Pod włoskiem niebem/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XV.

Karnawał w Rzymie, jak wiele innych zwyczajów, to jeszcze po pogaństwie ochrzczona tylko puścizna, resztka Saturnaljów starych — wesoła chwila życia, którejby Rzymianin, Weneta nie zamienił za nic. — Powiadają, że dzisiaj zesmutniał sam karnawał i stał się poważnym, zamyślonym jak wiek nasz — ale ochłodły jest jeszcze w miarę życia naszego gorączką chwilową. Indziej, w Paryżu, rozpasane zapusty są naśladowaniem tylko, podszyciem się pod cudzy zwyczaj; tutaj one potrzebą, koniecznością. Ich się rok cały spodziewają, do nich sposobią, o nich myślą i nie jeden straciwszy na strój i confetti ostatki, przeszalawszy dni kilka, sam nie wie co jutro z sobą zrobi. — Ale kto myśli o jutrze?...
Jak szerokie Corso, tak pełne ludu, budek, powozów, zgiełku, gwaru, muzyki, pieśni, śmiechu, masek i wesela.
Z balkonów wiszą bogate kobierce, dywanami wysłane okna, a i balkony, okna i drzwi pełne ludu, zapchane głowami, zamaskowanemi, bez masek, strojnemi, poprzebieranemi. — Skończyły się wyścigi, teraz co żyje zsunęło się na Corso i szaleje. Po pod domy to budki Pulcinella, to stragany, rusztowania, namioty. — Tam wiszą suknie i maski, owdzie przedają cukierki i maccaroni. — Krzyki niesforne rozlegają się w powietrzu, pomięszane z kół skrzypieniem, z głosami woźnic i piszczącemi wezwaniami przejeżdżających. Nie ma tu pana i sługi, bogacza i ubogiego — nie ma różnicy stanów, dostojeństwa, wieku — wszystko co żyje oszalało zarówno. Jedni w górze, drudzy w dole, ci stojąc, ci biegnąc zaczepiają się, śmieją, witają, żartują. Powozy zatrzymują piesi, pieszych drażnią siedzący na balkonach. Z wysokich wozów i okien sypią się białe pociski, i ziemia niemi usłana, aż chrupią pod nogami. — Lud ciśnie się do ukochanego Pulcinella, który cugle sobie puścił, i porporatim nawet nie bardzo przebacza, gdy przycinać pocznie.
Najpocieszniejsi w tym tłumie są obcy, podróżni, a zwłaszcza Anglicy, którzy z właściwą sobie flegmą i powagą, puszczają się w różnobarwny tłum, nie bacząc na to, co ich tam czeka. Cóż to za rozkosz dla wesołych Rzymian, gdy schwycą między siebie heretyka, jak go zowią, i poczną mu dogryzać wszelkiemi sposoby. Cały naówczas karnawał skupia się podle jednego powozu i goni za nim z końca w koniec ulicy. Gniew, groźby, razy zwiększają tylko szaleństwo.
Oto posuwają się wozy, otwarte, strojne, tak strojne, że i koniom się dostało nawet lub mułom; na nich w półmaseczkach kobiety, mężczyźni, dzieci. — Jedni najdziwaczniejsze przybrali stroje, które nie należą do żadnego kraju, żadnej narodowości; drudzy świąteczne tylko pobrali ubiory. — Huk, stuk, krzyk, a najwięcej śmiechu; czasem tylko zabrzmi wyżej wszystkiego kłótnia, ale prędko ucichnie.
Zajrzyj naówczas na boczne ulice, do domostw, a nikogo tam chyba starych znajdziesz paralityków. Na jeden, dwa, trzy dni nikt nie zajrzy do domu, aż wystrzał działowy oznajmi koniec szalonemu karnawałowi. Naówczas wszystko jakby zamarło, ustaje krzyk, śmiech, wesele i każdy powraca milczący, znużony.
Lecz póki grzmi Corso pod kopyty końskiemi i trzepiotaniem się tłumu — pusto na mieście, po domach pusto i głucho. Cały dzień tutaj, noc tutaj całą spędzają, tu jedzą, tu spoczywają, — jeśli spoczynkiem nazwać można, że staną na jednej nodze przed budką Pulcinella — tu czekają niemiłego rozczarowującego wystrzału.
Spójrz z góry w ten błyszczący, różnobarwny, miotający się tłum! Jak na dnie morza pod siną falą, tak tu, co tajemnic, co dziwnych spotkań, co miłosnych schadzek, co dramatów niedocieczonych. Ile rąk ścisnęło się niepostrzeżenie, ile żon fala porwała od mężów, ilu kochanków znikło w ruchawych masach tłoczącego się ludu.
Nam zimnym innego nieba mieszkańcom, nam wygnanym pod białą zmarzłą suknię śmierci, która pół roku nasze pola okrywa, to szaleństwo kilkodniowe niepojęte, chorobliwe się zdaje. Lecz tam! to życia potrzeba, wszak nic zwyczaju wypędzić nawet z pod wrót Watykanu nie mogło.
A gdy zawre Rzym i jednym wielkim, pijanym odezwie się głosem: jak w zwierzęciu drżą unisono wszystkie żyły i biją arterje, tak drżą tutaj wszyscy zgodnie i lecą ku sobie z jedną myślą, jedną żądzą — zabawy, szału. Gniewy, zemsty, projekta, prace, wszystko z suknią codzienną zawieszono na kołku. Żywo, żywo do szopki tandeciarza; arlekina suknię na plecy, maskę na twarz i plusk w wodę!! — Czemuż w tem krwawem życiu naszem, w posępnej drodze po której stąpamy myślami obładowani, nie wytchnąć choć raz?
Gdy Rzym się z myślą karnawału budzi, dzieci jego spać już nie mogą. — A Pepita była rodzonem Romy dziecięciem, tem więcej, że innej matki, innego ojca nie znała, że się chowała w ulicy, jak dziki bluszcz na zwaliskach.
Nie dziw więc, że serce jej zabiło w piersi tak silnie, tak żywo, tak wyłącznie tem weselem bezprzyczynnem, nakazanem przez zwyczaj, iż od serca zawróciła się główka. O Janie, o miłości, o wszystkiem zapomniała; i była z nią jak z dzikiem zwierzęciem, które długo chowane na ustroni zobaczy las, posłyszy głosy wolnej dziczy, pozna woń puszczy i rzuca się ku niej — ku swoim. Niepodobna ją było utrzymać, uprosić. — Jan, którego tylko ciekawość wiodła, nie podzielał jej zapału. Owszem, jak się to najczęściej dzieje, uczuł usposobionym przeciwnie. — Ona ani tego pojmowała, ani wiedzieć chciała. — Na Corso! wołała, — na Corso! Juanito! carissimo! umrę! na Corso. — I im wyraźniej, huczniej dochodził ją krzyk tłumu, tem rwała się z większą rozpaczą. O! trzeba ją widzieć było naówczas, piękną, zarumienioną wzruszeniem, z zaiskrzonemi wielkiemi oczyma, całą drżącą rozdrażnieniem, miotającą się w prawo, w lewo, przypadającą do okien, wyglądającą w ulicę, lękającą się, żeby niespodziewany wystrzał działowy nie pozbawił nagle karnawału. — Ubierając się, spiesząc, darła na sobie sukienki, kładła je naprzód sznurówką, potem obracała, mięła, szarpała, padając od śmiechu. A mimo to, gdy narzucony niedbale, szybko strój okrył jej kibić posągu, była zachwycająca. Żaden bo ubiór popsuć nie mógł kształtów marmurowych cudownych! — Ubrana czarno, w króciuchnej spódniczce z pod której patrzyła nóżka maleńka, w gorseciku aksamitnym, mantyli narzuconej niedbale, pół maseczce czarnej: stała już w progu oczekując Jana, uchem i okiem gdzieś już uciekła daleko.
Bernard i Antoni towarzyszyli Janowi i Pepicie. — Ale jakże zimni się wydawali obok Rzymianki i jej braci — jak im trudno odpowiedzieć było na te lazzi, na które Włosi pół słówkiem, gestem, uśmiechem, mruczeniem, temi dodatki niepochwyconemi, które każdy kraj rodzi sobie właściwe — zręcznie i żywo odpowiadali. — Długo samotnej, zamkniętej Pepicie, węzbrała dusza weselem. — Była też jak szalona i wszystkich oczy zwracać musiała, naprzód postacią nieporównanej piękności, potem wesołością niepohamowaną. Twarzy, po postaci, po głosie, łatwo się było domyśleć — i na wpół z pod maseczki różowa jej bródka, koralowe uśmiechały się usteczka.
Na Corso trudno się towarzyszom zbiedz z nią, zastosować do niej było. Zastanawiała się u każdej szopki Pulcinnella, i brała od śmiechu za boki, kupowała confetti co krok i wysypywała co minuta; jadła, piła, zaczepiała przechodzących tak, że nie nastrojeni do tego dziwacznego ruchu nasi panowie, z największą trudnością potrafili się z nią zrównać.
Koło pałacu Maledetty, ścisnęła silnie rękę Jana Pepita i spojrzała nań prawie z przestrachem. Na chwilę zesmutniała, zlękła się, ale wkrótce przemógł karnawał. A pałac Maledetty dziwacznie bo się wydawał!! Ze wszystkich jego okien złociste spływały makaty, balkon strojny był w kobiercy, wstęgi, galony — świeciło się z wnętrza pożarem świec. Tłum cisnął się i wyciskał ze wschodów.
— Cóż mu się stało? — zastanawiając się mówiła ciekawa dziewczyna, podnosząc oczy do góry. — Chyba to nie jego już pałac?
I podeszli ku stróżowi, który wpół pijany szarpał się w bramie z pijanymi zupełnie przyjaciołmi.
— Signor Maledetto? — spytała.
— A! a! Signor Andrea! na górze! jest! przyjmuje! wielka uczta i wesele.
— Wszakżem w masce! — rozdrażniona zawołała Pepita (kto wie czy nie gniew ją opanował za tak rychłe zapomnienie)... chodźmy!
— Dokąd? — nie wierząc swym uszom zapytał Jan.
— Na górę!
— Pepito?!
— Chodźmy!
— Co za myśl?
— Nie pozna mnie... jestem w masce.
— Ale po cóż?
— O! chcę go zobaczyć, koniecznie! koniecznie! chodźmy!
I pociągnęła za sobą uparta Jana i dwóch jego towarzyszów. — Na szerokich marmurowych wschodach śmiejący się przewalał tłum masek, które wychodziły i wchodziły. U drzwi stało dwóch paradnie przybranych hajduków. Pepita osłupiała.
— Patrzajcie co się skąpcowi stało!
Było się czemu dziwić, bo dom nie do poznania się mienił. Wszystko było odświeżone, lśniące, bogate, wytworne. Tłum ludzi stał w przedpokoju. Sale oświetlone tysiącem świec, czerniły się i pstrzyły ogromną liczbą gości. A po nad głowy masek, w strumieniach świateł, jak urocze fantasmata poglądały ze złotych ram mistrzowskie płótna Rafaelów, Giuliów, Dominiquina, del Sarto, Guida, Ticiana i Albano. — Z zieleni, z kwiatów i liści białe marmury tu i owdzie wyzierały wdzięcznie, jak bóstwa zgasłego świata, chcące się nowemu przypatrzyć.
Ten długi szereg salonów przybranych wytwornie, zachwycający widok przedstawiał. — Ale oczy Pepity olśnione blaskami, zdumione, szukały dotąd napróżno Maledetty.
— Chodźmy, chodźmy dalej — mówiła, przeciskając się przez tłum — dalej! dalej.
I rozsadzając sobą napływ wesołych gości, posuwali się oglądając na wszystkie strony, ku znanemu gabinetowi. — Wszystko tu było nie do poznania. Drzwi pokoju tego purpurowa osłaniała ze złotemi frędzlami, sznury i kutasy firanka. Po za nią jak w ramach obrazu, widać było gospodarza. Łysy starzec sparaliżowany na pół, z krwią zawsze nabiegłem okiem, siedział w bogatem krześle, ubrany jak do ślubu. Biały na nim jedwabny strój, świecący od brylantów i złota, ogromny bukiet u piersi. Dwóch czy trzech ludzi zwijali się koło niego z bukietami także.
— Cóż to? żeni się Maledetto? — zawoła Pepita.
I zbliżyli się. Stary szepleniąc chropawo gadał z bliższymi.
— Kupiłem ją u Paola Transteveranina na wagę złota! Dziś ślub mój! nie chce go dłużej odkładać... zapusty. Ale czemuż narzeczona nie przychodzi? — I głośno dodał zwracając ku drzwiom:
— Pepita! Pepita!
Pepicie nogi zadrżały i przycisnęła się do Jana, zdało się sen straszliwy.
— Chodźmy — szepnął jej Jan, któremu zimny pot zalewał czoło.
— Pepita! — powtórzył błagającym głosem starzec. I rozwiesił na zeschłych rękach naszyjnik ametystowy, leżący z innemi błyskotki na marmurowym stole.
— Chodź Pepita! To naszyjnik na biały twój karczek, to kolce do różowych uszek twoich, to pierścienie ślubne. A! a! zapis przedślubny gotów?
Czarno ubrany jegomość podsunął się ku Maledecie z papierem wstążkami powiązanym.
A! dobrze; ale gdzie Pepita?
I zwrócił oczy krwawe na drzwi. — Wszak dziś ślub i wszystko gotowe?
— Wszystko.
— A Pepita?
— Oto ona! to ona! — zawołało kilka głosów.
Pepita wspięła się z biciem serca na paluszki i spojrzała. Z drugiego pokoju wybiegła dzieweczka trochę do niej z daleka z postawy podobna, strojna w bieli, w kwiatki, z maseczką na twarzy.
Ale jakże daleko jej było do Pepity! Ani tej giętkiej, wysmukłej kibici, ani tych dziewiczych nie miała kształtów. Z pod fałdzistej spódniczki wyglądała nóżka daleko większa i niezgrabna, ręce do łokci obnażone, wydawały więcej niż lat szesnaście.
Starzec porwał się z krzesła, posunąć chciał, sparł o stół i oczy otworzył.
— Ale to nie Pepita! — zawołał.
— Pepita — powtórzyło kilka głosów w uszy jemu.
— O! nie! nie! to nie ona!
Maska zbliżyła się ku starcowi, on ją niespokojnem ozierał okiem. — To nie jej kibić! nie jej ręce! to nie ona! Gdzież Pepita?
Napróżno szeptali mu coś w uszy otaczający, on garnął naszyjniki, bransolety i pierścienie i poprawiając bukiet u piersi rzekł: — Czekać będę!
I wzgardliwie odwrócił się od przybyłej.
Jan uczuł pod ręką jak serce Pepity biło.
— Chodźmy — rzekł.
— Poczekajmy jeszcze.
I stali.
Stary Maledetto co chwila się ku drzwiom odwracał, a ile razy spotkał stojącą jeszcze w ślubnych strojach maskę, tyle razy pomrukiwał:
— To nie ona! chcą mnie oszukać. — Bankier Torlonia chce za mnie wydać córkę swoją! Wie że mam najpiękniejszy pałac, najdroższe obrazy, najwięcej złota. Ale napróżno! Ja chcę Pepity! Ona przyjdzie... poszła tylko na przechadzkę z malarzem Francuzem, ale mi mówiła, że powróci. Wszak karnawał jeszcze się nie skończył?
Otaczający głową mu potakiwali tylko.
— To nie Pepita! To nie jej kibić, nie jej ręce! A! Paolo, nie wiedziałeś coś przedawał!
W tej chwili wysoki bogato strojny mężczyzna wychylił się z tłumu ku Andrea. — Pepita go poznała, to był Paolo, i choć zamaskowany, dla niej łatwo go było poznać.
— Chodźmy — zawołała do Jana.
Na to jedno jej słowo, Paolo zwrócił się, poszukał oczyma i zastanowił na Pepicie. Oni już się wysuwali on okiem ich gonił.
Nad tłum wyrosła głowa Paola, i bojaźliwie zwracająca za siebie wejrzenie dziewczyna, którą Jan unosił, długo jeszcze przestraszające to zjawisko za sobą widziała.
Długo na wschodach nawet, aksamitny tok jego ukazywał się z warstw ścienionego tłumu. A Pepita przytulając się do Jana pospieszała.
Już byli w ulicy. Odetchnęła — obejrzy się — Paolo za nią. Wmięszana w tłum, oglądając się bojaźliwie Pepita szepce na ucho towarzyszom:
— Uciekajmy! uciekajmy!
Ale napróżno mięszają się w gromadki masek, próżno zwracają, zakręcają, idą i powracają. Paolo ściga ich wszędzie. Choć się nie zbliżył do nich jeszcze, Pepita czuje spojrzenie jego na sobie, ciężące nad nią całem brzemieniem biednej przyszłości, zdające się grozić na jutro.
— Chodźmy! chodźmy! — wołała Pepita i coraz szybciej, coraz szybciej pędzi przez Corso, ciągnąc za sobą Jana; lecą, rozbijają tłum, i zadyszani znajdują się w drugim końcu długiej ulicy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.