swoim, że Willie Hughes nie jest urojeniem, lecz najoczywistszą rzeczywistością?! Skąd ta nagła zmiana zdania? A może wszystko, co pan mówił przed chwilą, jest tylko żartem?
— Nie mogę tego panu wytłumaczyć — odparłem — ale widzę teraz jasno, że teorja Cyryla Grahama absolutnie nie wytrzymuje krytyki. Sonety są poświęcone lordowi Pembroke. Na miłosierdzie boskie, nie trać pan czasu na niedorzeczne poszukiwanie młodego aktora z epoki Elżbietańskiej, człowieka, który nigdy nie istniał, na czynienie z urojonej jakiejś marjonetki głównej postaci wielkiego cyklu sonetów Szekspirowskich.
— Widzę, że pan nie zdaje sobie zupełnie sprawy z teorji Cyryla, że pan jej nie rozumie — odparł.
— Co?! nie rozumiem jej?! — zawołałem. — Nie rozumiem jej?! Mógłbym niemal powiedzieć, że to ja ją wymyśliłem. List mój dostatecznie chyba przekonywa pana, że nietylko przestudjowałem gruntownie całą tę rzecz, ale że wzbogaciłem ją w cały szereg nowych argumentów i dowodów. Jedyną szczerbą w tej teorji jest przyjmowanie za fakt istnienia osobnika, którego egzystencja jest przedmiotem sporu. Gdybyśmy uznali za rzecz dowiedzioną, że w trupie Szekspira był młody aktor imieniem Willie Hughes, nietrudno byłoby zrobić z niego przedmiot sonetów. Ponieważ jednak wiemy, że w trupie tej nie było takiego aktora, próżnym jest trudem dalsze prowadzenie badań w tym kierunku.
— Ależ tego właśnie nie wiemy — rzekł Erskine. — Ma pan słuszność, że niema jego imienia na liście, przytoczonej w pierwszem folio; ale, jak zaznaczył już Cyryl, stanowi to raczej dowód na korzyść istnienia Willie Hughesa, aniżeli przeciw niemu, jeśli weźmiemy pod uwagę zdradzieckie opuszczenie przez niego teatru Szekspira i przejście do trupy współzawodniczącego dramatopisarza.
Spieraliśmy się przez szereg godzin o tę sprawę, ale wszelkie moje dowodzenia nie mogły zachwiać wiary Erskine’a w słuszność teorji Cyryla Grahama. Oznajmił mi, że zamierza poświęcić życie swoje stwierdzeniu zasadności tej teorji, że chce tym sposobem oddać należny hołd pamięci Cyryla. Błagałem go, śmiałem się z niego, zaklinałem go, ale wszystko nadaremnie. Wkońcu rozstaliśmy się, nie pokłóceni oczywiście, ale w każdym razie z pewnym odcieniem urazy wzajemnej, która stanęła pomiędzy nami, Erskine ocenił mnie jako człowieka płytkiego, ja jego — jako szaleńca. Odwiedziłem go wkrótce po raz drugi, ale służący oznajmił mi, że pan jego wyjechał do Niemiec.
W dwa lata później, wchodząc pewnego wieczoru do klubu, otrzymałem z rąk odźwiernego list z zagraniczną marką. Był to list od Erskine’a, napisany z hotelu d’Angleterre w Cannes. Czytając go, osłupiałem z przerażenia, nie mogłem jednak uwierzyć, aby oszalał on do tego stopnia i wykonał istotnie dziki swój zamiar. W liście tym oznajmił mi, że straciwszy już zupełnie nadzieję sprawdzenia teorji Willie Hughesa, której poświęcił cały swój czas i pracę, niestety, bezskutecznie, postanowił pójść za przykładem Cyryla. Gdy Cyryl oddał życie za swoją teorję, i on również poświęci swoje za tę samą sprawę. List kończył się następującemi słowami: „Wierzę wciąż jeszcze w Willie Hughesa oraz w sprawę Cyryla Grahama, którego płytki mój sceptycyzm i brak wiary pchnęły w objęcia śmierci. Wyjawiłem panu całą prawdę, ale pan odrzuciłeś ją. Wraca ona teraz do pana, zbryzgana krwią dwóch ofiar, — nie odwracaj się pan od niej“.
Przeżyłem moment straszliwy. Byłem jak oszalały z bólu, a jednak nie mogłem uwierzyć w ten fakt przeraźliwy. Umrzeć za wierzenia teologiczne jest najgorszym użytkiem, jaki człowiek może zrobić ze swojego życia, ale umrzeć za teorję literacką!... Nie, to chyba niemożliwe!...
Spojrzałem na datę listu. Pisany był przed tygodniem. Nieszczęśliwym jakimś trafem nie mogłem być w klubie od kilku dni; gdyby nie ta fatalna przeszkoda, byłbym może otrzymał list w porę, aby go uratować. A może nie było jeszcze za późno... Wróciłem natychmiast do siebie, zapakowałem rzeczy i wyjechałem najbliższym pociągiem. Podróż była okropna. Myślałem, że nigdy nie dojadę. Niezwłocznie po przybyciu udałem się do hotelu d’Angleterre.
Powiedziano mi tam, że Erskine pochowany został przed dwoma dniami na miejscowym cmentarzu angielskim. Było coś potwornie groteskowego w całej tej okrutnej tragedji. Zacząłem gadać jakieś rzeczy bez związku, tak, że służba hotelowa patrzyła na mnie ze zdumieniem.
Wtem postać jakaś niewieścia w ciężkiej żałobie minęła westybul. Była to lady Erskine. Spostrzegłszy mnie, zbliżyła się, wyjąkała coś o biednym swoim synu i wybuchła spazmatycznym płaczem. Zaprowadziłem ją do jej pokoju. Czekał tam już jakiś starszy jegomość. Był to doktor, Anglik.
Mówiliśmy dużo o Erskinie, nie wspomniałem jednak nic o motywie popełnionego samobójstwa.
Widocznem było, że nic nie mówił matce o sprawie, która popchnęła go do fatalnego tego kroku.
Wreszcie lady Erskine podniosła się z fotelu i rzekła:
— Jerzy zostawił panu coś na pamiątkę. Była to rzecz, którą ceni nadewszystko. Przyniosę ją panu
Jak tylko zamknęły się za nią drzwi, zwróciłem się do doktora i rzekłem:
— Jakiż to straszny musiał być cios dla lady Erskine! Podziwiam, że znosi go tak mężnie.
— O, wiedziała o tem od wielu już miesięcy — odparł.
— Wiedziała od wielu miesięcy?! zawołałem. — Dlaczegóż więc nie powstrzymała go? Dlaczego nie kazała go pilnować? Oszalała chyba...
Doktor spojrzał na mnie ze zdumieniem.
— Nie rozumiem, co pan chce przez to powiedzieć — rzekł wreszcie.
— Jakto! — zawołałem. — Matka, która wie, że syn zamierza popełnić samobójstwo i nie...
— Samobójstwo! — przerwał mi. — Biedny Erskine nie popełnił samobójstwa. Umarł na suchoty. Przysłano go, aby tutaj umarł. Zobaczywszy go po raz pierwszy, wiedziałem, że niema nadziei. Jednego płuca nie miał już wcale, a drugie silnie było zajęte. Na trzy dni przed śmiercią zapytał mnie, czy jest jeszcze jakaś nadzieja. Odpowiedziałem mu otwarcie, że niema żadnej i że pozostaje mu kilka tylko jeszcze dni do życia. Napisał parę listów i był zupełnie zrezygnowany, zachowując przytomność do ostatka.
W tej samej chwili weszła lady Erskine z nieszczęsnym portretem Willie Hughesa w ręku.
— Jerzy prosił mnie, umierając, abym wręczyła panu ten obraz — rzekła.
Biorąc z jej rąk portret, poczułem łzy jej na mojej dłoni.

............

Portret wisi teraz w mojej bibljotece, gdzie bardzo jest podziwiany przez moich przyjaciół artystów. Zdecydowali oni, że nie jest to Clouet, ale Onory. Nigdy oczywiście, nie powiedziałem im prawdy.
Czasem jednak, kiedy wpatruję się w podobiznę Willie Hughesa, przychodzi mi na myśl, że w istocie jednak niejedno przemawia za słusznością teorji Cyryla Grahama.

  1. Tytuł hrabiów Pembroke, noszony przez rozmaite rody angielskie i pochodzący od miasta tej nazwy w południowej Walji, dostał się między innemi Wilhelmowi Hampstead, który w roku 1202 poślubił córkę Ryszarda Pembroke, stąd p. W. H.
  2. Po angielsku Hughes i Hews czyta się jak: hjuuz.
  3. Przekład Artura Górskiego.
  4. Przekład Jana Kasprowicza.
  5. Przekład J. Kasprowicza.
  6. Sonet 20;
  7. s. 26;
  8. s. 126;
  9. s. 109;
  10. s. 1;
  11. s. 2
  12. s. 8;
  13. s. 22;
  14. s. 95.
  15. Przekł. J. Kasprowicza.