Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sławniejszego wina i innych trunków nie podawano, z pewnością, nawet na królewskich ucztach, gdyż król, tęskniący do Szwecji, jak powiadali trefnisie, „nigdy nie był ochotny do puhara i jadła“.
Coraz częściej rozlegał się głos młodego gospodarza:
— Jeszcze akwawity, waszmościowie i waćpanie — mili sercu naszemu przyjaciele, bo, quam poeta dixit:

„Jak gościa przywita —
Zaraz na stole piwo, akwawita!“

— Ja się i piwa napiję! — sentencjonalnie rzekł siwy jak gołąb, a zabijaka sławny za dawnych czasów, pan Onufry Bończa-Brujewicz, niegdyś podręczny ordynans króla Stefana.
Pacholik natychmiast postawił przed nim konew z piwem, czarnem i piennem, miętą i imbirem pachnącem.
— Goście drodzy, z duszy-serca was witamy! Nalać alakantu do puharów! — wołał pan Haraburda.
Po alakancie pito małmazję, maderę, kanary jasne i ciemne, a później z hałasem i turkotem wtoczono ogromną kufę petercymentu i pito na umór, aż dusza odrywała się od ciała i spoglądała na ziemię z wyżyn nieznanych, gdzie niby na falach pływała po morzu wesołości i beztroski.
Paniom podawano zagraniczne pinioły, seki, słodki, wonny muszkatel i polskie miody, co im gnały wesołość do nóg.
W sieni zagrała kapela i wszystko, co żyło, jęło tłoczyć się i rwać szerokim, niesfornym potokiem do świetlicy, nie wypuszczając jednak z rąk puharów, kubków i roztruchanów...