Pod włoskiem niebem/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVIII.

Któż opisze podziwienie, przestrach, a potem rozpacz Jana, gdy zbudzony w nocy, swej najdroższej Pepity nie zastał.
Szukał jej niespokojny, obłąkany, i nie znajdując nigdzie, spodziewał się ciągle, potem czekał, czekał długo, napróżno a uporczywie, potem płakał i łamał ręce z rozpaczy, biegając szalony, wysyłając, płacząc daremnie.
Pepita już kochała Lucia.
Zdziwicie się zapewne?... Nie dziwcie, wielkie namiętności są jak ognie wielkie, świecą bardzo, ale gasną prędko. W jego sercu, stałem sercu człowieka, co się nie wyczerpał, a przywiązania na inny przedmiot przenieść nie umiał... daleko było jeszcze do końca. Dla Pepity martwa ta miłość, łzawa, spokojna i smutna, długo wystarczyć nie mogła. I żal jej było z początku Jana, dwie nocy płakała po nim po cichu, potem wzdychała tylko, potem myślała, wspominała niekiedy. Lucio dla niej przystał lepiej, życie jego było jej życiem dawnem, przyrodzonem, pełnem pracy, znoju, niebezpieczeństw, ale pełnem silnych wzruszeń i niebieskich rozkoszy. Ona się zrodziła do tego życia.
A Jan? — on pojąć nie mógł w początku, jak stratę Pepity przeżyje. Wspomnienie cudnej dzieweczki jadło mu serce, obrazy życia w willi nad Tybrem przesuwały się mu nieustannie przed oczyma. I powtarzał: — Niech będzie skalaną a moją!
Ale trudno mu było ją wynaleźć. Nie pojmował nawet co się z nią stać mogło. — Porwał ją Paolo czy kto inny? Najdziwniejsze przez myśl przechodziły mu przypuszczenia; podejrzywał nawet najniewinniejszych Bernarda i Antoniego. Oni się litowali nad nim, ale Bernard powiadał, że się tego spodziewał.
— Jak chciałeś, mówił, długo być tak szczęśliwym? To nie podobna, to nie ludzka — byłbyś się rozczarował, dziękuj losowi. — Ona niewinna! z jej ognistem sercem jak długo pozostać przykutą do jednego?
Ale podobne pociechy i rozumowania nie pocieszały Jana. Dziewczę z czarnemi oczyma, z tą kibicią posągu, z wejrzeniem osłonionem ciemną rzęsą, z uśmiechem ukoronowanym białemi ząbkami, stało mu w myśli, biło w sercu. Płakał we śnie i zrywał się za marzeniem, które mu ją przedstawiało.
A z całego tego dramatu rozkosznego jak marzenie — pozostała tylko gałązka jaśminu zeschłego, i suknia czarna Pepity, rozdarta pierwszego wieczora.
Zawsze w nadziei jeszcze że ją spotka, znajdzie, lub choćby zobaczy — Jan nie chciał Rzymu opuszczać; nieustannie błądził po Transtevere, suwał się pod oknami starego domostwa Paola — chodził pod obraz Madony, gdzie pierwszy raz z nią rozmawiał.
Napróżno — długo napróżno.
Lato skwarne znów wypędziło z Rzymu bogatszych mieszkańców, stolica pustą się stała; Jan nie odjechał... miał zawsze nadzieję.
Jednej z tych nocy czarodziejskich, które Włochy tylko mają, oblanych księżycem, wonnych, srebrzystych i bezsennych, sparty o okno swego dawnego mieszkania, na przeciw sklepu Milanesego (gdyż w nadziei że go tam Pepita szukać będzie, przeniósł się tu znowu) — siedział Jan smutny w oknie sparty i patrzał jak patrzą ci co nic nie widzą, trupiem okiem na drugi świat jakiś.
Głębokiemu jego westchnieniu, odpowiadało drugie westchnienie, ale ciche i stłumione.
Zadrżał i obejrzał się.
Na przeciw niego stała — Pepita.
Zerwał się i chciał skoczyć przez okno, ale dziewczę krzyknęło i ku niemu pobiegło.
— Juanito!
I z kamienia nadrożnego rzuciła się w okno ku niemu, łapiąc rękoma za szyję, drżąca, spłakana. On ją w pół pochwycił, podniósł w powietrze i sadząc na kolanach, milczący całował. Nie mógł mówić, chciał umrzeć i była to jedna z tych chwil co się opisać nie dadzą.
— Juan, mój Juan! tyś płakał po mnie.
— Umierałem, odpowiedział Jan. — O! niewdzięczna, za tyle miłości tak mi się wypłacić, śmiercią, gorzej niż śmiercią, bo nie opisaną boleścią!
Pepita oczy spuściła.
— Jestżeś szczęśliwą — zapytał.
Dziewczyna westchnęła, ale nic nie odpowiedziała.
— Nie pytam, nie chcę badać cię o przeszłość — szeptał Jan — ale na Boga, na życie, wróć do mnie Pepita. Żyj ze mną.
— O! to być nie może, Juanito caro...
— Nie może, ty kochasz innego?
— Innego?... — on mężem moim.
— Mężem wykrzyknął Jan, i spuścił głowę na rękę. A ona jakby go pocieszać chciała, jak dawniej, jak niegdyś, przytuliła twarz do twarzy, do ust usta, i objęła go i uścisnęła.
— Pozwól mi choć być z tobą, choć patrzeć na ciebie, choć służyć ci, bylebym cię nie stracił.
— Lucio by cię zabił.
— Jaki Lucio?
Pepita nic nie odpowiedziała. A po chwili: — Trzeba się rozstać Juanito!... ja ciebie kocham, ale kocham i jego. Ja cię żałuję, i wiele, wiele łez wylałam po tobie. Ale być twoją nie mogę. Dawno już przychodzę pod okno i patrzę na ciebie i płaczę, dziś twój smutek mnie zwyciężył. A! Lucio! — dodała przerażona — ja wracać muszę...
I odpięła gałązkę świeżą jaśminu z włosów czarnych, przyłożyła do ust, oddała Janowi. — To pamiątka, to ostatnia odemnie. Adio, na zawsze! na zawsze!
Nim Jan opamiętać się mógł, już Pepity nie było.
Ale boleść po niej silniej jeszcze rozdrażniona została: wedle słów ostatnich dziewczynki, na — zawsze!
Nie wyszedł już Jan ze swojej izdebki, nie powrócił do kraju; gorączka naprzód, potem trawiące powolne zniszczenie młodemu odjęło życie. Powoli gasły oczy, bladła twarz, łamała się męska postawa, bielały włosy i ostatek chwil jego, samem bił w żyłach cierpieniem. Na cóż tak długiem?...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.