Polacy w zaraniu Stanów Zjednoczonych/Pierwsi Polacy w Ameryce Północnej/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Longin Pastusiak
Tytuł Polacy w zaraniu Stanów Zjednoczonych
Wydanie II
Data wydania 1992
Wydawnictwo Wiedza Powszechna
Druk Zakłady Graficzne w Katowicach
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PIERWSI POLACY W AMERYCE PÓŁNOCNEJ

1

Początki osadnictwa polskiego

Związki polsko-amerykańskie są o wiele starsze aniżeli Stany Zjednoczone. Polacy byli już na kontynencie północnoamerykańskim, zanim Kościuszko i Pułaski przybyli tam, by uczestniczyć w wojnie niepodległościowej, zanim wśród kolonistów angielskich zrodziła się myśl o stworzeniu niepodległego państwa.
Kiedy pierwsi Polacy przybyli do Ameryki — tego nikt właściwie nie jest dziś w stanie ustalić. Legenda zbyt mocno przemieszała się z prawdą, abyśmy mogli wiernie odtworzyć fakty i oddzielić je od fikcji.
Legenda głosi, że pierwszym Polakiem, który miał przybyć do Ameryki, był Jan z Kolna, pozostający w służbie króla duńskiego Chrystiana I (panował 1448-1481). Miało to nastąpić w 1476 roku, a więc na 16 lat przed Krzysztofem Kolumbem. Jan z Kolna miał dotrzeć do wybrzeży dzisiejszego Labradoru i płynąć na południe wzdłuż brzegów kontynentu amerykańskiego. Jego odkrycie nie zyskało jednak rozgłosu, ponieważ — według legendy — zginął w drodze powrotnej.
W kronikach skandynawskich i niemieckich rzeczywiście spotyka się wzmianki o żeglarzu nazwiskiem „Scolnus” lub „Scolvus”. Istnieje zresztą kilkanaście wersji tego nazwiska. Joachim Lelewel pierwszy wysunął hipotezę, że chodzi tu o Jana z Kolna. Kierował się przy tym raczej względami patriotycznymi, żadnymi dowodami bowiem nie rozporządzał.
Tadeusz Estreicher tak pisze na ten temat: „Nie wygłaszam, nie proponuję żadnej formy nazwiska Jana z Kolna, nie odmawiam mu pochodzenia polskiego, ale tak samo nie wykluczam pochodzenia skandynawskiego, bo do tego brak danych; natomiast stwierdzam, że dzisiejsi uczeni nie wszyscy się zgadzają na fakt odkrycia Ameryki przez «Scolnusa» i na jego pochodzenie polskie“.[1]
Wacław Słabczyński po przeanalizowaniu i porównaniu różnych hipotez dotyczących „Scolnusa” doszedł do następujących wniosków:
„Około 1476 r. żeglarz w służbie duńskiej o imieniu Jan, lecz o nie ustalonym nazwisku i narodowości, miał dotrzeć do północnego wybrzeża Ameryki w nie określonym bliżej miejscu (Ziemia Baffina, Cieśnina Hudsona, Labrador?). Oprócz wzmianek o tym fakcie w literaturze szesnasto- i siedemnastowiecznej oraz na globusach i mapach tej epoki żadnych innych dokumentalnych danych na temat tej podróży nie ma. Z tych względów niektórzy współcześni autorzy kwestionują w ogóle fakt takiej wyprawy, jak i nawet istnienie samego żeglarza“.[2]
Wacław Słabczyński uważa, że więcej światła na hipotezę o Scolnusie mogłyby rzucić archiwa portugalskie, hiszpańskie lub angielskie, w których jak dotąd nie szukano materiałów dotyczących tego podróżnika. Tak więc legenda o Janie z Kolna czeka nadal na naukową weryfikację.
Wiadomość o odkryciu Ameryki przez Kolumba w każdym razie dotarła do Polski stosunkowo wcześnie.
Bolesław Olszewicz doszukał się około 60 wzmianek o Ameryce w 39 pracach w polskiej literaturze XVI i XVII wieku.[3] Słusznie zauważa Janusz Tazbir, że nie jest to liczba kompletna, w wielu dziełach bowiem nie wymienia się Ameryki z nazwy, lecz używa się innych określeń, jak np. Nowy Świat. „Po polsku sformułowania tego użył pierwszy — jak się wydaje — Białobrzeski, w swej Postylli pisał o «Indyjej, który [sic] zowią Nowy Świat»”[4]. Jednakże zainteresowanie wielkimi odkryciami, a w szczególności Ameryką, w Polsce było znacznie słabsze niż np. w Portugalii czy Hiszpanii.
Pierwszą w literaturze polskiej wzmiankę o Ameryce znajdujemy w pracach Jana Sacrobasa, ze wstępem Jana z Głogowa. Jan z Głogowa był profesorem Akademii Krakowskiej. Książka Introductorium Compendiosum in Tractatum Sphaere Materialis została opublikowana w Krakowie w 1506 roku. Wiadomości o odkryciu Ameryki dotarły do Polski zapewne kilka lat wcześniej, przypuszczalnie około 1500 roku.
W 1512 roku Jan ze Stobnicy opublikował prawdopodobnie pierwszą w Polsce mapę Ameryki w swoim dziele Introductio in Ptholomei Cosmographiam, opartym na książce niemieckiego geografa M. Waldseemüllera. Były to w ogóle pierwsze mapy wydane w Polsce.
Marcin Bielski w Kronice wszystkiego świata, która ukazała się w Krakowie w 1551 roku, pisze o ogromnych rozmiarach Ameryki, przypisując jej obszar równy czwartej części Ziemi.
Kopernik uznał odkrycie Kolumba za dowód popierający teorię kulistości Ziemi. W swym dziele O obrotach sfer niebieskich, opublikowanym w 1543 roku, odkryciu Ameryki poświęcił sporo uwagi.[5] „Jakim sposobem — pytał w tytule jednego z rozdziałów — ziemia sucha wraz z wodą jedną kulę tworzy? Pokaże się to wyraźniej, jeżeli do tego przyłączymy wyspy za naszych czasów pod hiszpańskimi i portugalskimi monarchami odkryte, a nade wszystko Amerykę, imieniem odkrywcy i dowódcy okrętów tak nazwaną, a dla nie zbadanej dotychczas jej rozległości za nowy świat uważaną, prócz wielu innych wysp, przedtem nie znanych. Dlatego mniej nas dziwić będzie, że istnieją mieszkańcy przeciwnożni, czyli przeciwziemni. Że Ameryka z położenia swego znajduje się na przeciwnej stronie Indyj Gangesowych, to wynika z geometrycznych własności kuli. Z tego zatem wszystkiego wnoszę, że nikt nie będzie wątpił, jako ląd i woda wspierają się na jednym środku ciężkości Ziemi, który jest zarazem środkiem jej objętości.”[6]
Wśród wzmianek i opisów nowego kontynentu stosunkowo wiele dotyczy Indian, przygód podróżników itp. O Indianach wspominają m.in. Marcin Bielski w swej Kronice, Benedykt Chmielowski w Nowych Atenach oraz Jakub Kazimierz Haur.
„Już w XVI wieku — pisze Janusz Tazbir — wykształciły się trzy zasadnicze stereotypy patrzenia na Indian: pierwszy widział w nich istoty szczęśliwe i bardziej wartościowe od Europejczyków, mimo że obywające się bez organizacji państwowej, nauki czy znajomości chrześcijaństwa. Drugi stereotyp ukazywał pierwotnych mieszkańców Ameryki jako stworzenia tak odrażające i barbarzyńskie, iż w praktyce niewiele różnią się od zwierząt. W ujęciu tym czerwonoskórzy stanowili więc odmianę znanego jeszcze z legend średniowiecza dzikiego męża, istoty pośredniej między bestią i człowiekiem. Trzeci wreszcie stereotyp, przyznający im szereg zalet umysłu i charakteru, kładł jednak duży nacisk na panujący wśród Indian kanibalizm, składanie krwawych ofiar bogom, okrucieństwo, skłonności do nadużyć seksualnych. Tę ostatnią opinię znajdujemy przede wszystkim w relacjach misjonarzy, którzy mimo to wyrażali przekonanie, iż przyjęcie katolicyzmu przyniesie w rezultacie ucywilizowanie Indian oraz radykalną poprawę ich obyczajów”.[7]
Znany poemat opisowo-dydaktyczny Sebastiana Fabiana Klanowicza Flis, to jest spuszczanie statków Wisłą z roku 1595 zawiera pewne odniesienia do Ameryki:

Ale człowieczy przemysł tak jest śmiały,
Iż ten stary świat widział mu się mały.
Więc przepłynąwszy nurt oceanowy
Nalazł świat nowy.
I tak już wkoło okrążyło ziemię
Śmiertelnych ludzi tak poważne plemię;
Już Antypodów podziemna kraina
Wam nie nowina.

Już Ameryka, już i Magellana
Śmiałym Hiszpanom morzem dojechana,
Szczęśliwe Wyspy, on bohaterski raj,
Wie o nim nasz kraj.[8]

Podróżnik Paweł Palczowski z Palczowic opublikował w Krakowie w 1609 roku książkę Kolęda moskiewska. Pisze w niej o podróżach i poszukiwaniach zamorskich, kusi opisem okrętów, które wracają z dalekich wypraw pełne kosztowności, klejnotów, korzeni. Radzi wszakże Polakom, aby raczej skoncentrowali się na kolonizacji Rosji niż Ameryki. „Coś w tym jest — pisał Palczowski — żeśmy najmniej takowych wielkich pożytków dostąpili. Insze narody chcąc rozszerzyć granice swoje, ryzykując wielkim niebezpieczeństwem zdrowia swego aż za morze jeżdżą [...] i w Ameryce, a Nowym Świecie wielkim zamysłom swoim przez wielkie trudności miejsca szukają [...] o rzeczy niewiadome się kusząc”.[9] Dzieło swoje Palczowski dedykował „Wysoce Wielebnym Jaśnie Wielmożnym Panom, Ich Mościom Senatorom i Ich Mościom Panom Posłom, od wszego Rycerstwa na Sejm Walny Koronny zgromadzonym, Panom i Braciej moim Miłościwym”. A więc był to swego rodzaju program polityczny.
W Polsce znane były również opowieści jezuitów o działalności misyjnej w Ameryce. Wzmiankę o Ameryce znajdujemy m.in. w sztuce wystawianej w 1638 roku w teatrze kolegium jezuickiego w Lublinie. Był to dramat o św. Stanisławie, biskupie i męczenniku. Wśród różnych części świata składających hołd jego ojczyźnie pojawia się również Ameryka, która „lubo jeszcze nie odkryta wiedząc przecie, że jej bogactwa przejdą do Polski, każe występować w swoim imieniu tryfonom, nimfom i syrenom”. Pod wpływem tego typu literatury religijnej obraz Ameryki — kontynentu i tak mało znanego — był jeszcze bardziej zniekształcany.
Udział Polaków we wczesnym osadnictwie w Ameryce Północnej był niewielki w porównaniu z udziałem innych narodowości. Polacy indywidualnie uczestniczyli w najwcześniejszej emigracji na półkulę zachodnią, ale ruch ten nie przybrał takich rozmiarów jak w przypadku innych narodowości. Nie kryła się też za tym polityka kolonizacyjna państwa polskiego.
Powodów tego było wiele. Polska nie była w owych czasach potęgą morską zaangażowaną w odkrycia i eskapady geograficzne na drugą półkulę. Handlowano raczej z państwami europejskimi. Ziemi było pod dostatkiem, nie istniało przeludnienie, które zmuszałoby do emigracji. Nie bez znaczenia było też uwikłanie w wojny z sąsiadami. Amerykański historyk polskiego pochodzenia, Mieczysław Haiman, zwraca uwagę na czynnik istotny w odniesieniu do innych krajów, a nie dotyczący Polski: kwestię tolerancji i wolności wyznania. Polska w okresie wczesnego osadnictwa amerykańskiego była krajem stosunkowo tolerancyjnym i różnowiercy nie byli zmuszeni do szukania schronienia na drugiej półkuli. Ci natomiast, którzy musieli opuścić Polskę, udawali się do zachodniej Europy, np. do Holandii. Jedynie znikoma część decydowała się następnie na emigrację za ocean.
Współczesny historyk amerykański pochodzenia polskiego Joseph A. Wytrwal nie wyklucza — podobnie jak wcześniej uczynił to Mieczysław Haiman — że pierwszymi Polakami osiadłymi w Ameryce byli smolarze, którzy wylądowali w 1585 roku na wyspie Roanoke u wybrzeży Karoliny Północnej. Zostali oni wysłani przez sir Waltera Raleigha, który uważał, że Anglia powinna szukać w Ameryce produktów, które dotąd sprowadzała z Polski i z Rosji, a kolonizacja Ameryki znacznie wzmocni jej pozycję wobec Hiszpanii.[10]
Jako ciekawostkę wspomnę tu tezy księdza Wacława Kruszki, który — jak sam pisze — z „pomocą Boga i ludzi dobrej woli” opublikował w 1909 roku pierwszą całościową historię emigracji polskiej w Ameryce. W 1937 roku ukazało się drugie, uzupełnione wydanie tej pracy.[11]
Ksiądz Kruszka głosi, że do Ameryki na pewno pierwsi przybyli Indianie na 1500 lat przed Chrystusem, a 50 lat po Chrystusie zjawili się tam „na jego rozkaz” apostołowie. Dowód? „Mogli nie posłani Azjaci dotrzeć do ostatecznego krańca Polinezji, dlaczego by posłani, czyli apostołowie, tam dotrzeć nie mogli”. „Chrystus posłał swoich apostołów rozkazując im wyraźnie iść na wszystek świat (Marek 16.15). Czyżby apostołowie nie wypełnili tego rozkazu Chrystusa? Czyżby sprzeniewierzyli się temu posłannictwu? Czyżby, mając wyraźny rozkaz iść na cały świat, w swoich podróżach opuścili aż połowę kuli ziemskiej? Czyżby w Polinezji i przyległej Ameryce nie byli i nie głosili Ewangelii?”[12]
Polacy, zdaniem księdza Kruszki, przybyli tu już w roku 985 po Chrystusie. Rycerz Eryk Rudy, „wielki gwałtownik i awanturnik wygnany z Islandii za rozmaite sprawki, był zmuszony uciekać i szukać bezpiecznego miejsca”. W 985 roku wylądował w Ameryce. Wśród jego rycerzy „historia wspomina dwóch Polaków — Tyrkera i Wyzderwolę, jako nieodstępnych towarzyszów jego doli i niedoli”. Skąd się wzięli w Islandii dwaj polscy rycerze? Zdaniem księdza Kruszki należeli oni do drużyny rycerzy polskich, która eskortowała z Polski do Danii córkę Mieszka I wydaną za króla duńskiego. Po weselu Tyrker i Wyzderwola wyprawili się z Erykiem Rudym do Islandii.[13] A w ogóle to nazwa Ameryki pochodzi od Świętego Emeryka.[14]
Tyle ksiądz Wacław Kruszka. Fantazji, jak widać, mu nie brakowało. W pracy jego jest mnóstwo tego rodzaju dykteryjek. Biorąc jednak pod uwagę, że powstała ona na przełomie XIX i XX stulecia, że była przedsięwzięciem pionierskim, należy docenić wkład autora w badanie dziejów emigracji polskiej w Stanach Zjednoczonych. Bardziej wartościowe oczywiście są partie książki dotyczące czasów autorowi współczesnych.
Historyczne dowody obecności Polaków na ziemi amerykańskiej pochodzą z pierwszych lat XVII wieku. Przybyli tu w roku 1608, na kilkanaście lat przed osławionymi Pielgrzymami z „Mayflower” (1620).
Na początku XVII wieku król angielski Jakub I powołał towarzystwa Plymouth Company i Virginia Company of London w celu kolonizacji Ameryki Północnej. Anglia potrzebowała surowców dla rozwijającego się przemysłu i liczyła na ich import z Ameryki, chcąc uniezależnić się od krajów europejskich.
W 1607 roku towarzystwo Virginia Company założyło osadę Jamestown na terenie dzisiejszego stanu Wirginia. Pierwsi osadnicy przybyli na trzech statkach: „Susan Constant”, „Godspeed” i „Discovery”. Rok później, prawdopodobnie w połowie września 1608 roku, statek „Mary and Margaret”, którym dowodził kapitan Christopher Newport, przywiózł drugi transport osadników. Przewodniczący rady kolonistów, kapitan John Smith, odnotował w swej pracy The General Historie of Virginia, wydanej w Londynie w 1624 roku, że około 1 października 1608 roku przybyło „8 Holendrów i Polaków” (w oryginale „8 Dutch and Poles”, przy tym Dutch w ówczesnym języku angielskim określało również Niemców). Źródło to zawiera cztery wzmianki na temat Polaków w Jamestown.
Arthur Waldo, a za nim inni historycy polonijni wymieniają często pięć nazwisk.[15] Nie ma jednak dowodów na to, że takie właśnie były imiona i nazwiska pierwszych Polaków w Ameryce Północnej i że pochodzili właśnie z wymienionych miast. Oto lista:
Michał Łowicki z Londynu, szlachcic, który był swego rodzaju rzecznikiem polskiej grupy;
Zbigniew Stefański z Włocławka, specjalista od produkcji szkła;
Jan Mata z Krakowa, wyspecjalizowany w produkcji mydła;
Stanisław Sadowski z Radomia, wykwalifikowany cieśla;
Jan Bogdan z Kołomyi, smolarz, znający się także na budowie okrętów. Bogdan ponoć znał osobiście kapitana Johna Smitha z czasów, gdy ten przebywał w 1603 roku w Polsce.
Od pewnego czasu toczy się dyskusja na temat rzekomych zapisków jednego z pierwszych osadników polskich w Jamestown — Zbigniewa Stefańskiego, zatytułowanych Memoralium Commercatoris (Pamiętnik kupca), a wydanych w 1625 roku w Amsterdamie przez Andreasa Bickera. Pamiętnik ten ponoć trafił do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej i w 1947 roku został zaoferowany ówczesnemu kustoszowi muzeum polskiego w Chicago — Mieczysławowi Haimanowi. Haiman nie miał jednak pięciu tysięcy dolarów, jakich żądano za tę książeczkę. Arthur Waldo, od którego pochodzi ta relacja, był wówczas współpracownikiem Haimana i jednym z tych, którzy mieli ów dokument w ręku. Waldo twierdzi, że zrobił wypisy obszernych fragmentów pamiętnika Stefańskiego. Te właśnie fragmenty nadesłał do redakcji „Polityki”. Redakcja zwróciła się z prośbą o ekspertyzę do badaczy XVII wieku: historyka prof. dra Adama Kerstena i językoznawcy doc. dr Jadwigi Puzyniny. Oboje skłaniają się ku tezie, że jest to bardzo zręcznie zrobiony apokryf. Jednakże pozostawiają pewien margines dopuszczający autentyczność dokumentu. W moim przekonaniu pamiętnik ten jest falsyfikatem, ponieważ — mimo drobiazgowości rzekomego pamiętnika Stefańskiego — nie zawiera żadnych szczegółów o pierwszych Polakach w Jamestown, które nie byłyby już znane z innych dokumentów. Zainteresowanych tą sprawą odsyłam do fragmentów pamiętnika oraz do ekspertyz opublikowanych w „Polityce”.[16]
Wspomniany już wcześniej kapitan John Smith, zanim trafił na półkulę zachodnią, miał wiele przygód. Po opuszczeniu rodzinnej Anglii brał udział w wojnach na kontynencie europejskim. Dostał się do niewoli tureckiej, a później tatarskiej skąd zbiegł. Uciekając do Anglii przemierzył obszary Polski. W swej książce The True Travels, Adventures and Observations of Captain John Smith, opublikowanej już po powrocie z Ameryki w 1629 roku, tak wspomina swój przejazd przez Polskę (pisze o sobie w trzeciej osobie): „Udał się on (z Moskwy) pod zbrojną strażą do Rzeczycy nad rzeką Dniepr, w granicach Litwy, a stamtąd z równą grzecznością został przewieziony przez Kołocko (?), Dobrzesko (?), Dużybył (?), Drohobus (?) i Ostróg na Wołyniu, Zasław i Olesko na Podolu, Halicz i Kołomyję w Polsce i tak aż do Sybina w Siedmiogrodzie. W całym swym życiu rzadko kiedy doświadczał większej czci, radości i zabawy, i każdy wojewoda, do którego przyszedł, nie tylko użyczył mu gościny, ale i dał mu coś w darze; albowiem sami widzą się narażeni na podobne nieszczęście (niewoli)”.[17]
Pierwszymi znanymi nam naocznymi świadkami obecności Polaków w Jamestown byli trzej Anglicy: Richard Wiffin, Anas Todkill i William Phettiplace. Wszyscy trzej żyli w Jamestown w latach 1608-1612. Ich relacje zawarte są w księdze The Proceedings of the English Colonies in Virginia, która opublikowana została w Londynie jako druga część książki Johna Smitha A Map of Virginia (wydanej w 1612 r.). O Polakach znajdują się tu trzy wzmianki.
Późniejsze zapiski również mówią o obecności Polaków w Jamestown. Są to relacje kolonistów: kapitana Williama Powella, Edwarda Gurganeya, Williama Cantrilla i Sergeanta Boothe’a. Wspomina się w nich m.in. o potyczkach z Indianami w 1616 roku, w których wyróżnił się Polak imieniem Robert. Wzmianki te znalazły się w opublikowanej w Londynie w 1624 roku pracy The General Historie of Virginia. Informacje o Polakach znajdziemy również w czterotomowym zbiorze dokumentów The Records of the Virginia Company of London (Waszyngton 1906-1935), zawierającym notatki, raporty, sprawozdania oraz inne dokumenty należące do Virginia Company of London. Towarzystwo to było — jak wiemy — inicjatorem założenia kolonii w Jamestown.
W pierwszych trzech tomach tego zbioru są różne wzmianki o Polakach w Jamestown. I tak pod datą 21 lipca 1619 roku wspomina się o strajku Polaków, pod datą 17 maja 1620 roku o przystąpieniu Polaków do pracy po zakończonym strajku. Jest kilka wzmianek o artykułach produkowanych przez Polaków, a także o ich udziale w potyczkach z Indianami. Pod datą 19 lutego 1623 roku znajdujemy informację o Polaku Molasco. Nazwisko to nie ma polskiego brzmienia. A. Waldo uważa, że chodzi o Albertusa Małaszko, M. Haiman zaś — o Molewskiego, którego nazwisko zniekształcono. Otóż według dokumentów ów Molasco wystąpił z roszczeniami przeciw Virginia Company. Zwrócił się do hrabiego Southhampton (Earl of Southhampton), który oświadczył, że jeżeli Molasco mówi prawdę, stała mu się rzeczywiście krzywda i jego roszczenia są uzasadnione. Zaspokojenie tych roszczeń widocznie się przeciągało, ponieważ pod datą 2 lutego 1624 roku znajduje się notatka, z której wynika, że Virginia Company of London starała się uniknąć zobowiązań wobec Polaka Molasco. Dokumenty wskazują, że Molasco nie był jedynym Polakiem, który czuł się pokrzywdzony. Wspomina się tam o „rozmaitych innych”, którzy „znosili cierpienia”.
Inne wzmianki dotyczą zapotrzebowania na wykwalifikowanych rzemieślników z Polski. „W sumie — jak pisze Ronald Kurzawa — Records of the Virginia Company of London zawiera 13 wzmianek: sześć dotyczy Polaków w Jamestown, dwie — Polaków w Londynie, pięć — odnosi się do Polski. Wynika z nich, że Polacy byli wykwalifikowanymi robotnikami wyrabiającymi smołę, dziegieć i ług w 1619 i 1620 roku, że w 1619 roku wdali się w spór o prawo głosu, zakończony sukcesem, i że jeden z nich, Matthew, zginął w indiańskiej masakrze w 1622 roku”.[18]
Należy jednak stwierdzić, że żadna z pierwszych dwu książek kapitana Johna Smitha — ani A True Relations, ani A Map of Virginia — nie wspomina nic o obecności Polaków w Jamestown. Dole J. Melczak, który szukał śladów polskich w pracach Smitha, tak podsumowuje wyniki swoich poszukiwań: „W skrócie świadectwo Smitha jest następujące: siedem wzmianek o polskich mieszkańcach w Jamestown, z których sześć zapożyczonych jest od innych naocznych świadków, a jedna wydaje się pochodzić od Smitha. Co nam daje to świadectwo? Po pierwsze, że Polacy byli w Jamestown w 1608, 1609 i w 1616 r. Po drugie, że jeden z Polaków miał na imię Robert. Po trzecie, że Polacy byli robotnikami (labourers), którzy wyrabiali smołę, dziegieć, ług mydlany, budowali młyny (pitch and tarre, milles and soap-ashes). Po czwarte, że Polacy przyszli Smithowi z pomocą w czasie starcia z Indianami w 1609 roku. Po piąte, że jeden z Polaków, Robert, złapał Indianina w 1616 roku”.[19]
O Polakach w Jamestown mówi sporo źródeł wtórnych. Szczególnie duże zasługi w badaniu śladów polskich w Ameryce ma Mieczysław Haiman. Najwięcej szczegółów o Polakach w Jamestown zawierają następujące prace Haimana: Pioneers of American Industry, Pioneers of Liberty and Solders (1937), Polacy wśród pionierów Ameryki (1930) i Poles in Virginia (1939). Haiman opierał się głównie na relacjach kapitana Smitha.[20] Warto też wspomnieć o artykułach na ten temat publikowanych w czasopismie „Polish-American Studies“. Szczególnie interesujące są opublikowane tam wyniki sympozjum zorganizowanego 19 marca 1958 roku z okazji 350 rocznicy przybycia pierwszych Polaków do Jamestown.[21]
Polacy prawdopodobnie zorganizowali pierwszy wytop szkła w Ameryce Północnej. Osadnicy w Jamestown potrzebowali szkła nie tylko dla celów gospodarczych, ale również handlowych. Szklane koraliki i inne ozdoby miały duże wzięcie u okolicznych Indian i były przedmiotem handlu wymiennego.
Statek „Mary and Margaret“ przebywał u wybrzeży Wirginii niespełna trzy miesiące. W tym czasie osadnicy wytwarzali potrzebne produkty, które miały być przewiezione do Anglii. Osada Jamestown miała bowiem przynosić towarzystwu brytyjskiemu dochód.
Pierwsi Polacy w Jamestown to rzemieślnicy, specjaliści od wyrobu smoły, dziegciu i innych produktów, których sposób wytwarzania był wówczas dobrze znany w Polsce. Polakom przypisuje się również zbudowanie pierwszych studni (świeża woda zastąpiła używaną dotąd wodę z rzeki), mieli też niemały udział w budowie domów i pomieszczeń gospodarskich.[22] Polacy spełniali w Jamestown w gruncie rzeczy role służebne. Byli traktowani jako wykwalifikowana służba. Ale bez pracy polskich osadników kolonii trudno byłoby przetrwać.
Życie w Jamestown nie było ani łatwe, ani bezpieczne. Wkrótce zaczęły się konflikty z okolicznymi Indianami.
Kapitan John Smith, który w latach 1607-1609 stał na czele osady, chwalił Polaków i Holendrów za pracowitość. Polacy wyróżniali się także w walce z Indianami. Podanie głosi, że uratowali życie Smithowi, który wpadł w pułapkę zastawioną przez Indian. Czyn ten przypisuje się Zbigniewowi Stefańskiemu i Janowi Bogdanowi. John Smith był niezwykle przedsiębiorczym i energicznym organizatorem życia w Jamestown. Między innymi dzięki jego inicjatywom i przywództwu osadnicy zdołali przetrwać trudny okres początkowy. Smith był przychylnie nastawiony do Polaków, doceniał znaczenie polskich rzemieślników dla życia osady. Nic więc dziwnego, że zabiegał o sprowadzenie do Wirginii większej ich liczby. Pisał do Londynu, że 30 takich cieśli, kowali i murarzy wartych jest więcej aniżeli 1000 tutejszych gentlemanów. Rosła więc liczba Polaków. Arthur L. Waldo wymienia m.in. nazwiska: Karol Źrenica, Ignacy Machowski, Tomasz Miętus ze Lwowa, Gwidon Stójka, Jan Kulawy, którego nazwisko pisano czasem jako John Cullaway, Mateusz Gramza, Herman Kromka, Eustachy Miciński, Michał Korczewski, Włodzimierz Terlecki, Jan Pargo, Mikołaj Syryński lub Syreński.[23]
We wrześniu 1609 roku doszło do przewrotu w Jamestown. Przeciw Smithowi zbuntowali się trzej kapitanowie: John Ratcliff, John Martin i Gabriel Archer. Dokonano nawet nieudanego zamachu na jego życie. Smith postanowił wrócić do Anglii, a wraz z nim prawdopodobnie kilku Polaków, którzy będąc w dobrych stosunkach ze Smithem obawiali się, że nie będą mieli łatwego życia z jego następcami.
Bez Smitha i polskich rzemieślników osada zaczęła podupadać. Nasilały się również konflikty z Indianami. Zima 1609/1610 roku była szczególnie ciężka. Głód i choroby, a nawet zimno, choć Wirginia leży w obszarze łagodnego klimatu, starcia z Indianami zdziesiątkowały osadników. W historii Wirginii okres ten znany jest pod nazwą „czasu głodu” (starving time). Zdarzały się nawet wypadki ludożerstwa. Zimę tę przetrwało zaledwie 60 z około 400 osadników. Ich życie uległo dezorganizacji. Polacy, bardziej od Anglików przyzwyczajeni do trudnych warunków, łatwiej znieśli ten ciężki okres. Osadnicy, którym udało się przetrwać „czas głodu”, tym silniej nalegali na sprowadzenie Polaków, aby odbudować życie gospodarcze osady. W maju 1610 roku wraz z lordem Delaware opuściła Anglię grupa Polaków i w czerwcu pojawiła się u wybrzeży Wirginii. Wśród nich byli i ci, którzy opuścili Jamestown z kapitanem Smithem. Po 1610 roku przez kilka lat nie ma żadnych wzmianek o Polakach.
Wśród nowych przybyszów był lekarz nazwiskiem Lawrence Bohun. Istnieje przypuszczenie, że był on pochodzenia polskiego. W Wirginii przebywał 10 lat. Zginął później na morzu w potyczce z Hiszpanami.
W grupie nowo przybyłych Polaków znajdował się też porucznik Puttocke, być może pochodzący z arystokratycznej rodziny Potockich. Zginął w walce z Indianami.
Największym bowiem zagrożeniem były wówczas konflikty z Indianami. W dokumentach osady wymieniani są Polacy, którzy wyróżnili się w walce z Indianami. Podaje się ich imiona, a nie nazwiska, np. Robert a Polonian, Matthew a Polander czy też Molasco the Polander. Arthur Waldo kojarzy te imiona z Robertem Nawrotem, Mateuszem Gramzą i Albertusem Małaszko.[24]
Polacy zorganizowali pierwszy strajk i pierwszą demonstrację na rzecz praw obywatelskich w Ameryce.
W 1618 roku Wirginia otrzymała ograniczoną autonomię nadaną w tzw. Wielkiej Karcie (Great Charter). Wielka Karta przewidywała przeprowadzenie w 1619 roku wyborów do zgromadzenia ustawodawczego, zwanego House of Burgesses. Gubernatorem Wirginii był wówczas George Yeardley. 30 lipca tegoż roku powołano zgromadzenie ustawodawcze w Jamestown. Osadę zamieszkiwało wówczas około 2000 osób. Polacy jednak nie mieli prawa głosu ani reprezentacji w zgromadzeniu. Postanowili więc zaprotestować i — jak pisał kapitan John Smith — „wstrzymali pracę do czasu usunięcia niesprawiedliwości“.[25]
Sytuacja musiała być poważna, skoro gubernator powiadomił swoich zwierzchników w Londynie o strajku. Sam zresztą nie miał pełnomocnictw, by zaspokoić żądania strajkujących. Skargę Polaków rozpatrywano na posiedzeniu Virginia Company of London 21 lipca 1619 roku. Polacy uzyskali prawo głosu, a także prawo posiadania własności. Niespełna dwa tygodnie później, 4 sierpnia, gubernator George Yeardley rozwiązał zgromadzenie, a więc Polacy nie mogli skorzystać z prawa głosu. Zanim jednak do tego doszło, jeden z Polaków imieniem Robert przemawiał na posiedzeniu zgromadzenia. Zgromadzenie w Wirginii było pierwszym organem przedstawicielskim na kontynencie amerykańskim. Polakom przyznano prawo głosu, ale równocześnie, chcąc pozbawić ich monopolu na produkcję dziegciu, smoły, mydła i innych wyrobów, przydzielono im czeladników, aby ci wyuczyli się zawodu. Księga zapisów z posiedzeń towarzystwa Virginia Company of London podaje pod datą 21 lipca 1619 roku: „W sprawie sporu Polaków zamieszkałych w Wirginii postanowiono teraz (pomimo wszelkich poprzednich rozporządzeń przeciwnych), że mają być obdarzeni prawem głosu i uczynieni tak wolnymi jak każdy inny mieszkaniec tamtejszy; ażeby ich zręczność w wyrabianiu smoły, dziegciu i ługu nie zaginęła wraz z nimi, postanowiono, że niektórzy młodzieńcy mają im być przydani do wyuczenia się ich zręczności i wiedzy w tym fachu dla dobra przyszłości kraju”.[26]
Żądania Polaków zostały zaspokojone. 17 maja 1620 roku księga zapisków towarzystwa odnotowała: „Polacy (Polackers) wrócili do pracy i wyrobu smoły i dziegciu, potasu i ługu mydlanego”.
M.I.J. Griffin w swej pracy Records of American Catholic Historical Society pisze, iż strajk „dowodzi, że poczucie wolności było silne u tych Polaków i że podnieśli bunt przeciw swemu upośledzeniu społecznemu lub rzeczywistej niewoli, w jakiej znaleźli się niewątpliwie wbrew obietnicom składanym im celem nakłonienia ich do wyjazdu do nowej kolonii”. W innej pracy Catholics in Colonial Virginia Griffin stwierdza, że bodźcem do strajku Polaków był „instynkt wolności” i protest przeciw „niemal niewolniczym warunkom społecznym, w jakich się znaleźli”. Mieczysław Haiman tak ocenia znaczenie tego strajku: „Dawny ten strajk Polaków w Wirginii to fakt doniosły i zarazem piękny w dziejach wychodźstwa polskiego w Ameryce. Polacy więc nie tylko bronią fizyczną walczyli o niepodległość i swobody Unii amerykańskiej. Na wiele, wiele lat przed rewolucją, w czasach kiedy w koloniach władała jeszcze nietolerancja i tyrania, kiedy z mglistych prądów ludzkich zaledwie wyłaniał się duch wolności na drugiej półkuli, przodkowie nasi pierwsi stoczyli walkę o wolność i równość i pierwsze odnieśli w niej zwycięstwo”.[27]
Również ksiądz Wacław Kruszka przypisuje strajkowi doniosłe znaczenie: „Tak więc Polacy nie tylko urządzili, ale i wygrali pierwszy strajk w Ameryce i odnieśli pierwsze zwycięstwo w walce o równouprawnienie. Polacy nie tylko uczyli Anglików w Wirginii, jak mają robić dziegieć i smołę, ale dali im także dobrą nauczkę amerykanizmu. Była to pierwsza lekcja amerykanizmu, jaką Anglicy w Ameryce otrzymali. Oby tylko ta nauczka później nigdy nie była poszła w las”.[28] Historyk Edward Channing pisząc o zwycięskim strajku Polaków stwierdza, że „byli to pierwsi bohaterowie w historii Ameryki”.
Władze Wirginii były zadowolone z pracy Polaków i zabiegały w Londynie o sprowadzenie większej liczby rzemieślników polskich. Dokumenty Virginia Company pod datą 13 listopada 1620 roku odnotowują ofertę niejakiego Gabriela Wishera, który zobowiązał się za określoną zapłatą sprowadzić z Polski i Szwecji wykwalifikowanych rzemieślników do pracy w Wirginii. Cena 10 szylingów od osoby wydawała się towarzystwu zbyt wygórowana i zrezygnowano z usług Wishera. W zapiskach Virginia Company pod datą 13 grudnia 1620 roku czytamy: Gabriel Wisher „stawiwszy się na posiedzenie z propozycją usług w sprowadzeniu ludzi do wyrobu rozmaitych rzeczy ze Szwecji i Polski po dogodnej cenie, prosił, aby mógł dostać listy do Jego Królewskiej Mości króla Szwecji w tym celu, odpowiedziano mu, że posiedzenie uznaje za rzecz niestosowną kłopotać Jego Królewską Mość taką drobną sprawą; a ponieważ uznano, że koszt sprowadzenia w ten sposób ludzi (jakkolwiek pożytecznych) byłby za wielki i za wysoki, dlatego postanowiono uchwycić się innego sposobu, mianowicie prosić kupców handlujących w tych krajach, by sprowadzili tych ludzi znacznie tańszym kosztem. W międzyczasie kompania zadowolni się tymi, których ma już w Wirginii i którym dostarczy większą liczbę pomocników, czego właściwie głównie potrzeba”.[29] Mieczysław Haiman podziela pogląd, iż rzemieślnicy polscy byli zbyt drodzy, aby można było pozwolić sobie na sprowadzenie ich w większej liczbie.
Joseph A. Wytrwal, a także inni autorzy oceniają, że w pierwszych latach istnienia Jamestown w osadzie mieszkało około 50 Polaków.[30] Nie ma jednak wiarygodnych dokumentów, które pozwalałyby dokładnie określić liczbę Polaków. Faktem dowiedzionym i sprawdzalnym jest, że wśród wczesnych osadników europejskich w Ameryce Północnej byli Polacy i odegrali ważną rolę w życiu gospodarczym Wirginii. W najwcześniejszych dokumentach Polaków nazywano różnie: Poloniaus, Polockers lub Polanders.
Warunki pracy w Wirginii były niezwykle trudne i zapewne odbiegały od tego, co obiecywali sobie kandydaci na osadników. Towarzystwo opłacało ich podróż, dawało pewne narzędzia i środki na zagospodarowanie się, w zamian za co zobowiązani byli do odpracowania na rzecz towarzystwa kilku lat. Był to więc określony kontrakt i istniała daleko idąca zależność, nazywana przez niektórych historyków nawet zależnością niewolniczą. Zapiski Virginia Company notują konflikty i spory między towarzystwem a Polakami, oskarżającymi je o niedotrzymywanie umowy. Ciężkie warunki pracy w Wirginii oraz walki z Indianami sprawiały, że wielu osadników szukało szczęścia gdzie indziej, na ziemiach, gdzie dziś są stany Ohio, Pensylwania, Kentucky, Indiana. Wśród nich byli również Polacy.[31]
Z 16 lutego 1623 roku pochodzi lista osób żyjących i zmarłych w Wirginii — List of Living and Dead of Virginia. Nie zawiera ona żadnego nazwiska typowo polskiego. Być może, Polacy padli ofiarą walk z Indianami w 1622 roku. Peter S. Zieborn wysuwa przypuszczenie, iż niektóre nazwiska na liście, np. John Kullaway, John Pergo, mogą być zniekształconymi nazwiskami polskimi,[32] co bardzo utrudnia poszukiwanie nie tylko pierwszych śladów polskich w Ameryce, ale i późniejszych, z XVIII i XIX wieku.
Związki Wirginii z Polską utrzymywały się też w XVIII wieku. Wkrótce tytoń miał się stać główną kulturą uprawianą w Wirginii. Eksportowany do krajów europejskich, docierał również na rynek polski. Jedna z broszur z 1708 roku opisując stan upraw tytoniowych w Ameryce ubolewała, że konflikty zbrojne w Europie utrudniają plantatorom tytoniu z Wirginii dotarcie na rynki Szwecji, Polski i Rosji.
Spisy mieszkańców Wirginii z początków XVIII wieku zawierają wiele nazwisk, które z dużym prawdopodobieństwem mogłyby być zniekształconymi nazwiskami polskimi: Stuckey (Stocki?), Sincocke (Sękowski?), Burocke (Borowski?) itp. Można na tej podstawie przypuszczać, że pewne rodziny polskie przetrwały w Wirginii do początku XVIII wieku. W późniejszym okresie część Polaków przeniosła się do innych kolonii, głównie do Pensylwanii. Tak np. Jakub Sadowski i jego bracia wyruszyli właśnie z Wirginii w roku 1773 i dotarli m.in. na tereny dzisiejszego Ohio, Kentucky i Tennessee.
Liczne świadectwa przemawiają za tym, że w XVII i XVIII wieku na różnych obszarach kolonialnej Ameryki znajdowali się osadnicy polscy.
Na wschodnim wybrzeżu, w okolicy dzisiejszego Nowego Jorku, Holendrzy założyli osadę pod nazwą Nowa Holandia. Tutaj jezuita Isaak Jogues w 1643 roku spotkał niezidentyfikowanego z nazwiska młodego Polaka wyznania luterańskiego, z którym nie mógł się porozumieć z braku znajomości wspólnego języka.[33] Niewykluczone, że już wówczas Polacy znajdowali się w Nowym Amsterdamie, skoro Isaak Jogues powołując się na opinię gubernatora tej kolonii Kiefta pisał, że w Nowej Holandii zamieszkiwało wówczas już 18 narodowości.
„Dokładne odszukanie śladów pierwszych osadników polskich w Nowej Holandii — pisze M. Haiman — jest niemożliwe. Po pierwsze — niektórzy Polacy przyjeżdżali już z nazwiskami przerobionymi na łacińskie lub inne. Po wtóre — Holendrzy okropnie przekręcali nazwiska w dokumentach kolonialnych i pisali je rozmaicie, nie trzymając się jednolitej pisowni. Jedne i te same nazwiska pisane są w kilku, nieraz kilkunastu wersjach. Trzecią trudność stanowi holenderszczenie obcych nazwisk w Nowej Holandii. Tak np. Francuza Rossignol (Słowik) przechrzczono na Wachtegaal itp. Czwartą trudnością jest dawna niestałość nazwisk holenderskich. Syn nazwisko swe urabiał z imienia ojca”.[34] Można więc tylko przypuszczać, że np. niejaki Christopher Jeuriause Probasko, przybyły do Nowej Holandii w 1654 roku, był Polakiem. Jego nazwisko pisane jest w różnych dokumentach rozmaicie: Probasky, Probaske, Probasko, Probasco, Probusco. Wiadomo o nim m.in., że był dość zamożnym osadnikiem i pełnił funkcję sędziego pokoju.
Jednym z Polaków osiadłych w Nowej Holandii był Daniel Litscho (Liczko?) z Koszalina, oficer armii, którą utworzyli osadnicy holenderscy. W 1648 roku założył tawernę, brał udział w życiu politycznym Nowej Holandii oraz w wyprawach wojennych organizowanych przez gubernatora kolonii Stuyvesanta. Zmarł w roku 1661. Wielu historyków amerykańskich uważa Daniela Liczko za Niemca. Jego nazwisko pojawia się w dokumentach w różnych wersjach (np. Litscho, Lischo, Litsko, Litchcoe).
Gubernator Nowej Holandii, Stuyvesant, zabiegał u króla holenderskiego o sprowadzenie większej liczby osadników polskich. Chodziło mu nie tylko o przygotowanie ziemi pod uprawę, ale również o skuteczniejszą obronę przed Anglikami.
Wśród pierwszych osadników polskich, którzy pojawili się w Ameryce Północnej, prawdopodobnie sporo było różnowierców. Wyjeżdżali z Polski do Europy Zachodniej, gdzie studiowali teologię protestancką, bądź też powodowani innymi względami — czuli się tam mniej dyskryminowani aniżeli w kraju katolickim. Fantastyczne opowieści o skarbach i łatwym życiu na dalekim kontynencie skusiły niejednego żądnego przygód czy bogactw. Spora grupa różnowierców polskich, a zwłaszcza arian, osiadła w Holandii i stąd niektórzy zdecydowali się wyemigrować za morze, do Nowej Holandii.
Pewna liczba Polaków przybyła do Ameryki Północnej z husycką sektą zwaną braćmi czeskimi. Uchodząc przed prześladowaniami w swoim kraju, bracia czescy osiedlali się w Polsce. Jednym z ośrodków ich działalności było Leszno. Cieszyli się opieką niektórych możnych rodów — Leszczyńskich i Ostrorogów. Później nietolerancja dotknęła ich również w Polsce. Przenieśli się do innych krajów Europy, a następnie do Ameryki Północnej. W roku 1735 osiedlili się w Georgii, a w 1753 — w Karolinie Południowej.
Bracia czescy prowadzili bardzo skrupulatne zapiski. W tych dokumentach właśnie można doszukać się nazwisk polskich — choć samo brzmienie nie może być w żadnym razie dowodem polskości, jako że nazwisko może dotyczyć równie dobrze osoby pochodzenia czeskiego. Wśród braci czeskich byli Niemcy z ziem polskich, znający język polski. Do nich należał m.in. Piotr Wolte, urodzony w 1745 roku w Swarzędzu, bracia Mateusz i Krystyn Stachowie z Górnego Śląska. Polakami byli Jerzy Wacław Gołkowski i Zygmunt Leszczyński. Nie ustalono dotąd, jakie związki ten ostatni mógł mieć z rodziną Leszczyńskich. Zygmunt Leszczyński przebywał w Ameryce w latach 1779-1795 i sprawował funkcję przełożonego zboru braci czeskich.
Ośrodkiem działania braci czeskich była miejscowość Bethlehem w stanie Pensylwania. U kobiet z tej sekty Kazimierz Pułaski zamówił sztandar dla swego Legionu. Być może obecność Polaków lub same związki braci czeskich z Polską zachęciły Pułaskiego do odwiedzenia ich siedziby w Bethlehem.
„Protoplastą nauki polskiej w Nowym Świecie był Aleksander Karol Kurcjusz (Curtius), profesor z Litwy, założyciel i kierownik pierwszej wyższej szkoły w Nowym Jorku, w tym czasie, kiedy dzisiejsza metropolia amerykańska była jeszcze stolicą kolonii holenderskiej i nazywała się Nowym Amsterdamem. Wysłany z Holandii przez Kompanię Zachodnio-Indyjską, właścicielkę kolonii, na prośby kolonistów, pragnących kształcić swe dzieci w łacinie i w wyższych umiejętnościach, otworzył on w Nowym Jorku pierwszą akademię w roku 1659 i prowadził ją przez dwa lata. Jakkolwiek krótkotrwała, była to najstarsza wyższa szkoła w koloniach północnoamerykańskich po dzisiejszym Uniwersytecie Harvarda”.[35]
Kurcjusz podpisywał się po łacinie Alexander Carolus Curtius i mógł być równie dobrze Litwinem lub też, jak przypuszczają niektórzy, mieszczaninem polskim pochodzenia niemieckiego. Mieczysław Haiman uważa, że był raczej nauczycielem łaciny na jednym z magnackich dworów litewskich. Mógł być arianinem, ponieważ po opuszczeniu Polski udał się do Holandii, gdzie właśnie został zaangażowany przez Kompanię Zachodnia-Indyjską do nauczania w Nowej Holandii z roczną pensją 500 florenów i jednorazowym dodatkiem 100 florenów na kupno towarów, które miał korzystnie sprzedać w Ameryce.
Koloniści holenderscy, znani z gospodarności i liczenia się z groszem, zmniejszyli Kurcjuszowi pensję z 500 do 200 florenów. Ten upomniał się o swoje i podwyższył opłaty za naukę (płacono wówczas w naturze, na ogół wyprawionymi skórami bobrowymi). Rodzice jednak protestowali i zaczęli kwestionować metody nauczania Kurcjusza. Kiedy władze Nowego Amsterdamu odrzuciły kolejną prośbę o podwyżkę płacy i zwolnienie z podatków, rozczarowany Kurcjusz opuścił w 1661 roku Amerykę.
John Rutkowski i Casimir Butkiewicz byli również nauczycielami w Nowym Amsterdamie. Wojciech Adamkiewicz zbudował w XVII wieku wiele domów w miejscu, gdzie dziś znajduje się Nowy Jork.[36]
W 1663 roku lub wcześniej w Nowym Amsterdamie osiadł polski szlachcic Albert (lub Olbracht) Zaborowski, dając początek znanej do dzisiejszego dnia w Ameryce rodzinie Zabriskie. Ożenił się z dziewczyną bogatą, co umożliwiło mu nabycie znacznych połaci ziemi w obecnym stanie New Jersey. Znał języki indiańskie i słynął z sukcesów w rokowaniach między kolonistami i plemionami indiańskimi.
W 1682 roku ów Zaborowski został sędzią pokoju w hrabstwie Upper Bergen County w New Jersey. Zmarł w 1711 roku w wieku 72 lat, zostawiając pięciu synów. Jedno z podań głosi, że najstarszy syn został porwany przez Indian i za zgodą ojca trzymany przez nich dla nauki języka i obyczajów, przez co mógł, podobnie jak ojciec, występować jako tłumacz i mediator w sporach kolonistów z Indianami.
Niektórzy uważają, że Albert Zaborowski jest spokrewniony z Samuelem Zborowskim, skazanym na banicję i ściętym za panowania Stefana Batorego. Hipotezę tę jednak odrzuca część historyków polonijnych, m.in. Mieczysław Haiman[37], skłaniających się ku poglądowi, że Albert Zaborowski pochodził z rodziny ariańskiej Zaborowskich, którzy wyemigrowali do Holandii, skąd przybyli do Nowego Amsterdamu. Jeszcze inni uważają, że Zabriskie wywodzi się od stryjecznego brata króla Jana Sobieskiego. Trudność w ustaleniu właściwej genealogii bierze się m.in. stąd, że nazwisko to w dokumentach amerykańskich pojawiało się w najrozmaitszych wersjach: Zaboriskwy, Zaborischo, Zaborisco, Zaborisko, Zaborischoo, Zabnorwisco, Zabrowisky. W niemałym stopniu przyczyniły się do tego urzędy amerykańskie, potomkowie naszego rodaka także rozmaicie odmieniali to nazwisko.
Moim zdaniem historycy polonijni niepotrzebnie marnotrawią tyle energii na ustalenia genealogii rodu Zabriskie. Sami nosiciele tego nazwiska niemało przyczynili się do zaciemnienia sprawy, dorabiając sobie arystokratycznych i możliwie najbardziej zasłużonych bądź głośnych przodków. Z punktu widzenia związków polsko-amerykańskich ważna jest przede wszystkim rola, jaką odegrał ród Zabriskie. Ród ten bardzo się rozgałęził. Niektórzy jego członkowie dorobili się znacznych fortun. Choć rozrzuceni są dziś po całych Stanach Zjednoczonych, nadal część z nich mieszka w stanie New Jersey.
Polakiem ponoć był pierwszy pastor luterański w Ameryce Jakub Fabrycjusz. Działał on w połowie XVII wieku. Niektórzy wszakże uważają go za Niemca. H. E. Jacobs w pracy History of the Evang Lutheran Church in the United States (opublikowanej w 1907 r. w Nowym Jorku) zamieszcza dokumenty, z których wynika, że Fabrycjusz był pastorem w Głogowie. Później znalazł się w Holandii, skąd udał się do Ameryki. Tu niezbyt dobrze mu się wiodło. Miał ciągłe spory z władzami lokalnymi i z wiernymi. Udzielano mu upomnień, nagan, a w końcu pozbawiono funkcji pastora w Nowym Amsterdamie i wysłano do Nowej Szwecji. Ale i tam Fabrycjusz nie miał początkowo szczęścia, był kilkakrotnie karany za rozmaite zatargi. W końcu ustatkował się i szwedzcy koloniści chwalili go nawet za aktywność w pełnieniu duszpasterskich obowiązków.
W XVII i XVIII wieku na terenie dzisiejszego Nowego Jorku mieszkało już prawdopodobnie sporo Polaków. Nie jesteśmy w stanie określić ich liczby, ale zachowane dokumenty z tych czasów, zwłaszcza z XVIII stulecia, zawierają nazwiska, które są prawdopodobnie polskiego pochodzenia: John Niensovisch, Thomas Serockie, John Fraeski, Jacomyn Kwanogweech, Christian Passasky, John Laskie, Andrew Kacky, John Maleck, Louis Chodkiewicz i inni.[38]
Peter Stadnitski (ur. w 1735 r.) wywodził się z polskiej rodziny Stadnickich, arian, którzy osiedlili się w Holandii. Był szefem amsterdamskiej firmy bankowej Peter Stadnitski & Son. Sympatyzował z dążeniami niepodległościowymi kolonistów amerykańskich, widząc przy tym dla siebie możliwość zrobienia interesu. Był jednym z czołowych finansistów udzielających pożyczek Stanom Zjednoczonym. W każdym razie za takiego uważał go Tomasz Jefferson. Amerykanie potrzebowali kapitałów na prowadzenie wojny, a po jej zakończeniu — na rozwój gospodarki i utrzymanie odpowiedniego stanu obronności. Kraj był zniszczony, skłócony z wieloma mocarstwami. Kongres słaby, bez odpowiednich prerogatyw i bez większych środków. Takiemu klientowi poważni kupcy europejscy nie chcieli udzielać kredytu, ponieważ kryłoby się za tym zbyt duże ryzyko. Stany Zjednoczone nie miały już z czego spłacać nawet odsetek. Ryzyko podjął bankier holenderski pochodzenia polskiego — Peter Stadnitski, a swym przykładem zachęcił również innych bankierów do udzielania pożyczek.
Zakrojone na szeroką skalę przedsięwzięcia handlowo-przemysłowe Stadnickiego nie przyniosły jednak spodziewanych rezultatów. Spekulując amerykańskimi gruntami zakupił ogromne połacie ziemi na obszarze dzisiejszych stanów Nowy Jork i Pensylwania; nie spełniły się jego nadzieje, że sprowadzi osadników i sprzeda im ziemię. Osadnicy nie należeli z reguły do bogatych nabywców, a ponadto władze amerykańskie podejrzliwie odnosiły się do obcej spółki, która niebawem popadła w poważne tarapaty. Inicjatywa uruchomienia w Ameryce produkcji cukru z soku drzewa klonowego również skończyła się niepowodzeniem. Peter Stadnitski zmarł w 1795 roku.
William Penn, jeden z filarów kościoła kwakrów, napisał do Jana III Sobieskiego list z prośbą, aby zapobiegał prześladowaniom kwakrów przez władze Gdańska w 1677 roku. Penn przebywał wówczas w Amsterdamie w podróży misyjnej. W 1681 roku założył w Ameryce kolonię — Pensylwanię. „Nie ulega wątpliwości, że spora liczba Gdańszczan-kwarków, wypędzonych z granic miasta przez protestancki senat, wywędrowała z nim lub we wczesnych latach istnienia kolonii, aby za morzem móc swobodnie wyznawać swą religię”.[39]
Na początku XVIII wieku osiedlił się w Pensylwanii polski szlachcic Sadowski, prawdopodobnie o imionach Jan Antoni (Jonatan). Prowadził z Indianami handel, głównie futrami. W 1735 roku otrzymał obywatelstwo Pensylwanii pod nazwiskiem Anthony Zadouski.[40] Sadowski był kupcem i podróżnikiem. Występował jako przedstawiciel gubernatora Pensylwanii. Ponieważ znał języki indiańskie, gubernator tej kolonii Patrick Gordon powierzał mu misje poselskie do Indian i negocjacje pokojowe. Sadowski prowadząc handel zapuszczał się daleko na zachód, do Ohio, Kentucky. Nie było to wówczas bezpieczne zajęcie. Zginął z rąk Indian w 1774 roku, prawdopodobnie w Wirginii. W Ohio założył osiedle zwane obecnie Sandusky, dziś duży ośrodek przemysłowy. Nazwisko Sadowskiego pojawia się również w różnych wersjach: Sandusky, Sandoske, Sadovsky, Sandosque, Sadowski, Saduaskas, Zadusky, Sanduska. Różna pisownia nazwiska Sadowskiego pojawia się nawet w dokumentach urzędowych gubernatora Pensylwanii.
Sadowski zostawił kilku synów, którzy penetrowali ówczesny Dziki Zachód. Znani są pod nieco zmienionym nazwiskiem Sandusky. Jacob Sandusky przepłynął w kanu Missisipi aż do jej ujścia. Kilku jego braci osiedliło się w Kentucky, Tennessee. W Kentucky w 1774 roku powstała pierwsza osada białych mieszkańców zwana Harrodstown. Jej współzałożycielami byli bracia Sadowscy. Później w obawie przed napadami Indian przenieśli się w inne miejsce, które nazwano Sandisky’s Station.
Jakub Sadowski pisał ponoć nawet pamiętniki. Rękopis jednakże zaginął w bliżej nie określonych okolicznościach. Niewykluczone, że Sadowscy współpracowali ze znanym traperem i podróżnikiem amerykańskim Danielem Boonem. Teodor Roosevelt poświęcił im fragment w znanej książce The Winning of the West. „Mimo to historia okrutnie obeszła się z rodziną Sadowskich pozbawiając ją zaszczytów przyznanych Boone’owi i innym podróżnikom amerykańskim”.[41]
Przejeżdżając dziś przez Stany Zjednoczone można dość często natknąć się na miejscowości pod nazwą Sandusky. Pochodzi ona najprawdopodobniej od nazwiska Sadowski. Istnieje również hipoteza, że nazwa ta bierze się od słowa „sa-un-dus-tee”, co w jednym z narzeczy indiańskich ma oznaczać „nad zimną wodą”. Stosunkowo wcześnie osiedlili się Polacy w Nowej Szwecji. Szwedzi jednak utracili tę kolonię na rzecz Holendrów, których z kolei wyparli Anglicy. Istnieje przypuszczenie, że Fort Casimir, zbudowany nad rzeką Delaware przez Petera Stuyvesanta w 1651 roku dla obrony przed Szwedami, został nazwany na cześć króla Jana Kazimierza. Jeśli tak, to byłaby to najwcześniejsza miejscowość w Ameryce nosząca polską nazwę. Nowa Szwecja leżała u ujścia Delaware między Wirginią a Nową Holandią (dzisiejsze stany Delaware, Pensylwania oraz częściowo New Jersey i Maryland). Nie wiadomo, jak ukształtowałaby się sytuacja w Ameryce Północnej, gdyby Szwecja nie była zajęta wojną z Polską. Szwedzi mieli plany ekspansji na półkuli zachodniej i zapewne nie pozwoliliby się wyprzeć Anglikom, gdyby Polska nie wiązała ich sił w Europie. W 1655 roku Szwedzi utracili kolonie nad Delaware. Król szwedzki zajęty wojną z Polską nie mógł udzielić koloniom pomocy.
Chociaż kolonie Nowej Anglii miały bardzo purytański charakter, również tu osiedlali się Polacy. Pierwszym Polakiem w Massachusetts był ponoć producent mydła w Dorchester, Zeleck, o którym kroniki wspominają w 1639 roku.
Dość liczne są ślady Polaków w Pensylwanii, gdzie mieszkali razem z Niemcami. Wśród wczesnych polskich osadników tej kolonii wymienia się Zygmunta Leszczyńskiego. Pierwsze pomiary i opisy Pensylwanii zawdzięczamy m.in. Polakom (J. W. Golkowski, Karol Błaszkowicz, Cesimir T. Goerck). Ten ostatni mianowany został oficjalnym geometrą Nowego Jorku. Jego polskie pochodzenie nie jest jednak w pełni udokumentowane. Goerck jest autorem wielu cennych wczesnych map Nowego Jorku. W 1797 roku rozpoczął pracę — przerwaną śmiercią w 1798 roku — nad ogólną mapą miasta. Goerck był ożeniony z siostrą Corneliusa Roosevelta, przodka późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Teodora Roosevelta.
Karol Błaszkowicz był mierniczym w służbie angielskiej. Dokonywał pomiarów północno-wschodniego wybrzeża Ameryki w rejonie Nowej Anglii. W British Museum zachowały się sporządzone przez niego mapy tego obszaru. Po wojnie o niepodległość Błaszkowicz, będąc lojalistą, osiedlił się w Kanadzie.
Pierwsi Polacy w Pensylwanii byli raczej poszukiwaczami przygód lub też próbowali nawiązać korzystny handel z Indianami. Do nich niewątpliwie należał Sadowski. W końcu XVIII wieku zarejestrowano w Pensylwanii m.in. nazwiska polskie Theodeus Adamouskey i Adam Brynia. Wiadomo, że Adamouskey był pierwszym polskim właścicielem ziemi w zachodniej części obecnego stanu Pensylwania.




2

W oczach historyków i polityków

W historiografii amerykańskiej stosunkowo mało mówi się o udziale Polaków we wczesnym osadnictwie amerykańskim. Niektórzy historycy anglosascy dostrzegają wszakże wkład Polaków w kolonizację Ameryki Północnej. Tak np. o Polakach w Jamestown wspomina wybitny historyk S. E. Morison w książce The Oxford History of the American People. Również Whittle Sams w pracy The Conquest of Virginia pisze: „Wszystko, co wiemy o Polakach (tzn. w Jamestown), jest dla nich pochlebne”. Rektor jednej z najstarszych uczelni amerykańskich — William and Mary College, znajdującej się w stanie Wirginia, przemawiając w 345 rocznicę przybycia Polaków do Jamestown, powiedział m.in:. „Trzeba było przykładu polskich szklarzy, aby dowieść kolonistom, że bogactwa Wirginii w rzeczy samej leżą w ziemi, lecz nie jako grudki złota, które wystarczy tylko podnieść. Było dość bogactwa, lecz wymagało ono silnych rąk, mężnych serc i znajomości techniki, by zmienić je w monetę“.[42]
Największe zasługi w badaniu obecności i wkładu Polaków w rozwój Ameryki Północnej mają bezsprzecznie historycy polonijni. Równocześnie jednak należy zdawać sobie sprawę, że badania początków polskości w Ameryce nie są możliwe bez uwzględnienia źródeł polskich i dokumentów znajdujących się w Polsce. Dotąd historycy polonijni nie sięgali w dostatecznym stopniu do archiwów polskich, a historycy w Polsce zbyt mało uwagi poświęcali związkom polsko-amerykańskim. Niedostateczna jest również współpraca badawcza historyków polskich z historykami polonijnymi. Z takiej współpracy mogłyby narodzić się interesujące prace o wczesnych związkach i kontaktach polsko-amerykańskich. Próby wykorzystania polskich źródeł podejmowali m.in. tacy historycy polskiego pochodzenia, jak ks. Wacław Kruszka i Mieczysław Haiman.
Wśród publikacji historyków polonijnych, niestety, jest wiele pozycji słabych z warsztatowego, metodologicznego punktu widzenia. Za pióro często chwytali również nieprofesjonalni historycy. Niektórzy z nich kierowali się chęcią ukazania i odpowiedniego wyeksponowania roli Polaków we wczesnym etapie rozwoju cywilizacji amerykańskiej, roli na ogół nie docenianej przez anglosaską historiografię w Stanach Zjednoczonych. Stąd też bierze się w niektórych pracach nadmierne przywiązywanie wagi do mniej istotnych śladów polskich w Ameryce lub nawet przyjmowanie za prawdę historyczną nie w pełni udokumentowanych zdarzeń.
Polska mniejszość etniczna stara się oczywiście przedstawić w jak najlepszym świetle swój wkład w rozwój cywilizacji amerykańskiej. Służą temu nie tylko publikacje, ale również wypowiedzi kongresmenów i senatorów amerykańskich w sprawach związanych z rolą Polaków w zaraniu dziejów Stanów Zjednoczonych. Mają one wymowę polityczną. Są reakcją na niedocenianie wkładu Polaków w historię Stanów Zjednoczonych. Stąd też ich ton często przesadny, choć charakterystyczny dla Kongresu amerykańskiego. Przemówienia te są również świadectwem aktywności politycznej polskiej grupy etnicznej na amerykańskiej scenie politycznej.
O polskim osadnictwie w Jamestown dość często wspominano w Kongresie amerykańskim. Pojawiały się różne propozycje upamiętnienia rocznicy przybycia pierwszych polskich osadników. 9 stycznia 1958 roku kongresman Thomas S. Gordon ze stanu Illinois, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, skierował list do specjalnego pełnomocnika Generalnego Poczmistrza Stanów Zjednoczonych, L. Roya Waltera, proponując wydanie specjalnego znaczka pocztowego dla upamiętnienia roli rzemieślników polskich „w budowie pierwszej fabryki w Stanach Zjednoczonych w 1608 roku”. W roku 1958 przypadała bowiem 350 rocznica przybycia pierwszych Polaków do Jamestown.
L. Roy Walter ustosunkował się jednak negatywnie do tej propozycji. Stwierdził, że Obywatelska Komisja Doradcza do Spraw Znaczków otrzymuje setki propozycji i musi dokonywać ostrej selekcji, aby ograniczyć się do zaledwie kilkunastu najważniejszych tematów. W tej sytuacji zdecydowała się pominąć 350 rocznicę osadnictwa polskiego w Jamestown. L. Roy Walter przypomniał, że w 1907 roku, w 300 rocznicę założenia Jamestown, wydane zostały trzy znaczki. Również w 1957 roku poczta amerykańska wydała znaczek z okazji festiwalu w Jamestown i międzynarodowego pokazu marynarki wojennej. Żaden z tych znaczków nie dotyczył jednak Polaków i ich wkładu w rozwój wczesnego osadnictwa amerykańskiego. Tak więc próba upamiętnienia tego faktu zakończyła się niepowodzeniem.
5 maja 1958 roku kongresman Frank C. Osmers, republikanin z New Jersey, w czasie debaty w Izbie Reprezentantów wyraził uznanie dla polskich rzemieślników w Jamestown, „którzy wraz z kapitanem Johnem Smithem przebijali się przez lasy, torując drogę i zakładając pierwsze fabryki w Nowym Świecie”.[43] Kongresman Osmers podkreślał również, że Polacy zorganizowali precedensowy strajk w obronie praw obywatelskich. „Nie korzyści ekonomiczne były motywem tego strajku, lecz walka o zasadę powszechnego prawa wyborczego”.
Nawiązując do 350 rocznicy przyznania osadnikom polskim w Jamestown prawa głosu, kongresman William S. Moorhead z Pensylwanii oświadczył, że „nie ma grupy narodowościowej bardziej oddanej ideałom amerykańskim aniżeli Amerykanie pochodzenia polskiego”.[44]
Również 365 rocznica przybycia polskich osadników do Jamestown, przypadająca na połowę października 1973 roku, znalazła oddźwięk w Kongresie. Wypowiedziało się kilkudziesięciu kongresmenów i senatorów z różnych stanów, demokratów i republikanów.
Kongresman Clement J. Zablocki z Wisconsin oświadczył:
„Cała historia naszego narodu i historia wczesnej kolonizacji Nowego Świata daje aż nadto dowodów, że mężczyźni i kobiety polskiej krwi wnieśli swój trud i umiejętności w osadnictwo północnoamerykańskie i narodziny oraz rozwój naszej wielkiej Republiki”. Mówiąc o osadnikach w Jamestown, kongresman Zablocki powiedział: „O faktach tych wszyscy powinniśmy pamiętać i być z nich dumni. Równie dumni powinniśmy być z niezliczonej liczby mężczyzn i kobiet, którzy przybyli do tego kraju z Polski w następnych dekadach i stuleciach po założeniu Jamestown. Pomagali oni zagospodarować dziewiczy kraj i zbudować naród amerykański na tym kontynencie”.[45]
W debacie zabrał również głos ówczesny kongresman ze stanu Michigan, a później prezydent Stanów Zjednoczonych, Gerald Ford. Tekst jego wystąpienia przytoczymy w całości:
„Panie Przewodniczący. Mam przyjemność przyłączyć się do kongresmana Edwarda Derwińskiego i innych moich kolegów dla upamiętnienia 365 rocznicy przybycia do tego kraju pierwszych polskich imigrantów.
Historia o tym, jak pierwsi polscy imigranci pomagali w założeniu osady w Jamestown, jest niezwykle barwna. Pomysłowość i fachowość, jakie reprezentowali ci polscy imigranci, napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia niezmierną dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem.
Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów — oznacza początek polskiej emigracji do tego kraju, a praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania osady Jamestown.
Dlatego czcimy to wydarzenie w czasie przygotowań do obchodów 200 rocznicy powstania naszego kraju. Przy tej okazji przychodzą nam na myśl wszystkie wielkie zasługi Amerykanów polskiego pochodzenia dla rozwoju i postępu naszego kraju. Amerykanie polskiego pochodzenia są wśród najwybitniejszych i najpracowitszych obywateli. Korzystam z tej okazji, aby ich pozdrowić”.[46]
Kongresman Joseph P. Addabbo, demokrata ze stanu Nowy Jork, zauważył, że duch pionierski jest ciągle żywy wśród obecnego pokolenia Amerykanów polskiego pochodzenia. „Wnieśli oni i wciąż wnoszą duży wkład w amerykańską cywilizację. Czynią to przez sztukę, poezję, muzykę i swoją historię kultury, a przede wszystkim, podobnie jak wielu przybyszów w tym kraju, poprzez ciężką pracę”.[47]
Kongresman Henry Helstoski, demokrata z New Jersey, mówiąc o polskich osadnikach w Jamestown porównał ich do nasienia, z którego wyrosło przemysłowe społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. „Gdy obchodzimy 500 rocznicę urodzin Kopernika, 194 rocznicę bohaterskiej śmierci generała Pułaskiego pod Savannah w obronie młodej republiki, pomyślmy na chwilę o tym ważnym dziedzictwie przekazanym Amerykanom przez grupkę Polaków z Jamestown 360 lat temu. Ich nieposkromiony duch pozostanie na zawsze w naszej historii. Nasz szacunek dla tych wielkich ludzi w moim przekonaniu będzie się umacniał w miarę upływu czasu. Zasłużyli sobie oni rzeczywiście na miejsce na kartach historii Ameryki“.[48]
Kongresman Lucien N. Nedzi, demokrata z Michigan, zauważył, że dla każdego ucznia amerykańskiego Jamestown, Yorktown i Williamsburg automatycznie kojarzy się z angielskim dziedzictwem i kulturą. Informacja o obecności Polaków we wczesnym osadnictwie jest dla wielu zaskoczeniem. Należy częściej akcentować, że Polacy mają swój udział w rozwoju kontynentu północnoamerykańskiego. Amerykanie polskiego pochodzenia odegrali ważną rolę np. w historii Pensylwanii w XVIII wieku. W ciągu ostatnich 70 lub 80 lat wkład Polaków był szczególnie widoczny na wschodzie i środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych.[49]
Przybycie Polaków do Jamestown — oświadczył kongresman Ronald A. Sarusin, republikanin z Connecticut — wiąże się z początkiem rozwoju gospodarczego Ameryki Północnej. „Żadna narodowość nie ma monopolu na przedsiębiorczość i miłość dla Ameryki, lecz Polacy, którzy przybyli tu ponad trzy wieki temu, są przykładem ducha, który rozwijał nasz kraj i nadal go rozwija”.[50]
Martha W. Graffiths (demokratka z Michigan): „W ciągu ostatnich 365 lat Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia wnosili swój wkład w rozwój naszego państwa. Walczyli we wszystkich naszych wojnach, odnosili sukcesy w rządzie, przemyśle, w sztuce i nauce, a także w oświacie”.[51]
Wypowiedzi w Kongresie amerykańskim z okazji rocznicy przybycia pierwszych Polaków do Ameryki Północnej nie wnoszą wiele do dziejów Jamestown i życia Polaków w tej osadzie. Są interesujące przede wszystkim przez to, że zawierają ocenę roli Polaków w historii Ameryki Północnej, poczynając od Jamestown aż po czasy nam współczesne.
Nie należy oczywiście przeceniać faktu, że znaczna liczba kongresmenów i senatorów występowała w Kongresie z okazji rocznicy przybycia Polaków do Jamestown. Wypowiadali się przede wszystkim ci, którzy bądź są polskiego pochodzenia, bądź też mają za sobą znaczny odsetek wyborców polskiego pochodzenia. Niektóre wypowiedzi były więc niejako „do protokołu” i należy upatrywać w nich raczej przejawu praktyki wyborczej. Uczestnictwo Polaków już we wczesnym okresie kolonizacji Ameryki Północnej nie jest szeroko znane społeczeństwu amerykańskiemu. Pamiętam rozmowę w 1974 roku z profesorem historii kolonialnej Stanów Zjednoczonych z dużego uniwersytetu stanowego, który po raz pierwszy ode mnie usłyszał, że Polacy znajdowali się w Jamestown, że byli wykwalifikowanymi rzemieślnikami i zorganizowali strajk w walce o prawa wyborcze.
Sądzę, że udział Polaków we wczesnym osadnictwie na kontynencie północnoamerykańskim wymaga szerszej popularyzacji i w tym względzie debata w Izbie Reprezentantów 3 października 1973 roku z okazji 365 rocznicy ich przybycia do Jamestown spełniła ważną funkcję.



Przypisy

  1. Karol Wachtl: Polonia w Ameryce. Dzieje i dorobek. Filadelfia 1944, s. 25—26.
  2. Wacław Słabczyński: Polscy podróżnicy i odkrywcy. Warszawa 1973, s. 270-272.
  3. Bolesław Olszewicz: Polska a odkrycie Ameryki. „Comptes rendus de la Société des Sciences et des Lettres de Wrocław”, vol. 2, 1947.
  4. Janusz Tazbir: Szlachta a konkwistadorzy. Opinia staropolska wobec podboju Ameryki przez Hiszpanię. Warszawa 1969, s. 13.
  5. The Manuscript of Nicholas Copernicus „On the Revolutions”. Facsimille, Macmillian and Polish Scientific Publishers. London, Warsaw, Cracow 1972.
  6. Mikołaj Kopernik: Wybór pism. Kraków 1920, s. 57.
  7. Janusz Tazbir: Rzeczpospolita i świat. Studia z dziejów kultury XVII wieku. Wrocław 1971, s. 87.
  8. Sebastian Fabian Klonowicz: Flis, to jest spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi. Wrocław 1950, s. 44—47.
  9. Paweł Palczowski: Kolęda moskiewska, to jest wojny moskiewskiej przyczyny słuszne, okazja pożądana. Kraków 1609.
  10. Joseph A. Wytrwal: Poles in American History and Tradition. Endurance Press, Detroit 1969, s. 5.
  11. Wacław Kruszka: Historia polska w Ameryce od czasów najdawniejszych aż do najnowszych. Drukiem „Kuriera Polskiego”. Milwaukee, Wis., 1937.
  12. Tamże, s. 5.
  13. Tamże, s. 15—21.
  14. Tamże, s. 44.
  15. Arthur L. Waldo: First Poles in America. 1608-1958. Polish Falcons of America. Pittsburgh 1957; por. również: Karol Wachtl: Polonia w Ameryce. Philadelphia 1944; Albert Q. Maisel: The Poles Among Us. „Reader’s Digest”, June 1955.
  16. „Polityka“ z 12 VI 1976 r.
  17. Cyt. za: Mieczysław Haiman: Z przeszłości polskiej w Ameryce. Szkice historyczne. Buffalo 1927, s. 13.
  18. Ronald Kurzawa: The Records ot the Virginia Company ot London. „Polish-American Studies”, vol. XV, No 1—2, January-June 1958, s. 37.
  19. Patrz Dole J. Melczak: The Testemony ot Captain John Smith. „Polish-American Studies”, vol. XV, No 1—2, January-June 1958, s. 33—35.
  20. Peter S. Ziebron: The Account of Miecislaus Haiman. Tamże, s. 37—38.
  21. What and How We Know About the Poles in Jamestown. St. Mary’s College Symposium. „Polish-American Studies”, vol. XV, No 1—2, January-June 1958; Fr. Ladislaus J. Siekaniec OFM: Poles in the U.S. — Jamestown To Appomatox. „Polish-American Studies”, vol. XVII, No 1—2, January-June 1960; Arthur L. Waldo; Searching for Polish Jamestown Sources. „Polish-American Studies”, vol. XVII, No 3—4, July-December 1960.
  22. „Congressional Record“, October 3, 1973, 92nd Congress, 1st Session, s. H 8620.
  23. Arthur L. Waldo: First Poles in America, 1608—1958..., s. 9—10.
  24. Tamże, s. 16.
  25. Cyt. za: M. Haiman: Z przeszłości polskiej w Ameryce..., s. 19.
  26. Cyt. za: Arthur L. Waldo: First Poles in America, 1608—1958..., s. 17.
  27. Mieczysław Haiman: Z przeszłości polskiej w Ameryce..., s. 20.
  28. Wacław Kruszka: Historia polska w Ameryce..., s. 78.
  29. M. Haiman: Z przeszłości polskiej w Ameryce..., s. 21.
  30. Joseph A. Wytrwal: The Poles in America. Lerner Publications Company. Minneapolis 1969, s. 19.
  31. Ocena źródeł i opracowań na temat obecności Polaków w Jamestown: What and How We Know About the Poles in Jamestown. „Polish-American Studies”, No 1—2, January-June 1958, s. 30—42; Arthur L. Waldo: Searching For Polish Jamestown Sources. „Polish-American Studies”, No 3—4, July-December 1960, s. 105—114.
  32. What and How We Know About the Poles in Jamestown..., s. 38.
  33. Reuben Gold Thwaites (ed.): The Jesuit Relations and Allied Documents; Travels and Explorations of the Jesuit Missionaries in New France 1610—1791. Cleveland 1896, XXXI, s. 99.
  34. Mieczysław Haiman: Polacy wśród pionierów Ameryki. Szkice historyczne. Drukiem Dziennika Zjednoczenia. Chicago 1930, s. 6.
  35. Mieczysław Haiman: Nauka polska w Stanach Zjednoczonych. „Nauka Polska”, t. XXI, 1936.
  36. Joseph A. Wytrwal: Poles in American History and Tradition..., s. 21.
  37. Mieczysław Haiman: Polacy wśród pionierów Ameryki..., s. 14-24.
  38. Patrz Miecislaus Haiman: Poles in New York in the 17th and 18th Centuries. Polish R.C. Union of America. Chicago 1938.
  39. M. Haiman: Polacy wśród pionierów Ameryki..., s. 42.
  40. Joseph A. Borkowski: Early Polish Pionieers in City of Pittsburgh and Allegheny County. Polish Historical Committee. Pittsburgh 1948, s. 10.
  41. Americans From Poland. Published by the Polish Women’s Alliance of America [b.m. i r. wyd.], s. 10.
  42. Cyt. za: Bolesław Gebert: Pierwsi Polacy w Stanach Zjednoczonych. Towarzystwo Łączności z Wychodźstwem „Polonia”. Warszawa 1958, s. 12—13.
  43. „Congressional Record”, vol. 104, May 1958, 85th Congress, 2nd Session, s. 8029.
  44. Tamże, vol. 115, June 9, 1969, 91 st Congress, 1st Session, s. 15209.
  45. Tamże, October 1, 1973, 92nd Congress, lst Session, s. E 6129—6130.
  46. Tamże, October 1, 1973, 92nd Congress, lst Session, s. H 8621.
  47. Tamże. s. H 8622.
  48. Tamże. s. H 8623.
  49. Tamże, October 1, 1973, 93nd Congress, lst Session, s. H 8624.
  50. Tamże, s. H 8625.
  51. Tamże, Extension of Remarks, October 4, 1973, 92nd Congress, lst Session, s. E 6299.


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.