Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod włoskiem niebem.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Jan słuchając zapłakał, uczuł on słów tych prawdę upokorzył się w duchu.
Mnich mówił dalej:
— Lecz czemże życie i świat przy wieczności, mój bracie?
— Gdybym w nią wierzył! — z rozpaczą zakrywając oczy zaryczał Jan.
Mnich zamilkł na długo, łzy drugi raz kręciły mu się w oczach.
— O! prawda żeś nieszczęśliwy! — dodał z cicha. — Lecz możeż być abyś nie miał wiary? Czyś ją zgubił niebaczny, czy nigdy jej nie miałeś?
— Byłem sierotą...
— Wiara, to dzieło matki, żal mi ciebie. Lecz w braku jej, wszak bracie mój, samo pojęcie wskazuje człowiekowi, cel kędyś wyższy, drugi? Na cóż ta żądza doskonalenia, te postępy, szlachetne chuci? Wszystko to dla grobu i robactwa! I ten co pojął świat i uczuł Boga, miałby zginąć na wieki prochem? Bracie mój, biedni tylko niewidzą nieśmiertelności, i tacy mieć ją nie będą. Ale ty do nich należeć nie możesz!
— Niestety, nigdym w to nie spojrzał, co mi otwieracie, tak byłem zwinięty w sobie, tak w boleści swej zakochany, wtopiony!
— Jeszcze czas, czas jest zawsze, bracie.
— Ale nie dla mnie... — odparł Jan.
I znowu milczeli — długo posępnie. Słońce skryło się zupełnie, noc padała chłodna.
— Wróćmy do miasta — odrzekł Jan, powstając z ciężkością. I chciał się podnieść, ale jak gladjator w cyrku ranny, siły nie miał. Próżno starzec mu pomagał.