Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ziemie. Obsadzono warownemi zagrodami całą granicę Rusi Białej i Inflant — od Mścisławia aż pod Marienbork, co wpobliżu Izborska leży. Inni, jak Mohlowie i Komarowie, przeciągnęli łańcuch nowych osiedli przez Kurlandję — od Dyneburga na Rygę i aż hen! do Piltyna.
— Toż to musiało Szwedom się nie spodobać! — zawołała Wanda.
— Oj i jak! — odparł mąż. — Bez zwłoki, pod pozorem obrony zborów kalwińskich i luterskich przed zakusami ojców jezuitów, rozpoczęli Szwedzi najazdy srogie. Czynili to niby luźni wojownicy, ujmujący się za swoją wiarę, lecz my nieraz braliśmy w jassyr rajtarów zaciężnych i drabantów-ciurów, a nieraz i kogoś ze znaczniejszych przytrafiło się nam ucapić!
— A i od wschodu, z pewnością, niepokój macie od moskiewskiej strony? — pytała zaciekawiona pani Haraburdzina.
— Bez przerwy i bez wytchnienia! — zawołał pan Władysław. — Wojewodowie moskiewscy z Pskowa i drużynowi setnicy z Izborska, Kiwerowej Horki, Opoczki, Wielkich Łuków i Toropca raz po raz wysyłają do dawnych swoich białoruskich włości watahy hultajstwa, zbiegów więziennych, najemnych kozaków, dodając im do pomocy dobrego rynsztunku drużynników carskich.
— Srogi to i luty wróg! — szepnęła młoda pani, przerażona tyloma niebezpieczeństwami, wiszącemi nad głową męża.
— Z tymi — dużo szamotania się, lecz sprawa łatwa! Osaczymy, pobijemy i finis sine clamore! — odparł ze śmiechem. — Ze Szwedami — trudniej, bo