Pod włoskiem niebem/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.

Zatrzymała się w budce cukiernika i przypadli na rogu próżnej ławki. Pepita tak była przejęta widokiem starca i Paola, że drżała i słabła, pochyliła głowę na ramię Jana, zamknęła oczy a dłonią cisnęła serce. Tchnąć nie mogła.
— Wracajmy do domu... szeptał do niej Jan powolnie — po co było wyrywać się?
— Po co? — odpowiedziała nagle, zarumienioną twarz podnosząc — a któż wytrwa w czterech ścianach niewoli, gdy Rzym karnawałuje i szali? dla czegobym ja jedna miała być wydziedziczona?
— Widzisz co cię to kosztuje!
— A! trochę wzruszenia, trochę strachu!
I wlepiła oczy w otwór namiotu, którym głowa jakiejś maski dwojgiem palnych oczu patrzała. Zdawało jej się że to znowu Paolo; ale zjawisko znikło.
Drugie wystąpiło natychmiast. Był to młody dwudziesto może letni Transteveranin, malowniczy strój włoski go okrywał, strój odświętny, cały od błyskotek, aksamitu, guzów i jedwabnych chustek, — męskiej postawy, barczysty, ogorzały, z kruczym włosem, czarnem okiem, rumianym policzkiem, znamionami siły i energji; piękny był i zdawał się stworzony na wzór młodzieńca dla malarza.
Pepita zmierzyła go okiem, on ją. Ale w chwili gdy zabierał się do rozmowy, już Jan pochwycił kochankę i wyszli z szopki cukiernika.
Młody Transteveranin pogonił za nimi, Pepita kilka razy obejrzała się na niego. Przeszli wrzące jeszcze Corso, bo nikt tej nocy rozkosznej snem okradać nie myślał. Pepita, gdy przyszło zawrócić do domu, tęskno obejrzała się za siebie.
— Juanito — rzekła, — wróćmy na Corso!
— A Paolo?
Dziewczyna wzdrygnęła się.
— Masz sztylet żeby mnie od niego obronić.
— Lecz ten zgiełk, — ozwał się ciszej Jan, — ta wrzawa, czyż tak długo bawić cię mogą?
— O! jam Rzymianka, odpowiedziała, tobie tylko wolno wątpić o tem!
I nagrodziła mu pocałunkiem.
— Jeźli chcesz powrócim — smutnie rzekł Jan.
— Nie, nie, do domu, do domu! — I pospiesznie nie oglądając się już za siebie pobiegła. Ale wróciwszy do domu siadła w oknie i łapała chciwie oddalony gwar.
Jan padał z nudy i zmęczenia. Pierwszy to raz niezgodzili się na jedno, pierwszy raz może w obu sercach lodowate przeczucie nietrwałości związku postać musiało.
— A możeż to być! — mówił Jan w duszy — postradać ją, to życie postradać. — Nigdy — prędzej umrę... — Niech robi co chce, niech szaleje, niech... ja jej nie opuszczę. Wołałbym ją skalaną, niż straconą!
I Pepita mówiła w sobie:
— Juanito! nigdy go nieopuszczę — nigdy — jemu to nudnem, ja więcej nie pójdę na Corso. — Ja wytrzymam! o! dla niego wszystko mi będzie łatwem.
I zbliżywszy się do uspionego jak niegdyś w oknie, złożyła drżący pocałunek na czole. Jan się obudził i w uściskach serdecznych, w szeptach miłosnych, Pepita zapomniała karnawału, zasnęła nie podsłuchując jak Corso gadało i śpiewało.
Nazajutrz rano ten sam szum, gwar i śpiewy, też same zabawy, ulica bieli się od wapiennych pocisków, czernieje od ludu, dzwonów nie słychać za wrzaskiem. Pepita już wyjść się nie napiera.
Jan dwakroć chce ją wywieść, dwakroć odmawia mu, siedzi w oknie, słucha, rumieni się, cierpi biedna. A pod oknem przeszedł raz, dwa, trzy razy młody hoży Transteveranin. I Pepita mimowolnie pomyślała:
— Jakby to miło spartej na ręku jego przebiegać szalonej, wesołej, ulice. Jan zbyt się o mnie lęka. Miłość jego trwożliwa, płaczliwa, jakaś nie nasza. O! ale ja go kocham... — dodała.
I tak dzień cały zszedł w oknie.
Wieczorem srebrzysta łuna weszła nad stary Rzym, pozapalały się kolorowe latarnie, zażegły okna pałaców, i fontanny odbijając tysiące świateł, zda się złotemi padały kroplami. Woń wiosennego wieczoru napełniała powietrze. Okno było otwarte, a fale niosły daleko najlżejszy głos po rosie nocnej, z wiatrem wieczoru. Jan usnął, ale Pepicie nie sen był na oczach. Serce jej się rwało tam, do swoich — piosenka dochodząca do ucha krwią jej oblewała twarz.
Dwa razy znowu Transteveranin z gitarą na plecach przeszedł pod oknem, i zastanowił się, spojrzał, położył na sercu rękę, jakby chciał coś powiedzieć. Pepita nie uciekła, tylko się zarumieniła, tylko się odwróciła, potem spojrzała, zwróciła jeszcze, jeszcze rzuciła okiem. Odniosła wielkie nad sobą zwycięstwo: Jan spał, Corso szumiało! Noc była cudowna!
Pepita zaczęła płakać, potem modlić się, potem szarpać suknię na sobie, rzuciła się na łóżko, twarzą w poduszki, zakrywała uszy. Nic nie pomogło, karnawał w duszy jej odzywał się, miotał, tańcował.
Pod oknem brzmiała gitara znowu. I długo, długo nie ruszała się wyjrzeć Pepita, aż nareszcie zmożona walką wyszła do okna.
O! inna zupełnie. Twarz jej gorzała, oczy się paliły, pierś poruszała, widać było jak silnie ciągnie ją tam ułudny pozór wesela!
Transteveranin śpiewał, Pepita słuchała i jeszcze raz odeszła od okna, przycisnęła się do Jana, jakby u niego szukała obrony przeciw sobie samej. Jan spał. A noc była tak cudowna, tak wesoła, tak jasna, tak wiosenna, a w dali ginął odchodzącego śpiew.
Dziewczyna wyjrzała za odchodzącym, westchnęła, podparła się i płakała znowu. W takiej to walce spłynęła noc długa, noc bolesna; a nad ranem dopiero, złamana, znużona, z czerwonemi oczyma usnęła Pepita. Sny jej powiodły duszę na białych niosąc skrzydełkach na Transtevere, na Corso i widziała w marzeniu dwóch obok siebie: Jana i nieznajomego. Jan czasem jej nikł z oczów, tamten nigdy.
Rano, spokojniejsza się znalazła, a wspomniawszy na noc burzliwą wstydziła się jej przed sobą, mówiła w duszy: — Byłam upojona, byłam niewdzięczna. Za tyle miłości, jam mu wahaniem, ja mu chłodem już płaciłam. O! Infama! — wołała w sobie — Infama...
Miłość wróciła, ale nie wesołość, Jan się dręczył nią, ona sobą. I było w niej coś jakby niewierności przeczucie, jakby łzy za niepopełnionym jeszcze a już przewidzianym grzechem.
Tak długi dzień płynął — a karnawał trwał jeszcze, jeszcze z Castel S. Angelo działo nie zabiło wesołości Rzymian, Pulcinello dokazywał, szastały się piękne Rzymianki i confetti latały.
Nadszedł wieczór, nadeszła noc — Pepita nie chciała wyjść w ulicę. — Nie, nie, — mówiła Janowi — nie chcę, samej mnie nie puścisz, a z tobą?... na cóż cię mam męczyć?
Jan spędziwszy wieczór z Antonim i Bernardem, wcześnie poszedł spoczywać. — Ale nie Pepicie spać! Znowu otwarła okno i patrzyła i słuchała. — Wczorajszy młodzian mignął uliczką, śmielszy już, pewniejszy siebie, posłał jej pocałunek. Pepita cofnęła się — zajrzy — on stoi jeszcze.
— Co za odwaga! — pomyślała. I odwróciła się niby gniewna. A serce bije jej a bije za karnawałem. I im bliższa godzina kończąca ten szał zapustny, tem Pepita więcej cierpi, gwałtowniej serce jej bije, w głowie krew uderza, ćmi się w oczach. Walczyła z sobą — napróżno. — Oszalona, chwyta strój leżący przy niej, zawiązuje maseczkę.
Obejrzała się na Jana — on spi.
Wybiegła!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.