Pod polską banderą/We dworze w Lipkowszczyźnie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział III.
We dworze w Lipkowszczyźnie.

Młode stadło osiedliło się w największej posiadłości Haraburdów — Lipkowszczyźnie, położonej pomiędzy Rzeżycą a Lucynem.
Dwór, niedawno zbudowany przez Władysławowego ojca, mógł zadziwić każdego, kto nie znał życia na dalekich kresach wschodnich. Była to raczej twierdza niż dwór, dla pomieszkania przeznaczony. Wzniesiony z potwornych kloców sosnowych, zabezpieczony w wały, fosę, zwodzony most, okutą żelaznemi sztabami bramę o potężnych wrzeciądzach, dom pana Władysława Haraburdy wymownie świadczył o ciągłem niebezpieczeństwie, zagrażającem jego mieszkańcom.
Bo też groźba zawsze wisiała w powietrzu. O niej to zaraz pierwszego dnia obszernie opowiadał młodej żonie pan Władysław.
— Nie pałac to ci, do jakich nawykłaś, luba Wandko, lecz żołnierska sadyba, warowny i bronią najeżony kasztel! Za króla Batorego po zwycięstwach na Moskwie rodzic stał się wielkim oszajcą i inną szlachtę na kresy pociągnął za sobą. Z różnych województw, a imprimis z Litwy, tu przybywali rycerze na nowe ziemie. Obsadzono warownemi zagrodami całą granicę Rusi Białej i Inflant — od Mścisławia aż pod Marienbork, co wpobliżu Izborska leży. Inni, jak Mohlowie i Komarowie, przeciągnęli łańcuch nowych osiedli przez Kurlandję — od Dyneburga na Rygę i aż hen! do Piltyna.
— Toż to musiało Szwedom się nie spodobać! — zawołała Wanda.
— Oj i jak! — odparł mąż. — Bez zwłoki, pod pozorem obrony zborów kalwińskich i luterskich przed zakusami ojców jezuitów, rozpoczęli Szwedzi najazdy srogie. Czynili to niby luźni wojownicy, ujmujący się za swoją wiarę, lecz my nieraz braliśmy w jassyr rajtarów zaciężnych i drabantów-ciurów, a nieraz i kogoś ze znaczniejszych przytrafiło się nam ucapić!
— A i od wschodu, z pewnością, niepokój macie od moskiewskiej strony? — pytała zaciekawiona pani Haraburdzina.
— Bez przerwy i bez wytchnienia! — zawołał pan Władysław. — Wojewodowie moskiewscy z Pskowa i drużynowi setnicy z Izborska, Kiwerowej Horki, Opoczki, Wielkich Łuków i Toropca raz po raz wysyłają do dawnych swoich białoruskich włości watahy hultajstwa, zbiegów więziennych, najemnych kozaków, dodając im do pomocy dobrego rynsztunku drużynników carskich.
— Srogi to i luty wróg! — szepnęła młoda pani, przerażona tyloma niebezpieczeństwami, wiszącemi nad głową męża.
— Z tymi — dużo szamotania się, lecz sprawa łatwa! Osaczymy, pobijemy i finis sine clamore! — odparł ze śmiechem. — Ze Szwedami — trudniej, bo zaraz gwałt, inkwizycja, długie scripta z kancelarji marszałka koronnego. Już szwedzkie ścierwa dawno robactwo pożre, a causa wciąż wikła się, niczem wiązka przędzy konopnej!
— A dlaczego tak inaczej ze Szwedem niźli z moskwitinem? — wtrąciła pytanie pani Wanda.
— Bo to widzisz, najmilsza dziecino, nasz król to sprawia — objaśnił rycerz. — Pobili go jego Szwedzi i koronę mu umknęli, a on wciąż do tronu Wazów wzdycha, jakby ci kochanek do kochanki! Ściga heretyków, za co złość przeciwko sobie sieje w Szwecji, a w innem — stara się przyciągnąć do siebie swoich niedoszłych szwedzkich poddanych i gnębi nas za uczynione im krzywdy, chociaż, po prawdzie, to oni nam krzywdę zadają i na Rzeczpospolitą naszą czyhają!
Zadumał się pan Haraburda i po chwili dodał:
— Mam ja królewski list przypowiedni i na mocy jego ludzi ściągam pod nasze znaki. Już wschodziły w pole nasze dwie chorągwie — witebska i dyneburska i pod Rygą i Kirchholmem w paragon z innemi znakami, oddawna wsławionemi, szły... Szerszenie złe z naszych stron wyfruwają!
Uśmiechnął się i dodał, obejmując młodą żonę:
— Gadam ci i gadam o rzeczach wojennych, a domu naszego dotąd nie pokazałem, jak to dziedziczce i pani na Lipkowszczyźnie słusznie się należy! Chodźmy, Wandko najsłodsza! Wszystko ci pokażę i niby komisarzowi oboźnemu z ręki do ręki oddam za pokwitowaniem, ot takiem — z pieczęcią!
Rycerz porwał urodziwą żonę i jął okrywać jej lica gorącemi pocałunkami.
— Miej litość, Władeńku, nad pokwitowaniem, bo żadne scripta tam się nie zmieszczą i pozostaną ino same pieczęcie! — wołała, śmiejąc się i broniąc żartobliwie.
Wyszli na dwór przez sień przysadzistego domu na podcieniach. Dokoła obszernego majdanu szły beluardy, a na nich w przerwach stały śmigownice.
W głębi wznosił się lamus, otoczony wewnętrznym nasypem z wyziorami dla strzelców.
W budynku widniały długie szeregi ustawionych rusznic, w dużych skrzyniach leżały bandolety, małe i duże pistolety, worki ze skałkami; na ścianach wisiały pałasze, karabele, szpady, buzdygany, stare miecze polskie i krzyżackie, nadziaki; na drewnianych półkach połyskiwały zbroice, karaceny, pancerze, misiurki tureckie i ruskie, hełmy, siodła, a po kątach — związane, niby snopy — lance, dzidy, włócznie, litewskie oszczepy o szerokich grotach, tatarskie dziryty, szwedzkie, niemieckie i moskiewskie berdysze.
— A pod lamusem są lochy, gdzie prochy trzymamy, baryłki z siarką i saletrą — opowiadał pan Haraburda.
— Zdobyczna to broń! — zauważyła młoda pani, ogarniając wzrokiem lamus.
— Od siedmiu pokoleń! — zawołał rycerz. — Wszystkie ludy złożyły się na ten lamus, bo, oprócz wojen, Haraburdowie nieraz wyjeżdżali na turnieje do ziemi niemieckiej, frankskiej, a jeden to nawet do Hiszpanów zawędrował, gdzie się potykał z czarnymi rycerzami maurskimi i napuszoną niby głuszce na tokowisku szlachtą andaluzką i kastylską; wszyscy przywozili do kraju broń zdobyczną. Tak się to i uzbierało, a jest tego na całą zacną chorągiew!
Pan Haraburda podparł się w boki i z dumą oglądał swój zasobny lamus.
Obory, śpichrze, odryny, stajnie, masztarnia, domy dla czeladzi dworskiej — wszystko było do obrony i oblężenia przysposobione. Wszędzie stały duże stągwie, pełne wody, na wypadek ognia, gdy nieprzyjaciel wypuszcza płonące smolne pociski i strzały; na narożnikach wałów tkwiły na wysokich palach czatownie.
Wszędzie czuła młoda dziedziczka wojnę, lecz jednocześnie wielki dostatek, przezorność i jeszcze większy ład.
Powrócili do dworu i zaczęli zwiedzać sadybę. W sieni obszernej z murowanym kominkiem, gdzie paliły się duże kloce smolnych korzeni, z pułapu zwieszał się dziesięcioramienny srebrny pająk ze świecami z żółtego wosku. Na ścianach widniały rogi jelenie, żubrowe, czaszki odyńców, skóry niedźwiedzie i wilcze. Szerokie drzwi o dwóch wierzejach prowadziły do świetlicy, gdzie przy blaskach zimowego słońca pieściły oczy gładko strugane i woskiem przytarte do gładkości stoły Kazimierzowskie, ławy na grubych, kulistych podstawach, o rzeźbionych oparciach zydle i od niedawna sprowadzane z Gdańska i Rygi do domów polskich fotele, skórą czerwoną i aksamitem wyścielane. Dwa duże mosiężne, pięknie wygięte pająki i świeczniki, stojące po rogach izby, służyły do oświetlenia. Na ścianach porozwieszane były drzeworyty gdańskie, arasy, pasy złotogłowia tureckiego i innych tkanin cudzoziemskich, a nad drzwiami — srebrny krucyfiks z Chrystusem, rzeźbionym w kości słoniowej w wieńcu ze złota i drobnych perełek.
Z jesionowych desek podłoga, natarta woskiem, świeciła się, jak zwierciadło weneckie, a grube belki modrzewiowe sączyły z pułapu miłą żywiczną woń.
Pani Haraburdzina, aczkolwiek nawykła z dzieciństwa do przepychu pałacowego, klaskała w dłonie z radości. Wszystko jej się podobało w tym domu, o oknach, obwarowanych mocnemi okiennicami o mosiężnych zaszczepkach i żelaznych, kutych wrzeciądzach.
W izbie biesiadnej, gdzie stały stoły dla gości, po ścianach ciągnęły się półki rzeźbione, ustawione szklenicami z barwnego szkła, kubkami z kruszców, wymyślnemi konwiami, misternie cyzelowanemi roztruchanami, łagwiami ze srebra i cyny, misami, półmiskami, dzbanami i innym sprzętem stołowym, a tak pięknym i dobranym, że w każdym pałacu znalazłby się na poczesnem miejscu.
— No, a teraz rozglądnij się po alkierzu! — rzekł pan Władysław, wprowadzając żonę do izby, gdzie stało bogato przybrane łoże, przykryte narzutką ze złocistej olenderskiej walensy z herbem Haraburdów — Abdankiem pośrodku.
Mówiąc to, potrącił młodą żonę do czarnej, dębowej, suto rzeźbionej w Gdańsku almarji, gdzie się przechowywały najdroższe stroje niewieście i klejnoty.
Otworzył szafę i pani Wanda krzyknęła uradowana i zdumiona. Od dołu do góry była bowiem szeroka almarja szczelnie zapełniona.
— Jakież tu śliczności! — wołała, przebierając leżące na półkach zwoje cienkiej hiszpańskiej karazji, altembasów różnobarwnych, lam świecących, cienkiego jak pajęczyna muślinu, jedwabnej szemki, sztuki najlepszego gmentu lnianego, walensy i anszkotu. Z kołków zwisały wspaniałe, bogate wolanty, smukawice, sółtany, oświki, bramki, rańtuchy, łoktusze, forboty, wstążki i inne stroje, potrzebne białogłowie — odświętne, wyjazdowe i domowe; w puzderkach połyskiwały złotem i kamieniami zankiele, sprzączki, klamry, zaponki, alszbanty, pągwice, a na samym przedzie stał sepecik z drzewa cynamonowego, a w nim — pierścienie, zausznice, obręcze ozdobione turkusami, krwawnikami i emalją oraz mała, niby tabakiera, z onyksu wycięta skrzyneczka z pierścieniem, w którym skrzył się i mienił duży, jak bób turecki — parangon, zdobyty przez młodego rycerza na jakimś możnym bojarze pod Kłuszynem.
Na uboczu stały emalją powleczone lub ze szkła tęczowego lane balsamki z pachnidłami; w głębi — na mosiężnych haczykach wisiały zwierciadła, w srebro, kość słoniową i drzewo cudzoziemskie oprawne.
— Z Rygi sprowadzimy przednią mistrzynię fraucymeru, co uszyć umie i wszelkie fjoki układać — śmiał się pan Haraburda, ucieszony radością żony. — Taka ci wszystko porobi, czego zażądasz, a gdy się oporządzisz, do sąsiadów pajuków poślemy, aby zjeżdżali na zabawę. Zatańczymy sobie wielkiego, cenara, no i naszego krzesanego, hu-ha!
Porwał panią Wandę wpół i tupiąc, bijąc hołubce, okrążył z nią alkierz, wybiegł do izby jadalnej, a później do świetlicy i sieni w szalonych obrotach tanecznych, w wirze pocałunków i objęć, pośród pokrzykiwań tak ochoczych, że aż służebne i pachołkowie wiwatować zaczęli.
Rozradowany dziedzic tańczył, a oprzytomniał dopiero wtedy, gdy stary Maciej, co kasztelanowi, panu Michałowi, jeszcze służył, zapytał:
— Może z moździerza huknąć?
— Hukniesz, Macieju, ale za miesiąc! — zawołał pan Haraburda.
Istotnie minął miesiąc, a cały majdan Lipkowszczyzny zatłoczył się saniami zwykłemi i takiemi, na których ustawiano karoce, brykami, wózkami i pospolitemi dryndulkami, końmi, tobołami, bulzami, jukami, z uwijającymi się dokoła hajdukami, forysiami, pachołkami i inną czeladzią w barwach i bez barw.
Na zew lubianego powszechnie rycerza goście tłumnie zjeżdżali ze wszystkich stron. Przybyli możni kurlandzcy Mohlowie i Komarowie, witebszczanie Sapiehowie i Korsakowie bez liku, co spowodowało gadkę, że „co krzaczek — to Korsaczek“, senjor osadników — jowjalny a złotego serca Bohdan Marcinkiewicz, Stulgińscy Czarni i Biali, barczyści, mrukliwi Kiełpszowie; rudzi, jak płomienie, bitni Mohuczowie; Mzurowie, wszystkich na Inflantach wzrostem i siłą przewyższający; weseli i rubaszni Lisowie z pod Lucyna, przezwani „skrzatami kresowemi“, bo klęskę i postrach wśród hołoty, nasyłanej przez ruskich bojarów, szerzyli; Rożnowscy — mężowie stateczni; Nowkuńscy, co gnieździli się koło Siebieża i chłopstwo białoruskie do ładu i prawa naginali; Dubissa-Kraczakowie i Jurgiełty, co przybyli tu z Litwy, straszni w pojedynku, a zaczepni i do waśni skorzy; poważni i przemyślni Niedźwieccy, pierwsi do rady i ofiary; przybyli potentaci z Kurlandji — Grotusy, skoligaceni niegdyś z najsławniejszymi komturami Krzyżowymi, a obecnie prawdziwi przyjaciele Polski i wiary katolickiej żarliwi obrońcy; zawadjaki i zawalidrogi — Kułakowscy dyneburscy i inni z małżonkami, synami i córkami, a wszyscy ochoczy, życiem bujnem kipiący, strojni i buńczuczni.
Zjechała się i mniejsza brać szlachecka, nieraz szaraki zagrodowe, co same przy radle chodziły, ruszając nigdy nieoraną ziemię kresową, a na wojnę śpiesząc z oszczepem łowieckim, ze starodawnym łukiem, zardzewiałemi arkebuzami, opieranemi przy strzale na żelaznych hakach; byli to dusigrosze, żmindy, waśniące się ze Szwedami i białoruskimi popami o każden łan, o połać wygonu i skrawek boru, a gdy przychodziła godzina wojny — wszyscy dążyli gromadnie w pole, chwytając z braku dobrej broni, za kosy, piesznie, topory, a nawet szewckie gnypy, którerai dżgali w brzuchy ludzi i konie.
Ona to, ta drobna szlachta zagrodowa, lejąc swoją krew, posuwała coraz dalej na wschód naciosy graniczne i waliła po borach zasieki, broniące przed wrażą konnicą.
Wszystkich z jednakową gościnnością i sercem otwartem podejmowali państwo Haraburdowie w Lipkowszczyźnie. Nie było tu wyższych i niższych, wysoko urodzonych i szlachetek podrzędnych, od wczoraj do herbu przyjętych. Była tam w owe czasy jedna wielka rodzina kresowa, rycerz przy rycerzu, obywatel wierny swego kraju, na losy jego pamiętny, do ofiarności gotowy. Wszyscy nie raz i nie dwa bili się obok siebie z wrogiem od północy, wschodu i południa, znali się od lat długich i ciężkich, lubili się i szanowali wzajemnie.
Nikt się więc nie zdziwił, że, pierwszą łagiew miodu podniósłszy wysoko nad okrągłą, upartą głową, przemówił do państwa młodych szaraczek dyneburski, imć pan Ksawery Klontyński, i, aczkolwiek mówił z chłopska i rusińska, gadał dobrze i wszystkich rozochocił:
— Nie budu ja bajać mnogich dubów smolonych, boć to rzecz dubielów godna, a wypiję ten oto miód za to, aby Polszcza nasza, jak ostaje od wieków wiecznych, tak niech i ostaje po wieczyste czasy! Niech te młode wilki, co prydut od tej pary wilczurów, pokładą się przy zasiekach od wschodu i kły sierdziste szczerząc i łyskając ślepiami, worogów Polszczy w bojaźni i pokorze dzierżut!
I zaczęła się zabawa taka, że nikt nie słyszał, jak pacholikowie, sianem napchawszy moździerze i garłacze, walili z nich na wsze strony, prochów nie żałując; jak hałłakowała na majdanie przy ogniskach pijana służba; jak ujadały łańcuchowe brytany, rżały konie, ryczało spłoszone hałasem bydło oborowe i wybuchały śmiechem i skargami niby to wylękłe dziewki służebne, ścigane i śniegiem zasypywane przez podchmielonych parobków dworskich.
Pan Władysław, wesół i dumny z urodziwej żony, co chwila klaskał w dłonie i pokrzykiwał, poczem „marszałek“ Maciej i jeszcze bardziej wiekowy „podczaszy“ Bartłomiej wchodzili na czele całego regimentu w liberje przybranych hajduków, roznoszących półmiski z setkami prostych i wymyślnych dań i dźwigających dzbany z winem.
Sławniejszego wina i innych trunków nie podawano, z pewnością, nawet na królewskich ucztach, gdyż król, tęskniący do Szwecji, jak powiadali trefnisie, „nigdy nie był ochotny do puhara i jadła“.
Coraz częściej rozlegał się głos młodego gospodarza:
— Jeszcze akwawity, waszmościowie i waćpanie — mili sercu naszemu przyjaciele, bo, quam poeta dixit:

„Jak gościa przywita —
Zaraz na stole piwo, akwawita!“

— Ja się i piwa napiję! — sentencjonalnie rzekł siwy jak gołąb, a zabijaka sławny za dawnych czasów, pan Onufry Bończa-Brujewicz, niegdyś podręczny ordynans króla Stefana.
Pacholik natychmiast postawił przed nim konew z piwem, czarnem i piennem, miętą i imbirem pachnącem.
— Goście drodzy, z duszy-serca was witamy! Nalać alakantu do puharów! — wołał pan Haraburda.
Po alakancie pito małmazję, maderę, kanary jasne i ciemne, a później z hałasem i turkotem wtoczono ogromną kufę petercymentu i pito na umór, aż dusza odrywała się od ciała i spoglądała na ziemię z wyżyn nieznanych, gdzie niby na falach pływała po morzu wesołości i beztroski.
Paniom podawano zagraniczne pinioły, seki, słodki, wonny muszkatel i polskie miody, co im gnały wesołość do nóg.
W sieni zagrała kapela i wszystko, co żyło, jęło tłoczyć się i rwać szerokim, niesfornym potokiem do świetlicy, nie wypuszczając jednak z rąk puharów, kubków i roztruchanów...
Aż grube belki ścian i pułapy drżeć zaczęły, kolebać się i miotać płomyki świec, gdy podchmielona brać biesiadna puściła się w tan. Tańczono wszystko naraz: krzesany mazur szalał obok statecznego cenara, zawrotny obertas przy italskiej kapreoli; powolny i posuwisty staropolski „pieszy“ kroczył wśród par, szalejących w gonionym, tupiących zawzięcie w drobuszce, rzucających się w hołubcach lub krygujących się w zamorskiej skocznej galardzie.
Wszystkich jednak prześcignął w tańcach pan Tomasz Dubissa-Kraczak. Tańczył wszystkie tańce i ze wszystkiemi niewiastami pokolei, a gdy nareszcie udało mu się w odbijanym porwać panią Wandę Haraburdzinę, wyszedł z nią na środek świetlicy i zaśpiewał donośnym, dźwięcznym głosem:

„Mogę z galardy we włoską pergameszkę skoczyć,
Pląsy ruskie wyprawiać, polskim tańcem toczyć!“

Wykonał pan Tomasz ze swoją nadobną tancerką skoczne pląsy italskie, wyciął kozaka, aż dom w posadach drgnął i dwie świece wypadły z pająka, a później posuwistym krokiem, z zachwytem w oczach popłynął przez świetlicę, sień i przez boczne komnaty aż do izby biesiadnej i tam, usadowiwszy tancerkę, padł przed nią na kolana, krzyknąwszy aż zahuczało:
— Pić z pantofelka!
Zabawa trwała całą noc i dopiero przed południem uciszyło się nieco, bo pachołkowie odprowadzali i roznosili gości na wyznaczone im kwatery.
Przy stole pozostali tylko rosły pan Tomasz, błyskający kłami Wacek Mzura i siwy, jak gołąb, pan Onufry Bończa-Brujewicz.
Młodzi pili i słuchali, jak stary rycerz mruczał:
— Ja się i piwa napiję, i akwawity, i małmazji, ba! nawet petercymentu, albo, jeśli łaska i ochota, gorzałki grzanej, bo i to na frasunek — dobry trunek!
Słońce oddawna wdzierało się przez zamknięte okiennice i igrało z siwą czupryną dziarskiego staruszka.
Przy drzwiach, osunąwszy się na ławę, chrapali ubrani w czarne czamary sędziwy Bartłomiej i nie mniej od niego sędziwy Maciej — marszałek.
Tak wyprawił pan Władysław Haraburda spóźnione oczepiny młodej żony we dworze swoim w Lipkowszczyżnie, a gdy pozostał z nią w alkierzu — zaśpiewał:

— Oj chmielu, chmielu, szerokie liście!
Już Wandeczkę oczepiliście!
Oj chmielu, oj nieboże,
Niech ci Pan Bóg dopomoże,
Chmielu nieboże!

Śpiewając i przytupując z wielkiej ochoty, jął wkładać jej na głowę biały czepek z brabanckich forbotów, przetykanych złotym łańcuszkiem i sznurkiem pereł adziamskich.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.