Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzwiami — srebrny krucyfiks z Chrystusem, rzeźbionym w kości słoniowej w wieńcu ze złota i drobnych perełek.
Z jesionowych desek podłoga, natarta woskiem, świeciła się, jak zwierciadło weneckie, a grube belki modrzewiowe sączyły z pułapu miłą żywiczną woń.
Pani Haraburdzina, aczkolwiek nawykła z dzieciństwa do przepychu pałacowego, klaskała w dłonie z radości. Wszystko jej się podobało w tym domu, o oknach, obwarowanych mocnemi okiennicami o mosiężnych zaszczepkach i żelaznych, kutych wrzeciądzach.
W izbie biesiadnej, gdzie stały stoły dla gości, po ścianach ciągnęły się półki rzeźbione, ustawione szklenicami z barwnego szkła, kubkami z kruszców, wymyślnemi konwiami, misternie cyzelowanemi roztruchanami, łagwiami ze srebra i cyny, misami, półmiskami, dzbanami i innym sprzętem stołowym, a tak pięknym i dobranym, że w każdym pałacu znalazłby się na poczesnem miejscu.
— No, a teraz rozglądnij się po alkierzu! — rzekł pan Władysław, wprowadzając żonę do izby, gdzie stało bogato przybrane łoże, przykryte narzutką ze złocistej olenderskiej walensy z herbem Haraburdów — Abdankiem pośrodku.
Mówiąc to, potrącił młodą żonę do czarnej, dębowej, suto rzeźbionej w Gdańsku almarji, gdzie się przechowywały najdroższe stroje niewieście i klejnoty.
Otworzył szafę i pani Wanda krzyknęła uradowana i zdumiona. Od dołu do góry była bowiem szeroka almarja szczelnie zapełniona.
— Jakież tu śliczności! — wołała, przebierając