Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod włoskiem niebem.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Polak jestem, więcej ci nie powiem. Niechcę tego czegom się dawno zaparł przypominać. Powiedz ty mi raczej, dla czego wspomniałeś o dumie w nieszczęściu. Jestżeś tak nieszczęśliwy?
Długo wahał się Jan, aż powolnie wyznał całe pasmo życia przeszłego przed starcem. Starcowi łzy się kręciły w oczach zagasłych.
— Bracie mój — rzekł po chwili milczenia — prawa miłość żywi, namiętna zabija i truje.
— Lecz prawa chłodna mój ojcze?
— Nie chłodna, ale wstydliwa jest, a namiętna niestała i bez jutra. Pierwsza starzeje w szacunku, druga się zmienia w zdradę. A potem, bracie, możnaż tem jednem uczuciem żyć?
— A! można! — odrzekł Jan z zapałem — jam niem żył.
— Srogo to, srogo u grobu ostre prawdy mówić słowa. Lecz o duszy twej nieśmiertelnej myślę i dajęć lekarstwo choć późne i gorzkie. — Bracie mój, niegodzi się żyć na świecie jednym sobą, dla siebie, dla namiętności swojej tylko. Życie powinno być poświęceniem ciągłem, chceszli prawego szczęścia, trwałej rozkoszy, jaką daje wewnętrzne poznanie swej wartości. Słuszna na ówczas duma człowieka. Życie na jednem samolubnem uczuciu, to żywot jedwabnika, co się drogą swą nicią sam na śmierć obwija. O! Boże mój! miasto umierać z rozpaczy, nieznalazłżeś tysiąc śmierci pięknych, użytecznych braciom i społeczeństwu, coby świeciły potomnym gwiazdą przykładu? Bracie mój, Bóg ci przebaczy zapewne zmarnowane życie, ale świat nie. Świat cię zapomni, jak ty zapomniałeś o świecie.