Po latach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Po latach
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie „Kalendarz Powszechny Na Rok Zwyczajny 1886“
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1886
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


PO LATACH.
OBRAZEK
PRZEZ
Klemensa Junoszę.





W ustronnym dworku wiejskim, w pokoju, którego drzwi wychodziły na ogród, siedziała młoda kobieta. U nóg jéj, na dywanie, jasnowłosa dziewczynka bawiła się lalką — a zachodzące słońce przez drzwi otwarte rzucało złote blaski na tę grupę wdzięczną.
Matka z zachwytem patrzyła na swą jedynaczkę i słuchała jéj wesołego szczebiotu... Nagle dały się słyszéć szybkie kroki i szelest sukni, i do pokoju wbiegła osoba słusznego wzrostu, szczupła, o wyrazistych czarnych oczach, które w téj chwili migotały dziwnym blaskiem, zdradzając silne wzruszenie...
Na bladą twarz przybyłéj wystąpiły rumieńce, oddech miała przyśpieszony, krótki, jakby po szybkim biegu lub zmęczeniu. Usta jéj drgały nerwowo. Widocznie wiele, wiele miała do powiedzenia, lecz słowa więzły jéj w gardle. Zaledwie na kilka urywanych wyrazów zdobyć się mogła.
— Róziu — rzekła — Róziu, jeżeli mnie kochasz... jeśli co dobrego mi życzysz, każ natychmiast zaprzęgać... ja muszę ten dom opuścić.
Młoda kobieta z podziwieniem na mówiącą spojrzała.
— Jakto, ciociu? chcesz odjechać tak niespodziewanie, tak nagle? co za powód skłania cię do takiego kroku? wszakże przyjęłaś naszą gościnność aż do zimy...
— Prawda, a jednak... ja tu pozostać nie mogę; nie mogę, moja Róziu... niepodobieństwo!
— Czym ciocię czém obraziła? czy może Leon? gubię się w domysłach co się stało!
— Ty, Rózieczko, jesteś aniołem dobroci, a twój mąż, pan Leon, wzorem uprzejmego gospodarza; jabym tu całe lata u was siedziała, lecz zaszła okoliczność nieprzewidziana, okoliczność, wobec któréj pozostać tu z wami pod jednym dachem nie mogę, Rózieczko, nie mogę...
— Zagadkami przemawiasz, droga ciociu, zagadkami, z których ja to tylko rozumiem, że odjazd twój sprawia mi niespodziewaną a największą przykrość. Mam jednak nadzieję, że może przyczyna, dla któréj chcesz nas opuścić, da się usunąć...
— O! nie, moja Róziu, powtarzam li tylko moją prośbę: każ zaprządz natychmiast, rzeczy odeślesz mi późniéj, bylebym tylko mogła wyjechać zaraz, zaraz bez zwłoki, bylem ten dom opuściła.
— Jestem przerażona doprawdy, lecz droga cioteczko, powiedz mi przynajmniéj o co idzie...
— Oh, wcale nie o wielkie rzeczy... zresztą domyślasz się zapewne... mąż twój ma gościa, z którym nie chciałabym się spotkać za nic w świecie...
— Z panem Ksawerym? kuzynem mego męża?..
— Tak jest.
— Z panem Ksawerym!? ależ ciocia nie zna go wcale... przyjechał dopiero przed chwilą i jeszcze dotychczas nie pokazywał się w salonie...
— Masz racyę, Róziu, ja go już nie znam, oddawna go nie znam, ja go nie znam od czasu gdy byłam jeszcze młodą i piękną, od lat kilkunastu może... a teraz poznawać go na nowo nie mam już ochoty...
— Więc to może dawna miłość, ciociu?...
— Nie, moja Rózieczko, to jest... to jest mogiła, która się już zapadła na zawsze... Nie każcie mi odgrzebywać tego, co pochowane... co umarło, nie naruszajcie popiołów... Widzisz, moja Róziu, że ja o tém spokojnie mówić nie mogę... wejdź w moje położenie i pozwól mi ztąd odjechać... ja powrócę do was, powrócę... ale jak już jego tu nie będzie.
— Trudno... spełnię życzenie twoje, ciociu, lecz pomyśl jak to będzie wyglądało? Co sobie Leon pomyśli? Zresztą ja, gdybym była w tém położeniu, nie uciekałabym wcale; bo jeżeli on względem cioci zawinił, to właśnie należałoby przyjąć go zimno, obojętnie, z lodowatym chłodem; dać mu poznać, że jest zupełnie obcym, że nie wywiera już żadnego wrażenia...
— O! tak... tak... masz słuszność... to są rzeczy już zapomniane, dawno pogrzebane; pan Ksawery obchodzi mnie tyle, ile śnieg zeszłoroczny, ale... ale pozwól mi, Róziu, odjechać pomimo tego.
— Ciociu, ciociu! ty go jeszcze kochasz, jak widzę...
— Ja? ja go mam kochać? Dziwne przypuszczenia... ja go wcale, wcale ani trochę nie kocham, ja go nie chcę nawet widziéć zupełnie.
— Tém gorzéj, ciociu; nienawidzisz go, jak uważam...
— Także nie... to byłoby zawiele honoru... nie kocham i nie nienawidzę... ale odjeżdżam. Pośpiesz, moja Róziu, proszę cię, czas biegnie... a jeżeli zechcesz kiedy dowiedziéć się o historyi mojéj znajomości z tym panem, to ci przy sposobności opowiem.
— Jesteś niewzruszoną, jak widzę, moja ciociu, lecz cóż mam robić? Stanie się według woli twojéj. Sama pójdę wydać rozporządzenia i pozwolę ci odjechać, kiedy nie może być inaczéj. Chodź, Janinko, z mamusią — rzekła, biorąc dziecko za rękę.
Kiedy pani Róża wyszła z pokoju, osoba, którą tytułowano ciotką, została sama.
— Kiedy inaczéj być nie może — rzekła półgłosem do siebie. — Nie, stanowczo nie może być inaczéj; a jednak... jak ja go niegdyś serdecznie witałam, z jakiém utęsknieniem oczekiwałam chwili jego przyjazdu; to już było tak dawno... tak bardzo dawno... przez ten czas w moich czarnych warkoczach pokazało się kilka nici srebrnych; przez ten czas oczy moje wylały tyle łez, tyle gorzkich łez... Ciekawa jestem, czy on się bardzo zmienił? czy zawsze ma to łagodne spojrzenie? Rzuciłabym chętnie okiem na niego, nie dlatego żebym go miała kochać, nie! bo ja go nie kocham bynajmniéj, ale tylko żeby go zobaczyć chociaż jeden raz jeszcze w życiu, poprostu z ciekawości.
Przeszła się kilka razy po pokoju, przesunęła białą ręką po czole i usiadła zamyślona przy oknie.
— Mój Boże! — rzekła cicho — ja temu człowiekowi zawdzięczam i najpiękniejsze i najczarniejsze chwile mego życia. On błysnął przede mną jak jasny meteor, olśnił mnie, oślepił... a potém... potém zniknął i otoczyła mnie noc czarna... Tempi passati... Skończona sielanka młodości, pełna ułudy i wdzięku. Stosunek nasz, jak go sobie dziś przypominam, to był romans dwojga dzieci, sympatya dwóch dusz młodocianych lgnących do siebie mimowiednie... Ja miałam wówczas lat siedmnaście zaledwie, on koło dwudziestu najwyżéj... dziś jam prawie stara panna, mam już trzydziesty drugi rok życia, a on... on mężczyzna w sile wieku, malarz, artysta ogólnie ceniony, człowiek z głośném nazwiskiem... a przytém zapewne mąż szczęśliwéj, kochającéj go kobiety, ojciec rodziny... Chciałabym go jednak zobaczyć, pragnęłabym szczerze, bez względu na to, co było między nami...
Zamyśliła się smutnie. Przez długą chwilę siedziała tak pogrążona w dumaniach, nareszcie wstała i rzekła głosem stanowczym:
— Pojadę.
W téj saméj chwili wszedł do pokoju mężczyzna w sile wieku i prawdziwie męzkiéj urody. Ciemno-blond włosy spadały mu trochę na czoło, długie wąsy ocieniały wargi, a broda dodawała mu powagi. Wszedłszy, zatrzymał się na progu.
Przez chwilę stali oboje milcząc i spoglądali na siebie wzrokiem pełnym zdumienia. On zwłaszcza nie spodziewał się tego spotkania.
— Pani tutaj? — zapytał nieśmiało.
— Dziwna rzecz, że mnie pan poznał...
— Pani!
— Dziwna, doprawdy! człowiek z takim rozgłosem jak pan, odbierający na każdym kroku dowody uwielbienia i hołdów... człowiek, który tak długi czas spędził za granicą oddany wyłącznie sztuce, mógł łatwo zapomniéć, że daleko, daleko, w zapadłym kącie naszéj ziemi, żyje jakaś biedna istota.
— Nie mów tak pani.
— Dlaczego? wszak to bardzo naturalne, wśród powodzenia, oklasków...
— Powodzenia! — rzekł gorzko — a czy pomyślałaś pani jaką drogą dochodzi się do powodzenia, jakie trudności zwalczać, jakie przeszkody przełamywać należy... W takich ciężkich chwilach wspomnienie stron rodzinnych, wspomnienie osób drogich jest może jedyną podporą, jedyném źródłem, z którego siły czerpać można. Ileż-to razy myśl moja biegła w te strony, ile razy błądziła nad modremi wodami téj rzeki, pod cienistemi konarami dębów... biegła tu smutna, stęskniona, potrzebująca uspokojenia i pociechy... Jak drogiém byłoby wtedy jedno słowo życzliwe, jeden uścisk dłoni bratniéj... Panno Anno!.. lecz czy mogę panią tak nazywać?
— Jakto?
— Wyjechawszy z kraju, wyszedłem ze stosunków tutejszych... zdaje mi się, że w tym samym czasie mniéj więcéj pani udałaś się do krewnych swoich na Wołyń, nie miałem o pani żadnéj wiadomości... Dziś, spotkawszy ją przypadkiem w domu mego blizkiego kuzyna i przyjaciela, nie wiem jak mam tytułować... Zapewne jesteś pani mężatką, zapewne znalazłaś kogoś godnego twéj ręki i serca. Posiadł skarb nieoszacowany ten... szczęśliwiec!..
— Nie, panie; dotychczas jeszcze nikt tego, jak pan nazywasz, „skarbu” nie posiadł i mam nadzieję, że nie posiędzie. Nie umiałabym sercem za serce odpłacić, gdyż... gdyż ja nie wierzę w miłość... na świecie tyle jest przewrotności, tyle fałszu, tyle przysiąg kłamanych i uczuć udawanych tylko, że uwierzyć w szczere, czyste, bezinteresowne przywiązanie... niepodobieństwo!.. Ale ja rozgadałam się zbytecznie; zapominam, że właśnie w téj chwili zaprzęgają dla mnie konie, muszę się pożegnać z Rózią i z Leonem, i odjeżdżam...
— Dokąd?
— Na Wołyń... dziś jeszcze będę na stacyi kolei, a ztamtąd para uniesie mnie daléj... Żegnam pana...
— Panno Anno...
— Dlaczego mnie pan zatrzymujesz, co między nami może być wspólnego? jaką przyjemność pan, człowiek tak już uznany i wsławiony, znaléźć możesz w rozmowie z biedną, wiejską dziewczyną, która poza folwark, poza sferę czubatych kokoszek i krówek graniastych nie wyjrzała nigdy...
— Proszę pani, zostań; chciałbym... tak dużo mam pani do powiedzenia.
— Zostawmy to na kiedyindziéj; dziś żegnam pana... ostatecznie zachować muszę formę przyzwoitości światowéj i pożegnać uprzejmych gospodarzy tego domu, u których kilka chwil bardzo przyjemnych spędziłam...
— To trudno będzie...
— Dlaczego?
— Bo przed pięcioma minutami Leon z zoną i małą Janinką pojechali na drugi folwark. Mówił mi Leon, że za dwie godziny powrócą.
— Niepodobna!
— Tak jest; żegnając się ze mną Leon mówił mi, że ma prześliczny ogród i radził, żebym go zobaczył. Nawet, powiem pani więcéj: odjeżdżając szepnął mi do ucha, że w tym ogrodzie mogę spotkać kogoś znajomego dobrze... Właśnie miałem iść i spotkałem panią.
— O! panie, to żart zadaleko posunięty...
— Dlaczego?
— Nie rozumiem co się stało — odrzekła, unikając odpowiedzi wprost. — Rózia miała kazać zaprządz dla mnie.
— Uczyni to zapewne jak powróci, dwie godziny rzecz nie wielka; przecież na téj kolei kilka pociągów kursuje; tymczasem aż do ich powrotu musi tu pani pozostać; bez pożegnania nie wypada odjechać...
— Jestem zakłopotaną istotnie.
— Co robić? znaleźliśmy się niespodzianie w pewnego rodzaju niewoli, trzeba godzić się z losem... Może więc wyjdziemy obejrzéć ten ogród zachwalany tak przez Leona...
— Niech pan idzie tam, ja udam się do mego pokoju i skorzystam z czasu, ażeby ułożyć rzeczy do drogi.
— Przecież pani byłaś zupełnie gotową do wyjazdu.
— Tak... ale...
— Ale gdybyśmy poszli do ogrodu, cóżby w tém złego się stało? Pani Leonowa odjeżdżając powiedziała mi, że nie będę się nudził, że zostawia na swojém miejscu bardzo miłą i uprzejmą vice-gospodynię.
— Ona tak powiedziała!? Rózia? to niepodobna.
— Daję pani słowo, że tak jest... widocznie pani Leonowa była przekonaną, że ją pani wyręczy, jeżeli jednak czas pani nie pozwala...
— Rózia mi daje dziwne mandaty, doprawdy... bądź co bądź, nie chciałabym, żebyś pan powziął złe wyobrażenie o naszéj wiejskiéj gościnności, a zatém, jako zaimprowizowana vice-gospodyni, będę czyniła panu honory domu... przedewszystkiém więc proszę, niech pan raczy usiąść...
— Możebyśmy raczéj zwiedzili ów ogród?..
— Jeżeli życzy pan sobie, to służę. Istotnie ogród jest bardzo piękny, niedawno tu jestem, a już polubiłam to ciche ustronie... Chciałabym umrzéć tutaj...
— Poco tak smutne myśli? przed panią życie, świat, przyszłość...
— Nie mówmy o tém... chcę pozostać w roli uprzejméj gospodyni. Jak zdrowie szanownego pana?..
— Dziękuję... jest ono, jak pani widzi, kwitnące.
— Spodziewam się, że i jego szanowna małżonka wraz z dziećmi...
— Tym razem dziękuję w imieniu nieistniejących...
— Więc pan nie ożeniłeś się dotąd?
— Dotychczas... nie...
— Dlaczego?.. ale zkądżeż mam prawo o to pytać... patrz pan, jakie prześliczne róże... to tryumf ogrodnika Leonów.
— Istotnie są one zadziwiająco piękne, szczególniéj ta ponsowa, nie wiem jak ją nazywają ogrodnicy, ludzie fachowi; ale pomnę, że kiedy byłem młody, bardzo jeszcze młody, nazywałem ją... „miss Anna.”
— Czyż pamiętasz pan?
— Całe życie pamiętać będę i ten kwiat przepyszny i okoliczności, w których nadałem mu tę nazwę; rozgniewałem wówczas kogoś... pomnę, młodą osóbkę... za to, że ośmieliłem się nazwać różę jéj imieniem... pamiętam, jak zarumieniła się wtedy... a późniéj pobiegła na trawnik, zerwała jakiś długi, wpół zeschły badyl i nazwała go „sir Ksawery.” Zdaje mi się, że to było wczoraj dopiero... a przecież ileż to wody od tego czasu upłynęło...
Zamyślili się oboje, szli obok siebie w milczeniu przez cienisty szpaler ze strzyżonych grabów; ona machinalnie obrywała kwiat trzymany w ręku, on zaś spoglądał przed siebie i wpatrywał się w promień zachodzącego słońca, który między liście się wśliznął i jak pasmo złotych nici rozłożył się na trawie.
Ona pierwsza przerwała milczenie.
— Widzisz pan, żem nieosobliwsza vice-gospodyni: nie umiem gościa zabawić; jesteś pan smutny, zamyślony, rozmowa nam się nie klei...
— Powiedz pani raczéj, że to moja wina... ja właściwie zabawić panią winienem, ale ja zwykły malarz... specyalnością moją przemawiać językiem barw, światła i cieni... bogactwa słów i daru wymowy nie posiadam... Jednak, jeśli pozwolisz pani, powiem ci bajeczkę, będzie to obrazek ilustrowany słowami, szkic nieudolny, lecz prawdziwy. Będzie on zarazem odpowiedzią na to pytanie, któreś mi pani mimochodem rzuciła: dlaczego nie ożeniłem się dotychczas... Czy zechcesz pani posłuchać?
— Owszem, mów pan; skoro znaleźliśmy się w tém położeniu, że się musimy bawić wzajemnie, przeto... bawmy się... cóż czynić?
— Więc opowiadanie moje przyjmiesz pani za zabawkę?
— Zapewne.
— Za bajeczkę tylko?
— A za cóż pan chcesz żebym je przyjąć mogła?
— Za co się pani podoba; zastrzegam sobie tylko, że w każdéj bajce znajduje się cząstka prawdy... racz pani miéć to na uwadze.
— Dobrze, pamiętać będę; chociaż gdzież dzisiaj prawdy szukać?
— W sercu... panno Anno...
— Rozmowa nasza przybiera charakter sentymentalny, a ja tego nie lubię; zacznij pan lepiéj swoję bajkę.
— Zgoda... usiądźmy więc na téj ławeczce kamiennéj i niech pani słucha... zaczynam: „Nad rzeką, co bystro płynie...”
— Wiem, wiem: „piękna dziewczyna siedziała...” stare piosnki chcesz śpiewać, panie Ksawery.
— Ach! więc przypomniała sobie pani moje imię?
— Nie wielka sztuka! do znudzenia powtarzają je w gazetach.
— Prawda, masz pani słuszność; ale wracajmy do naszéj bajki. Więc: „nad rzeką...”
— To już słyszałam...
— Niech pani nie przerywa, gdyż nigdy nie dojdziemy do końca.
— Już słucham.
— Nad rzeką tedy stał dworek cichy, nizki, przygarbiony, otaczały go topole smukłe i rozłożyste lipy, a na samym środku dziedzińca stał wielki świerk o smutnéj, ciemno-zielonéj barwie, wysoki jak obelisk.. Śliczny pejzaż!.. że jednak sama natura bez ludzi wydaje się jakby martwą, przeto pozwolisz pani, że muszę tu jeszcze nakreślić kilka postaci... Wysoki mężczyzna, którego powierzchowność zdradza wysłużonego wojaka, obok niego matrona poważna, uosobienie dobroci, łagodności i cnoty...
— Oboje już nie żyją — szepnęła jakby sama do siebie Anna — zmarli przed rokiem prawie jednocześnie...
— Wiem, pani, o tém nieszczęściu; ono przyśpieszyło mój powrót do kraju... Wierz mi, panno Anno, że kochałem ich jak własnych rodziców, a chociaż zburzyli moje szczęście, rozwiali najdroższe marzenia młodości, jednak chciałbym uklęknąć na ich grobie, oddać cześć ich popiołom... to byli zacni ludzie.
— Dziękuję panu — rzekła młoda osoba, podając malarzowi rękę, którą ten gorąco uścisnął — dziękuję serdecznie za pamięć o moich ukochanych rodzicach, boć domyślam się, że o nich pan mówiłeś...
— O nich, o nich, panno Anno; a ten uścisk dłoni, to podziękowanie, które otrzymałem od ciebie, upoważnia mnie poniekąd do pomówienia szczerego. Panno Anno! poco mam uciekać się do formy jakiéjś bajki, kiedy wiesz dobrze o co idzie.
— Nic nie wiem, panie.
— Idzie o pewne wyjaśnienie, o nawiązanie nitki, która snuła się z przędzy młodocianych marzeń i nie z naszéj winy została przeciętą.
— To już pogrzebane dawno — szepnęła z cicha...
— Jakto pogrzebane? czyż nie zostało z tego nic, literalnie nic, żadnego śladu, żadnéj pamiątki?
— Po tém, co umarło, zostaje tylko mogiła, a na niéj kwiaty lub chwasty, stosownie do tego, kto pielęgnuje grób...
— Mylisz się pani, uczucie wiecznie jest żywém, ono nie umiera jak człowiek; tu więc o grobach mowy być nie może. Pozwól mi pani być szczerym i posłuchaj: Nie jesteśmy już dziećmi jak niegdyś, możemy mówić spokojnie, trzeźwo... ja nie odjadę ztąd, dopóki nie usprawiedliwię się przed tobą, dopóki nie uzyskam jeżeli nie tego, com utracił, to przebaczenia przynajmniéj... Czy zechcesz mnie pani wysłuchać?
Skinęła głową w odpowiedzi, na twarz jej wybiegł rumieniec.
— Kiedy bywałem w waszym domu, byłem młodym chłopcem, pani wówczas liczyłaś zaledwie lat szesnaście. Byłaś istotnie jak pączek róży uśmiechający się do światła, do słońca, do życia... i ja wtenczas w wyobraźni młodzieńczéj tworzyłem sobie najpiękniejsze obrazy. Świat wydawał mi się rajem, ludzie aniołami; zachwycały mnie blaski słoneczne, zieleń drzew, szmery wód i śpiew ptasząt. W duszy méj coś grało... gotów byłem snuć z siebie pieśni, jak pająk przędzę, i z temi pieśniami snuć zarazem najpiękniejsze uczucia... Budziłem się wówczas podwójnie: i jako człowiek i jako artysta. Cudowna harmonia linij i barw w przyrodzie upajała mnie, zachwycała... nieraz chwytałem ołówek, aby te cuda przenosić na papier, i płakałem jak dziecko, gdym nie mógł podołać zadaniu. Serce moje potrzebowało wówczas drugiego serca, dusza bratniéj duszy, marzenia stwarzały ideał... i ten właśnie ideał dostrzegłem w tobie, panno Anno... Z jakąż nieśmiałością ująłem cię po raz pierwszy za rękę... to dotknięcie miękkiéj, jak atłas gładkiéj rączki, wstrząsnęło mnie jak iskra elektryczna... Myśli wszystkie, marzenia, dusza cała zwróciła się ku tobie i zdawało mi się wtedy, że świat z jego posad wyważę, byle tylko na twoję miłość zasłużyć... A późniéj, gdy z ust twych usłyszałem wyznanie, że nie jestem ci obojętnym, gdy powiedziałaś mi, że serce twoje do mnie należy, byłem już najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi... Panno Anno, czy przypominasz sobie ten wieczór sierpniowy, cichy, pogodny... ten wieczór, gdyśmy się zeszli niespodziewanie nad brzegiem rzeki przerzynającéj nasz ogród... pamiętasz pani ten brzeg... dzikie róże rosły na nim, jerzyny i ciernie kolące... Byliśmy wówczas sami pod jasném sklepieniem niebios, naszym szeptom wtórowało jakieś szare ptaszę kwilące smętnie na gałęzi... wtenczas po raz pierwszy nazwałem cię po imieniu...
— O! nie mów pan o tém, proszę, nie wspominaj tych chwil... to było szaleństwem.
— Co pani szaleństwem nazywasz? niewinny pocałunek dwojga dzieci? bo myśmy jeszcze wówczas dziećmi byli prawie...
— Nie mów pan o tém, proszę; to sen, który przeszedł już i nie wróci, marzenie rozwiane jak owa mgła, która się tam daleko ponad łąkami snuje...
— A czy wiesz pani kto rozwiał tę mgłę, czy znasz dalszą historyę sierpniowego wieczoru?
— Niestety, choć tak dawno już minął ów wieczór, stoi mi on jednak do téj pory w pamięci. Odprowadziwszy mnie do domu, odjechałeś nagle, niespodziewanie, nie pożegnawszy się nawet ze mną, i od téj pory...
— Co od téj pory?.. dokończ pani, proszę.
— Od téj pory moje słońce zaszło, nastała noc, noc czarna, długa, nieskończona... Pozwól pan, że ja ztąd odejdę; są wspomnienia, o których nie mogę mówić...
— Zostań pani, wysłuchaj, wysłuchaj do końca... Gdyśmy wrócili do domu, ojciec twój zawołał mnie do siebie, do swego pokoju i miał ze mną dość długą rozmowę. Każdy jego wyraz wbijał się w moje serce jak sztylet... Powiedział mi, że jestem jeszcze dzieciak, bez stanowiska, bez majątku, że w takiém położeniu, jak moje, nie jest rzeczą uczciwą wkradać się w serce młodéj dziewczynki i pozyskiwać jéj miłość... Odwołał się do mego honoru, do uczciwości, a mówił o tém tak spokojnie, zimno...
— Cóż pan odpowiedziałeś mu na to?
— Ja?!.. krew zakipiała we mnie, chciałem coś odpowiedziéć, lecz słowa więzły mi w gardle. Ukłoniłem się i wybiegłem jak szalony... w godzinę późniéj byłem już w domu. Z początku chciałem sobie życie odebrać, późniéj wylałem na głowę kubeł wody i zacząłem myśléć. Ja nie mam stanowiska! nie mam majątku, nie mogę być mężem i opiekunem téj, którą ukochałem! Nie! otóż ja was przekonam, że mogę, że zdobędę to wszystko siłą woli. Energia dziwna przebudziła się we mnie, mózg gorączkowo pracował. Napisałem do pani list z pożegnaniem, z prośbą, żebyś wierzyła mi i czekała, i... opuściłem kraj.
— Pan pisałeś do mnie?
— O, i nie raz; nie otrzymawszy odpowiedzi na pierwszy, wysłałem drugi, trzeci i dziesiąty; wszystkie jednak napróżno: żaden nie przyniósł mi tyle upragnionéj wieści, żaden nie wyżebrał słowa pociechy lub zachęty. Pisałem i do twego ojca, panno Anno, lecz on, widocznie jako rolnik i człowiek staréj daty, nie wierzył w przyszłość artysty i nie odpisywał mi także...
— Nie dochodziły mnie twe listy, panie Ksawery. W tydzień po twoim odjeździe wysłano mnie do ciotki na Wołyń, gdzie przepędziłam dwa lata... Kiedy powróciłam do domu, sądziłam, żeś już o mnie zupełnie zapomniał... Wówczas rozpoczęło się dla mnie ciężkie życie... Miałam innych konkurentów, rodzice zmuszali mnie prawie, żebym wyszła za mąż, błagali, prosili... byłam jednak niewzruszoną, postanowiłam nie wyjść za mąż nigdy, na złość...
— Komu na złość?
— Komu? domyśl się pan. Na złość temu, który... który pierwszy powiedział mi o miłości; na złość temu, który mi mówił, że uczucie trwa wiecznie, że skończy się wówczas, gdy się grób dla nas otworzy...
Ksawery pochwycił jéj rękę i pocałunkami obsypywać ją zaczął.
— Nie rób pan tego — rzekła zapłoniona, nie skończyłeś jeszcze swéj spowiedzi.
— Ona już jednak dobiega do końca... Dobijałem się stanowiska... Jak to było, przez jakie ciernie przechodziłem, nie pora i nie warto o tém mówić... Z każdym rokiem powtarzałem sobie: jeszcze wyżéj, jeszcze wyżéj, niech mam z czém do niéj powrócić. Nie miałem o pani wiadomości żadnych; sądziłem, żeś może za mąż poszła, żeś zapomniała o mnie... i jak pani postanowiłaś nie wyjść za mąż „na złość,” tak i ja również „na złość” uwziąłem się, aby was przekonać, że mam stały charakter. Nie wiedziałem nic co się z wami dzieje, i co prawda, nie starałem się dowiadywać. Tyle listów bez odpowiedzi pozostawiono, nie zaszczycono mnie nawet tą zdawkową monetą grzeczności, któréj się nikomu nie odmawia... Ciężkie to było doprawdy... Dopiero niedawno z gazet dowiedziałem się o śmierci twych rodziców. Wówczas pomyślałem sobie: powrócę do kraju, może jesteś samotna, może potrzebujesz opieki... przyniosę ci ją. Przyjechałem więc, przyjechałem właśnie do Leona, sądząc, że on będzie mi mógł dać jakie wskazówki... nie wiedziałem jednak nic, że jego żona jest pani blizką kuzynką. Z zamiarów moich i zmartwień zwierzyłem się Leonowi, on wysłuchał mojéj opowieści i rzekł: „Nie martw się, mój drogi; Andzia żyje, jest wolna i piękniejsza jeszcze niż wówczas, gdy ją ostatni raz widziałeś. Daję ci słowo honoru, że zobaczysz ją w tych dniach.” To powiedziawszy wyszedł, i widziałem, że rozmawiał coś z żoną. Potém przyszli oboje do salonu i przeprosili mnie, że muszą na dwie godzin wyjechać do sąsiedniego folwarku... Gdy wsiadali już do powozu, powiedzieli mi, żebym się udał do sąsiedniego pokoju, gdzie spotkam kogoś z dawnych dobrych znajomych. Czyż mogłem przypuszczać, panno Anno, że to o tobie mowa?
— Ukartowali spisek naprędce — szepnęła.
— Spisek?
— Czyż wiem jak to nazwać? dość, że pokierowali tak, żeśmy... po kilku latach... spotkali się niespodzianie... doprawdy, tak niespodzianie, że nie mogę sobie nawet zdać sprawy jak to się stało...
— Nie wiem, panno Anno, czy wogóle należy nam teraz zastanawiać się nad tém jak to się stało? Stało się, to dość; i oto znowuż po latach rozłączenia znaleźliśmy się obok siebie... Milczysz pani?
— Cóż mam odpowiedziéć? Doprawdy, myśli zebrać nie mogę... gdy wspomnę.
— Po co wspomnienia, wyrzućmy je z pamięci.
— Łatwo to powiedziéć!
— Cierpieliśmy przecież nie z naszéj winy. Cóż więc stoi na przeszkodzie, abyśmy teraz nie mogli podać sobie rąk... jak wówczas... jak dawniéj?
— Zapominasz pan, że pomiędzy „dawniéj” a „teraz” stanęły długie lata smutków i cierpień, stanął „czas,” a wiesz pan przecie, że czas robi wielkie zmiany w ludziach...
— Zmiany? jakież zmiany pani widzisz? zdaje mi się, że nie są one tak wielkie, jakby się zdawać mogło; co do mnie, niema żadnéj, co do pani zaś... opowiadanie, które słyszałem przed chwilą, budzi we mnie pewne nadzieje.
— Panie Ksawery, dobry towarzyszu młodości, pamiętaj o tém, że wówczas, gdyśmy oboje jak dzieci marzyli o świetlanéj przyszłości, pełnéj uroku i blasków, ty byłeś jeszcze młodym chłopcem, a ja dorastającą zaledwie dziewczyną... Wówczas, gdyby nam było pozwolono połączyć się, zostałabym twoją dozgonną towarzyszką i starała się uprzyjemnić ci życie. Zdaje mi się nawet, że mieliśmy niejakie warunki do zostania szczęśliwymi ludźmi. Horyzont naszych myśli był prawie jednaki, pragnienia miały niezbyt szerokie granice. Bylibyśmy pracowali na kawałku ziemi cicho, spokojnie... może nawet szczęśliwie... dziś jest inaczéj.
— Dlaczego? w czém pani widzisz różnicę? W tém chyba, że nie jesteśmy już dziećmi, lecz ludźmi, że poglądy nasze ustaliły się i są poważniejsze teraz...
— Nie! nie! nie w tém spoczywa różnica...
— W czém więc.
— W tém, mój przyjacielu, że ja pozostałam taką, jaką byłam: prostą wiejską dziewczyną, wychowaną i wyrosłą w zaciszném ustroniu, w zakątku, zdaleka od szerszego świata, który nie zachwyca mnie i nie nęci. Pan tymczasem, pod wpływem szlachetnéj ambicyi, rzuciłeś się w świat, między ludzi, między tłum, ponad który zwykłemu śmiertelnikowi wznieść się trudno... Mnie się zdaje, że oprócz miłości i ambicyi, w duszy twéj były pierwiastki inne, że było w niéj to, właściwe artystycznym naturom, pragnienie walki, łamania się z przeszkodami, chęć dobicia się do wyżyn... Ja zostałam na swojém miejscu, tyś się oddalił; jam cierpiała cicho, tyś walczył... moje oko nie wybiegło za horyzont nasz wiejski, ujęty w ciasną ramę borów, ty zaś szedłeś wciąż, wciąż, bez ustanku i oddaliłeś się ode mnie... Dziś nie bylibyśmy dobrani dla siebie jak niegdyś, a ponieważ tak jest, tak się stało, przeto pozostańmy dla siebie tylko przyjaciółmi... Nie przerywaj mi, panie Ksawery, pozwól mi skończyć... nieraz słyszałam o tém, że artysta jednę ma tylko kochankę, to jest sztukę... kobieta jest mu tylko kulą u nogi... nie chcę przeto wlec się za tobą jak ciężar, krępujący swobodę...
— Na miłość boską! nie krzywdźże pani artystów! Czyliż nie są oni ludźmi jak wszyscy! czy nie wolno im kochać, stworzyć sobie ogniska rodzinnego? Czy nie mają prawa do szczęścia na równi z rzemieślnikiem, lub tym, który pługiem czarną rolę przewraca? Nie wydziedziczaj nas pani wogóle z praw ludzkich, nie wydziedziczaj mnie z twojéj miłości, jeżeli jéj dotychczas nie wyrzuciłaś z swego serca...
— Nie wyrzuciłam — szepnęła cicho.
— O! dzięki, dzięki ci za te słowa... a jednak, chociaż je wymówiłaś, każesz mi odejść... każesz oddalić się i znowuż iść w świat samotnie, bez nadziei... dlaczego?
— Lękam się, obawiam, czy dziś mogłabym być dla ciebie odpowiednią towarzyszką... powtarzam ci: jam prosta wiejska dziewczyna...
— Pozwól mi być adwokatem tych prostych dziewcząt. Takiemi były niegdyś babki, matki nasze, takiemi jesteście wy... nasze siostry... Ciche, skromne, a jednak mające w sercach skarby i nieprzebrane źródła sił do znoszenia złéj doli; silne w nieszczęściach, trwałe w zasadach, niezmienne w przywiązaniu. Zresztą, cóż ci mam długo mówić, panno Anno, ideały nie tworzą się, jak kosmetyki, według jednéj dla całego świata recepty. Każdy je sobie tworzy; dla mnie ideałem towarzyszki życia jest taka, jak ją nazywasz, wiejska dziewczyna, jesteś ty. Po latach przychodzę do ciebie, ponawiam moję prośbę i czekam wyroku... Czy każesz mi odjechać, czy zostać... przy tobie i z tobą na zawsze?..
Anna przez chwilę milczała... widocznie odbywała się w niéj walka jakaś, oczy miała załzawione.
— Ponawiam moje pytanie, ponawiam je z prośbą gorącą: nie odrzucaj serca, które wyrywa się do ciebie.
— Zostań więc — szepnęła półgłosem.
Pochwycił jéj ręce i pocałunkami okrywać je zaczął, szeptał jéj do ucha gorące wyznania miłości, mówił o szczęściu, o marzeniach spełnionych i nadziejach.
Ona słuchała go z uśmiechem na twarzy, oparła piękną swą głowę na jego ramieniu, a chwilki szczęścia, jak błyskawice szybkie, ubiegały niepostrzeżenie. Słońce zaszło, mrok już zapadał, ale oni nie widzieli, nie zwracali na to uwagi. Co ich to obchodziło!
Tak zapatrzeni w siebie, zasłuchani w szept wyznań wzajemnych, nie spostrzegli nawet, że pani Róża, oparta na ramieniu Leona, zbliża się ku nim.
Oboje państwo Leonowie z widoczném zadowoleniem przypatrywali się zakochanéj parze; wreszcie pani Róża odezwała się pierwsza:
— Andziu! konie dla ciebie już gotowe; śpiesz, bo się spóźnisz na koléj...
Panna Anna zerwała się zapłoniona jak wiśnia i na razie nie wiedziała co odpowiedziéć. Leon jéj w tém dopomógł:
— A może kuzynka zmieniła projekt — rzekł wesoło — bo to, nie ubliżając obecnym damom, u kobiet bywa czasem cztery piątki w jednym tygodniu... może więc zmieniłaś projekt, kuzynko?
Ksawery ujął za rękę Leona.
— Zmieniliśmy ten projekt oboje. Mój kochany — rzekł — dziękuję ci serdecznie, dziękuję; w twoim domu znalazłem skarb utracony...
Anna płakała w objęciach kuzynki.
Jeden pan Leon zachowywał wesołość w téj uroczystéj chwili.
— No, kochani państwo — rzekł — co kto lubi: kogo miłość zasyca, niech się kocha szczęśliwy... ja zaś proszę mojéj Rózi o kolacyę, bo jestem tak głodny, żebym zjadł wilka... zakochanego nawet!...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.