Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod włoskiem niebem.djvu/121

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    obojętnie, jak się patrzy na zachodzące słońce, ale bez myśli o jutrzejszym wschodzie.
    I myślał mimowolnie, zwracając się u końca do kraju, do swoich. Wszyscy tam zapomnieli o mnie, ona, najpierwsza — on, ostatni — teraz wszyscy. Dla czegożby pamiętać mieli? I ja gdyby mnie boleść nie ucisnęła, wspomniałżebym na nich? Nigdy może. Teraz dolewam żółci do kielicha, aby się kielich przepełnił i przelał, dobrowolnie. Smutek jest mi rozkoszą jakąś dziwną, dumnym jest z mego nieszczęścia.
    Te ostatnie słowa domówił głośno, domówił machinalnie, w języku swojej ziemi. Westchnienie litośne odpowiedziało mu na nie. Z wolna, bez ciekawości prawie zwrócił oczy w stronę zkąd przyszło.
    W arkadzie muru, prawie nad głową jego stał mnich z siwą brodą, poglądał nań z litością, i powitał znanym dźwiękiem rodzinnej mowy:
    — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
    Z podziwu odpowiedź na ustach Jana zamarła; usłyszeć nagle mowę ojczystą, gdzie? w Colosseum Rzymskiem! Pierwszy raz od dawna ciekawość poruszyła nim.
    — Ojcze, — rzekł — jesteśmy więc ziomkami.
    — Tak mój bracie — odpowiedział mnich — jednej polskiej ziemi synowie. Ale tyś nieszczęśliwy?
    — A ty?
    — Jam, spokojny! — odrzekł mnich. I powolnie po bryłach gruzu zszedł ku Janowi, siadł koło niego.
    Słońce rzucając złociste, gorące blaski na widok cudny, zachodziło za sine wzgórza. Długo na nie patrzali w milczeniu. Potem Jan począł rozmowę.
    — Ojcze, — rzekł — jakżeście w świecie się zwali i zkąd rodem jesteście?