Pod włoskiem niebem/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XIX.

Podobny Manfredowi Byrona, podobny Byronowi samemu, Jan z uczuciem które najlepiej maluje Lord-poeta wspaniałym wieczorem letnim, leżał u stóp Colosseum Rzymskiego. Nad głową jego piętrzyły się nad arkadami arkady w krąg wielki, w pierścień kamienny, który z jednej strony czas odkąsił. Gdzie niegdzie ze szpar rozwalonego muru puszczały drzewka chwiejące się od powiewu wiatru. W jednej z arkad dolnych widna była kapliczka i płonąca w zagłębieniu lampa pod obrazem. Olbrzym pogański, jak niegdyś Rzym sam, piastował w swem łonie iskierkę, co wielkość jego zżedz miała. Ta przytomność świętości zmniejszała ogrom pustego kolosu.
W dali, sinej dali, podniosły się pagórki, bielały mury całe i połamane, zieleniały cyprysy ciemne i jasne topole. I w uroczystej ciszy słychać tylko było, jak Manfred powiada, szczekanie psów za Tybrem.
Ale Jan nie widział nic, nic nie słyszał, w głębokiej zadumie, sparty na dłoni marzył... Bóg wie o czem. Może wiatr wiejący zdaleka przynosił mu wspomnienie kraju lat dziecinnych, żywota tamtejszego, tak dziwnie odmiennego, może... kto zbada serce ludzkie, chciał patrzeć na nie i płakać.
On tak tęsknił za przeszłością, za życiem co mu uciekało, bo już brakło w piersi oddechu, w nogach siły, w oczach wzroku, słuchu w uszach, krwi w sercu, wszystkiego, nawet chęci życia.
Bo cóż żyć? dla czego? kiedy się wyczerpały nadzieje, rozkosze, kiedy wszystko do koła pomarło, a nawet krzyże na grobowcach spruchniały, tak, że mogił nie poznasz?
Po co żyć, kiedy niema celu do życia, kiedy się przyszło do tej rozpaczy, co wiarę w siebie, w świat, nawet w przyszłość odbiera?
Jan też na bliski, przewidziany zgon patrzał zimno, obojętnie, jak się patrzy na zachodzące słońce, ale bez myśli o jutrzejszym wschodzie.
I myślał mimowolnie, zwracając się u końca do kraju, do swoich. Wszyscy tam zapomnieli o mnie, ona, najpierwsza — on, ostatni — teraz wszyscy. Dla czegożby pamiętać mieli? I ja gdyby mnie boleść nie ucisnęła, wspomniałżebym na nich? Nigdy może. Teraz dolewam żółci do kielicha, aby się kielich przepełnił i przelał, dobrowolnie. Smutek jest mi rozkoszą jakąś dziwną, dumnym jest z mego nieszczęścia.
Te ostatnie słowa domówił głośno, domówił machinalnie, w języku swojej ziemi. Westchnienie litośne odpowiedziało mu na nie. Z wolna, bez ciekawości prawie zwrócił oczy w stronę zkąd przyszło.
W arkadzie muru, prawie nad głową jego stał mnich z siwą brodą, poglądał nań z litością, i powitał znanym dźwiękiem rodzinnej mowy:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Z podziwu odpowiedź na ustach Jana zamarła; usłyszeć nagle mowę ojczystą, gdzie? w Colosseum Rzymskiem! Pierwszy raz od dawna ciekawość poruszyła nim.
— Ojcze, — rzekł — jesteśmy więc ziomkami.
— Tak mój bracie — odpowiedział mnich — jednej polskiej ziemi synowie. Ale tyś nieszczęśliwy?
— A ty?
— Jam, spokojny! — odrzekł mnich. I powolnie po bryłach gruzu zszedł ku Janowi, siadł koło niego.
Słońce rzucając złociste, gorące blaski na widok cudny, zachodziło za sine wzgórza. Długo na nie patrzali w milczeniu. Potem Jan począł rozmowę.
— Ojcze, — rzekł — jakżeście w świecie się zwali i zkąd rodem jesteście?
— Polak jestem, więcej ci nie powiem. Niechcę tego czegom się dawno zaparł przypominać. Powiedz ty mi raczej, dla czego wspomniałeś o dumie w nieszczęściu. Jestżeś tak nieszczęśliwy?
Długo wahał się Jan, aż powolnie wyznał całe pasmo życia przeszłego przed starcem. Starcowi łzy się kręciły w oczach zagasłych.
— Bracie mój — rzekł po chwili milczenia — prawa miłość żywi, namiętna zabija i truje.
— Lecz prawa chłodna mój ojcze?
— Nie chłodna, ale wstydliwa jest, a namiętna niestała i bez jutra. Pierwsza starzeje w szacunku, druga się zmienia w zdradę. A potem, bracie, możnaż tem jednem uczuciem żyć?
— A! można! — odrzekł Jan z zapałem — jam niem żył.
— Srogo to, srogo u grobu ostre prawdy mówić słowa. Lecz o duszy twej nieśmiertelnej myślę i dajęć lekarstwo choć późne i gorzkie. — Bracie mój, niegodzi się żyć na świecie jednym sobą, dla siebie, dla namiętności swojej tylko. Życie powinno być poświęceniem ciągłem, chceszli prawego szczęścia, trwałej rozkoszy, jaką daje wewnętrzne poznanie swej wartości. Słuszna na ówczas duma człowieka. Życie na jednem samolubnem uczuciu, to żywot jedwabnika, co się drogą swą nicią sam na śmierć obwija. O! Boże mój! miasto umierać z rozpaczy, nieznalazłżeś tysiąc śmierci pięknych, użytecznych braciom i społeczeństwu, coby świeciły potomnym gwiazdą przykładu? Bracie mój, Bóg ci przebaczy zapewne zmarnowane życie, ale świat nie. Świat cię zapomni, jak ty zapomniałeś o świecie.
Jan słuchając zapłakał, uczuł on słów tych prawdę upokorzył się w duchu.
Mnich mówił dalej:
— Lecz czemże życie i świat przy wieczności, mój bracie?
— Gdybym w nią wierzył! — z rozpaczą zakrywając oczy zaryczał Jan.
Mnich zamilkł na długo, łzy drugi raz kręciły mu się w oczach.
— O! prawda żeś nieszczęśliwy! — dodał z cicha. — Lecz możeż być abyś nie miał wiary? Czyś ją zgubił niebaczny, czy nigdy jej nie miałeś?
— Byłem sierotą...
— Wiara, to dzieło matki, żal mi ciebie. Lecz w braku jej, wszak bracie mój, samo pojęcie wskazuje człowiekowi, cel kędyś wyższy, drugi? Na cóż ta żądza doskonalenia, te postępy, szlachetne chuci? Wszystko to dla grobu i robactwa! I ten co pojął świat i uczuł Boga, miałby zginąć na wieki prochem? Bracie mój, biedni tylko niewidzą nieśmiertelności, i tacy mieć ją nie będą. Ale ty do nich należeć nie możesz!
— Niestety, nigdym w to nie spojrzał, co mi otwieracie, tak byłem zwinięty w sobie, tak w boleści swej zakochany, wtopiony!
— Jeszcze czas, czas jest zawsze, bracie.
— Ale nie dla mnie... — odparł Jan.
I znowu milczeli — długo posępnie. Słońce skryło się zupełnie, noc padała chłodna.
— Wróćmy do miasta — odrzekł Jan, powstając z ciężkością. I chciał się podnieść, ale jak gladjator w cyrku ranny, siły nie miał. Próżno starzec mu pomagał.
Ciało nieszczęśliwego schyliło się we dwoje, głowa zwiesiła, blade usta otwarły i ostatniem spojrzeniem żegnając Rzym, potem stronę rodzinną — skonał.


∗             ∗

Gdy wieść z Italji doszła do naszej ziemi o śmierci Jana, znalazła zimną Emilję panną jeszcze, oczekującą dotąd przyjaciela dni młodszych i poglądającą na południe. Cichemi łzy opłakała śmierć jego, włożyła żałobę jak po mężu i zgasła modląc się za niego...
A Pepita — spytacie? — Pepita ostatniego karnawału jeszcze, z Bernardem malarzem, któremu służy za wzór, przebiegała Corso tak wesoła, tak prawie piękna jak dawniej.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.